Nowy numer 50/2018 Archiwum

Pierwsze ludobójstwo XX wieku?

Namibijskie plemiona Herero i Nama rozpoczęły sądową batalię o zmuszenie Niemców do wypłaty odszkodowań za ludobójstwo dokonane w 1904 roku.

Wiek XX naznaczony był kilkoma straszliwymi aktami ludobójstwa. Ale pierwszy z nich jest na świecie praktycznie nieznany. W 1904 r. wojska Cesarstwa Niemieckiego okrutnie stłumiły powstanie w Niemieckiej Afryce Południowo-Zachodniej (dziś jest to niepodległe państwo – Namibia), a następnie wymordowały, zagłodziły na pustyni i zamęczyły w obozach koncentracyjnych kilkadziesiąt tysięcy ludzi, głównie członków żyjących tam plemion Herero i Nama. Mimo upadku systemu kolonialnego i panującego w Europie poczucia winy za popełnione w Afryce zbrodnie Niemcy przez dekady milczały o wydarzeniach z 1904 r., a później odmawiały udzielenia rekompensaty zdziesiątkowanym plemionom. Zniecierpliwieni tym faktem przedstawiciele Herero i Nama, wsparci przez amerykańskich prawników, w styczniu br. wytoczyli niemieckim władzom proces, domagając się odszkodowań pieniężnych. 16 marca odbyło się pierwsze posiedzenie sądu w tej sprawie. Czy pozew ma szanse powodzenia?

Ofiary wyścigu o Afrykę

Korzenie tragedii z 1904 r. tkwią w drugiej połowie XIX w., najbardziej bezwzględnym okresie kolonializmu. Europejskie mocarstwa prowadziły wówczas tzw. wyścig o Afrykę. Zagarniały każdy jeszcze wolny fragment kontynentu i rabunkowo eksploatowały surowce. Cesarstwo Niemieckie, pod wodzą ambitnego cesarza Wilhelma II, dążyło do bycia globalną potęgą. Nieodzownym atrybutem mocarstw tamtych lat były kolonie, a tych Niemcy jeszcze nie posiadały. Dopiero w 1884 r. ogłosiły panowanie nad trudno dostępnym dla statków (z powodu nieprzyjaznych prądów morskich i niebezpiecznego wybrzeża), słabo zaludnionym obszarem, nazwanym Niemiecką Afryką Południowo-Zachodnią. Po odkryciu cennych surowców mineralnych, w tym diamentów, niemieccy osadnicy rozpoczęli bezwzględne rekwirowanie ziem zamieszkiwanych przez plemiona Nama i Herero. W ciągu zaledwie 20 lat tubylcy utracili jedną czwartą swojego terytorium. W odpowiedzi na początku 1904 r. wzniecili zbrojne powstanie, zmuszając kolonizatorów do odwrotu. Jednakże już w sierpniu tego samego roku na miejsce przybyły niemieckie posiłki pod wodzą gen. Lothara von Trothy. Stwierdził on wprost: „Naród ten powinien zostać unicestwiony, a jeżeli nie jest to możliwe do przeprowadzenia – wygnany”. Pokonawszy powstańców w bitwie pod Waterbergiem, von Trotha świadomie wypchnął ich wraz z rodzinami na pustynię Kalahari i zablokował dostęp do studni oraz pól uprawnych. Z głodu i pragnienia zginęło kilkadziesiąt tysięcy ludzi. Pozostałych przy życiu zamknięto w obozach koncentracyjnych, gdzie kobiety były gwałcone, a mężczyźni i dzieci przymuszani do niewolniczej pracy przy budowie linii kolejowej. Więźniowie byli wykorzystywani przez niemieckich lekarzy do pseudonaukowych badań uzasadniających rzekomą wyższość rasową Niemców, a szczątki płynęły do Europy jako pomoce naukowe.

Liczba ofiar jest trudna do ocenienia. Szacunki wahają się między 35 a 110 tysiącami. By uzmysłowić skalę zbrodni i jej ludobójczy charakter, wystarczy powiedzieć, że eksterminowano aż 80 proc. ludności Herero i 50 proc. plemienia Nama. Wielkie okrucieństwo niemieckich wojsk zaczęło w końcu budzić kontrowersje nawet w Berlinie. Mimo to odwołany do Niemiec gen. von Trotha został odznaczony i spokojnie przeszedł na emeryturę. W czasach III Rzeszy doczekał się własnej ulicy w Monachium.

Długa walka o pamięć

Choć Niemcy już w 1915 r., podczas I wojny światowej, utracili kontrolę nad Afryką Południowo-Zachodnią, nie przyniosło to szybkiego zadośćuczynienia zdziesiątkowanym plemionom Nama i Herero. Związek Południowej Afryki (późniejsze RPA), kontrolujący ten teren aż do 1990 roku, nie zajmował się upamiętnieniem ofiar. Wręcz przeciwnie, na miejscu bitwy pod Waterbergiem do dziś stoi wielki pomnik ku czci… poległych Niemców. Natomiast na Shark Island, gdzie znajdował się najcięższy obóz koncentracyjny, zbudowano ośrodek wypoczynkowy.

Przełom nadszedł w 1985 r., gdy ONZ uznało zbrodnię na Nama i Herero za akt ludobójstwa. Musiał minąć dokładnie wiek, by głos zabrał przedstawiciel niemieckich władz. W stulecie pacyfikacji do Namibii przyleciała minister rozwoju Heidemarie Wieczorek-Zeul. Przyznała wówczas: „My, Niemcy, akceptujemy historyczną i moralną odpowiedzialność. (…) Popełnione wówczas zbrodnie mogą być określone mianem ludobójstwa”. Symbolicznym, acz ważnym gestem była też wyprawa do Afryki i przeprosiny wygłoszone przez rodzinę von Trothy, potomków okrutnego generała.

W ślad za wypowiedzią minister nie nastąpiła jednak oficjalna deklaracja ani niemieckiego rządu, ani parlamentu. W lipcu 2015 r. temat powrócił za sprawą wizyty w Berlinie delegacji namibijskich polityków, prawników i działaczy praw człowieka. Chcieli oni wręczyć prezydentowi Joachimowi Gauckowi dokument wzywający do oficjalnego przyznania się do zbrodni zatytułowany „Ludobójstwo jest ludobójstwem”. Petycję podpisało też 2 tys. ważnych postaci niemieckiego życia publicznego. Wyprawa zakończyła się fiaskiem. Delegaci poczuli się dotknięci zignorowaniem ich przez prezydenta i przyjęciem pisma przez urzędnika niskiego szczebla. Mimo zapowiedzi lidera niemieckich Zielonych, Cema Özdemira, nadal nie został też złożony w Bundestagu projekt parlamentarnej uchwały w sprawie uznania ludobójstwa.

Przedstawiciele Nama i Herero boleją nie tylko nad brakiem symbolicznego wyznania winy, ale przede wszystkim nad zdecydowaną odmową wypłaty reparacji. Niemieckie MSZ oraz ambasador w Namibii Christian Schlaga tłumaczą, że od uzyskania niepodległości w 1990 r. Namibijczycy otrzymali pomoc rozwojową wartą setki milionów euro, co przewyższa wartość ewentualnych odszkodowań. Berlin uważa sprawę za zamkniętą.

Szukając sprawiedliwości w USA

Zniecierpliwieni wciąż odkładanym uznaniem ludobójstwa i odmową zrekompensowania zbrodni przedstawiciele plemion Nama i Herero weszli na drogę sądową. Co ciekawe, proces rozpoczyna się w… Nowym Jorku. Za tym z pozoru nielogicznym rozwiązaniem stoi kilka powodów. W USA istnieje dość nietypowa furtka prawna pozwalająca amerykańskim sądom zajmować się podobnymi sprawami. To tzw. Alien Tort Statute (ATS), czyli ustawa o deliktach cudzoziemców. Pochodzi jeszcze z 1789 r. i stanowi część Judiciary Act – amerykańskiej ustawy sądowniczej. ATS przyznaje amerykańskim sądom jurysdykcję w sprawach łamania przez cudzoziemców zarówno amerykańskiego, jak i międzynarodowego prawa. W 1980 r. paragwajski emigrant w USA, powołując się na ATS, pozwał policjanta, który w Paragwaju torturował i zamordował jego syna. Amerykański sąd nieoczekiwanie zajął się tą sprawą i wydał wyrok. Tak zwana sprawa Filartiga vs Pena-Irala zainspirowała do szukania sprawiedliwości w Ameryce zdesperowanych obywateli z różnych krańców świata, np. pozywających zagraniczne korporacje dokonujące przestępstw w Nigerii czy Papui-Nowej Gwinei.

W USA żyje niewielka, ale aktywna diaspora Herero. Powołała ona specjalne stowarzyszenie pielęgnujące pamięć o ludobójstwie i to właśnie jej działacze postanowili pozwać Niemcy na podstawie Alien Tort Statute. Proces przed amerykańskim wymiarem sprawiedliwości to także wyraz nieufności plemion Nama i Herero do rządu Namibii. Po ludobójstwie już nigdy nie odbudowały one swojego znaczenia i dziś stanowią tylko 12 proc. ludności kraju, czują się marginalizowane pod względem dostępu do edukacji i w rozdziale międzynarodowej pomocy rozwojowej. Herero i Nama domagają się więc przed sądem nie tylko odszkodowania, ale również włączenia ich jako równoprawnego partnera do niemiecko-namibijskich rozmów na temat uznania ludobójstwa. Jednak ostateczne powodzenie procesu w nowojorskim sądzie stoi pod dużym znakiem zapytania. Szczególnie po sprawie Kiobel vs Royal Dutch Petroleum z 2013 r. (nigeryjscy imigranci pozwali holenderskiego potentata naftowego). Sąd odrzucił wtedy pozew i zawęził wykładnię ATS tylko do spraw istotnie „poruszających i niepokojących” dla Stanów Zjednoczonych.

Zdeterminowani Herero i Nama już zapowiedzieli, że następnym krokiem będzie złożenie sprawy w Międzynarodowym Trybunale Sprawiedliwości w Hadze. Wydaje się też, że osiągnęli pierwsze cele – zainteresowanie światowej opinii publicznej wydarzeniami z 1904 r. oraz zwiększenie presji na Niemcy. Do wydarzeń w Namibii odwoływał się chociażby turecki prezydent Recep Erdoğan, twierdząc, że Berlin nie ma prawa oceniać polityki historycznej innych państw, dopóki nie rozliczy własnych zbrodni.

 

« 1 »
oceń artykuł

Ze względów bezpieczeństwa, kiedy korzystasz z możliwości napisania komentarza lub dodania intencji, w logach systemowych zapisuje się Twoje IP. Mają do niego dostęp wyłącznie uprawnieni administratorzy systemu. Administratorem Twoich danych jest Instytut Gość Media, z siedzibą w Katowicach 40-042, ul. Wita Stwosza 11. Szanujemy Twoje dane i chronimy je. Szczegółowe informacje na ten temat oraz i prawa, jakie Ci przysługują, opisaliśmy w Polityce prywatności.

Zamieszczone komentarze są prywatnymi opiniami ich autorów i nie odzwierciedlają poglądów redakcji