Nowy numer 28/2020 Archiwum

Indianin

Po serii nieszczęśliwych wypadków, w czasie których ginęli ludzie, którzy z nim wyruszali, rzuciłem: „Jurek, jak to jest? Partner ciągle się zmienia, a co ze spokojem sumienia?”. A Kukuczka popatrzył na mnie i odparował: „Słuchaj, ty jesteś wierzący, ja jestem wierzący. I wiesz: ani sekundy dłużej”.

Tej nocy przyśnił mi się Jurek. Nie, to nie był sen. To był transmisja − opowiada Ignacy „Walek” Nendza, człowiek pełen pasji. O górach może opowiadać godzinami. − Śniło mi się, jak stoi przy żerdkach przed chałupą w Beskidach. Stał w takim swetrze w figury geometryczne, a jego synowie byli przed płotem. „Jurek! Co ty tu robisz? Przecież jesteś na wyprawie” – godom do niego. A on: „Przyjechałem na chwilę i zaraz wracam. A ciebie zapraszam za 28 dni”. I koniec. Poskoczyłem na łóżku, żona się obudziła. Nie zmrużyłem już oka. W robocie powiedziałem chłopakom: „Słuchajcie, Kukuczka mnie odwiedził”. Za półtora dnia przyszła informacja o śmierci. Płakałem jak bóbr. A jak przyszedł ten 28. dzień, to poszedłem rano do kościoła i wyspowiadałem się. (śmiech) Potem czekałem na 28. miesiąc. Teraz będzie 28. rok.

Nie tylko ja miałem podobny sen. Pięcioletni Wojtek Kukuczka był z ciocią w ich domku w Istebnej. O trzeciej w nocy obudził ją i powiedział: „Wstawaj, bo tata jeździ windą i woła: Alarm, alarm, alarm!”.

Howgh!

Pierwszy raz spotkaliśmy się na Alpach. Nie, nie w Alpach. Na Alpach Wełnowieckich – hałdach między katowickim Wełnowcem a Bogucicami. To był nasz teren zabaw. Życie kwitło tam od wiosny do jesieni. Jurek miał 12 lat. Ja byłem o 4 lata starszy. Przyszedłem z drużyną harcerską i tam go pierwszy raz zobaczyłem. Był z dwoma kowbojami, a sam był przebrany za Indianina.

Minęły dwa lata. Byłem już wyuczony. Do mojego zakładu pracy przyszli uczniowie. Trzydziestka chłopaków. Wśród nich krępy blondynek. Rozpoznałem go od razu i rzuciłem „Howgh!”. A on też mnie rozpoznał i odpowiedział: „Howgh!”.

Do nauki zawodu przyszedł też mój harcerz: Piotrek Skorupa. Zaprzyjaźnili się. Razem trafili do naszej ekipy harcerskiej – do 13 Drużyny im. Tadeusza Kościuszki. Chodzili na zbiórki, zdobywali sprawności, dorastali. W 1963 roku zrobiłem konkurs: „Co chciałbyś robić w przyszłości?”. Pomysły były przeciekawe. Część chciała budować kajaki, płynąć Rawą do Brynicy, Przemszy i do Gdańska, inni chcieli latać balonem nad Katowicami. Jeden z harcerzy napisał, że powinniśmy specjalizować się w rycerstwie, zorganizować jakieś zbroje. Wyśmiali go. Dziś widać, że był wizjonerem, bo w wielu miejscach wyrastają bractwa rycerskie. Większość z tych chłopaków mówiła jednak, że chce chodzić po jaskiniach (robiliśmy to od czasu do czasu). Nie chcieli już wchodzić do jaskiń turystycznie, ale sportowo. Eksplorować, zjeżdżać na linach. Powstał zastęp grotołazów, który rychło przekształcił się w Harcerski Klub Taternicki, który działa do dziś… To tu Jurek poznał wysokie góry.

Pierwszy raz poszliśmy na skałki w Kobylańskiej Dolinie. Jechało się pociągiem, a potem z kopyta. Pracowało się wtedy w soboty. Po sześciu godzinach pracy (przychodziłeś już z plecakiem) od razu w pociąg i na skałki! Potem przyszła kolej na Tatry. Zaczęliśmy od jaskiń.

Dwanaście drugich dań

Ferie zimowe zaczynały się dwa dni przed Wigilią, a kończyły w Trzech Króli. W drugi dzień świąt jeździliśmy w Tatry Zachodnie. W Kościelisku wynajmowaliśmy od górali pokoik. Jak wlazło trzydziestu chłopa i rozłożyło manatki i sprzęt, to swoje skarpety znajdowałeś dopiero przy wyjeździe. Ruszaliśmy też w Tatry na Wielkanoc. Śmigus-dyngus w Morskim Oku – jaka to była impreza! Lali my się równo. (śmiech)

Jurek lubił dobrze zjeść. Sam świetnie gotował. Był smakoszem. W niektórych książkach piszą, że przez puszkę pozbawioną banderoli umiał wyczuć, że jest w niej golonka. Potrafił. Ale tylko dlatego, że znał kody, którymi były te puszki oznaczone. (śmiech)

Zakochał się w górach. Nie za bardzo przepadał za jaskiniami. Pamiętam pierwsze próby z ekipą z NRD czy Jugosławii. Rwało go coraz wyżej i wyżej. Nie wystarczały mu już zwykłe wędrówki. Gdy inni maszerowali szlakami, on z Piotrkiem Skorupą uderzali na Kazalnicę. W 1967 roku zaplanowaliśmy obóz zimowy. Pojechaliśmy po raz pierwszy kupić liny nylonowe. W sklepie sportowym na rynku w Krakowie. Szpan! Nawiasem mówiąc, po latach w Himalajach mieliśmy sprzęt, który sami projektowaliśmy (na przykład produkowane w Legionowie namioty czy szyte w Trzebini kurtki puchowe) i powiem szczerze: nie ustępował on sprzętowi ekip z Zachodu.

Jurek był urodzony dla gór. Ferie czy wakacje spędzał u ciotek w Istebnej. Jako mały chłopak budował sobie zimą igloo i spał w nim. Latem stawiał w lesie szałasy. Prawdziwy Indianin. W naszym klubie taternickim popularne było porzekadło, że w górach ważne są dwie rzeczy: wiara i para. Jurek miał i jedno, i drugie.

Czy miewał w górach chwile paniki? Nie. Był niezwykle odporny. I psychicznie, i fizycznie. Na niepogodę, na zimno. Jedyne, co mu doskwierało, to głód. Lubił dobrze pojeść. Jak zaczynaliśmy przygodę taternicką, pojechaliśmy na zimowisko do Wojkowa koło Kowar. Po wspinaczce czekał na nas obiad. Zjedliśmy zupę, a kucharki zaczęły podawać drugie danie. Ja zjadłem trzy porcje, a Kukuczka dwanaście!

Ale kondycja!

Nie stosował żadnych metod treningowych, nie katował się. Ale lubił się wyżyć fizycznie. Pamiętam Rajd Kolejarzy z metą w Węgierskiej Górce. Trasa szła spod Szyndzielni przez Klimczok do Szczyrku i na Skrzyczne. Nie było skiturów. Jurek kupił sobie nowe fioletowe jugosłowiańskie narty. Pięknie wyglądały. Po jednym dniu miał je totalnie zdarte, cały lakier mu zszedł do dechy. Był załamany. Powiedziałem: „Chopie, nie martw się, pomaluję ci to farbą po powrocie”. (śmiech) Wleźliśmy na Skrzyczne i mieliśmy dość. A Jurek nie! Do zmroku jeździł ze Skrzycznego na Jaworzynkę i z powrotem. Nieprawdopodobna kondycja!

Nie był wysoki. Szwajcarzy przeprowadzili kiedyś szczegółowe badania i okazało się, że ma idealne warunki do himalaizmu: serce nie musi wykonać wielkiego wysiłku, by w tak „krótkim chopie” przeprowadzić krążenie. (śmiech)

Pierwszym trzęsieniem ziemi była dla Jurka śmierć przyjaciela – Piotrka. W 1971 r. robili pierwsze zimowe przejście tzw. direttissimy Kazalnicy Mięguszowieckiej, czyli najkrótszej, w linii prostej, drogi prowadzącej na szczyt. Szli metodą szybkiej trójki. Piotrek na końcu niósł bagaże. Jurek był pierwszy. Piotruś Skorupa był za nim, gdy nagle pękła jakaś deseczka. Jurek widział, jak jego przyjaciel złapał tzw. węzeł Prusika, a potem runął. Wtedy Jurek po raz pierwszy chciał wycofać się ze wspinaczki. Pięć dni po pogrzebie pojechał jednak w Tatry. Robił Kurtykówkę na Młynarzu. Pierwsze zimowe przejście.

Do końca pozostał sobą. Miał czas dla rodziny, przyjaciół. Czy był wolny? Totalnie! Jurek miał wybitne poczucie wolności. To był człowiek wiary.

Wiara i para

Pamiętam, jak przeżywał, gdy nie uznano jego wejścia na Makalu – piąty szczyt świata. Ruszyli w październiku 1981 r. z Wojciechem Kurtyką i Alexem MacIntyrem. Od początku mnóstwo problemów. Gdy byli już na 7800 m, napotkali problem – 400-metrową barierę skalną. Gdy jednego dnia w trzech zrobili zaledwie 25 m, postanowili wrócić do bazy. Kukuczka zdecydował, że ruszy sam. Ruszył o 4 rano. Strasznie wiało. Szedł cztery dni do góry. Bez tlenu. Opowiadał, że czuł przy sobie obecność innej osoby. Nawet z nią rozmawiał. Opisał to zresztą w książce. Gdy wszedł na szczyt, zostawił na nim plastikową biedronkę, zabawkę swego dwuletniego synka. Ministerstwo Turystyki nie uznało mu tego wejścia. Ze względu na niewystarczające dowody. Bardzo to przeżywał. Długo mi o tym opowiadał. Mówił: „To była moja wymodlona góra. Prowadził mnie Anioł Stróż”. Sprawa wyjaśniła się rok później, gdy Koreańczycy na Makalu znaleźli, jak napisali w raporcie, „czerwonego żółwia”.

Kiedyś dojechałem do niego w Himalaje (miał porachunki z Annapurną). Prosił, bym przywiózł mu krzyżyk, którego zapomniał. Bardzo mu na tym zależało. Założył go i od razu poczuł się lepiej. Był głęboko wierzący. Nigdy się tego nie wstydził, choć dyskusje bywały gorące. Wystarczy przejrzeć jego notatki: ciągle odwoływał się do Boga. W Katmandu jechaliśmy 10 km na Msze do misji katolickiej.

Miał ogromne wparcie w żonie Celinie. Kochała go i kocha nadal. To jest więź nie do zdarcia! Lhotse było jego pierwszym i ostatnim ośmiotysięcznikiem. Po śmierci Jurka zająłem się jego pogrzebem. Bardzo to wszystko przeżyłem. Znałem chłopaka „od bajtla”. Ta nasza przyjaźń była początkowo zadziorna, dopiero lata ją oszlifowały.

Ani sekundy dłużej!

Pamiętam naszą rozmowę po serii nieszczęśliwych wypadków, w czasie których ginęli ludzie, którzy z nimi wyruszali. To był dla Jurka bardzo trudny czas. Ktoś kiedyś powiedział mu nawet, że zastanawia się nad wyjściem z nim, „bo wszyscy ludzie wokół ciebie giną”. Gdy w 1985 r. wspinał się na Nanga Parbat, zginął Piotrek Kalmus. Kukuczka atakował szczyt, a w tym czasie w obozie pierwszym zeszła lawina. Ale i tak niektórzy gadali: „Był z Kukuczką na wyprawie”.

Tę czarną serię zamknął Tadeusz Piotrowski, człowiek porównywany do Jurka; odporny na zimno, na niewygody. 8 lipca 1986 r. stanęli z Jurkiem na K2. Weszli południową ścianą. Do dziś nikt tego nie powtórzył i długo nie powtórzy! W czasie zejścia w bardzo trudnej pogodzie byli wykończeni. Tadek źle przypiął raki. Nagle rak się wypiął. A zaraz potem drugi. Tadek runął na Jurka, a ten nie był w stanie go zatrzymać przed upadkiem w przepaść.

Pamiętam naszą rozmowę po tej serii wypadków. Rzuciłem: „Jurek, jak to jest. Partner ciągle się zmienia, a co ze spokojem sumienia?”. A on popatrzył na mnie i odparował: „Słuchaj, ty jesteś wierzący, ja jestem wierzący. I wiesz: ani sekundy dłużej”.

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama