Nowy numer 4/2019 Archiwum

Z Ewy serca ochotnego

Dziennikarka, matka, podróżniczka. Wyjazd do sierocińca w Afryce odmienił jej życie.

Ewa w skrócie: jest z Gdańska, a chociaż od lat mieszka na stałe w Warszawie, przynajmniej raz w roku wyjeżdża na dłużej nad morze, na ukochane Kaszuby. Jak mówi, Jezioro Wdzydzkie jest najpiękniejsze w Polsce. Pół życia spędziła w harcerstwie. To jej wielka pasja. Tak jak podróże – zwiedziła kilkadziesiąt krajów. Jeszcze w czasach gdy „nikt nie wyjeżdżał”, zapożyczyła się i poleciała do Indii. Tam z przyjaciółką musiały handlować, czym się da, żeby potem zwiedzić i pół Indii, i wioski tybetańskie.

Kończyła polonistykę, gdy zaangażowała się w Solidarność. Ta praca pochłonęła ją bez reszty. Jak i nagrania dla Wolnej Europy. Została dziennikarką: pracowała łącznie w ponad trzydziestu redakcjach. W prasie i telewizji. Wyszła za mąż, urodziła dwóch synów, którzy dziś są już dorośli. Cztery lata temu, wraz z koleżankami z harcerstwa, wyjechała do Afryki. Ta wyprawa naprawdę zmieniła życie Ewy Gronkiewicz. Ale nie tylko jej.

Misja Afryka

Był rok 2013. Osiemnaście babek, „stare” harcerki, w tym jedna niepełnosprawna. Szalone i żądne przygód przyjaciółki wyjechały na Czarny Ląd. Do Tanzanii. – Wyprawa ciekawa, przepiękna. Ale kilka dni postanowiłyśmy spędzić w sierocińcu prowadzonym przez siostry urszulanki, w Mweka u podnóża Kilimandżaro. Pobyt tam podziałał na mnie tak mocno, że w zasadzie wywrócił moje życie do góry nogami…

Ewa nigdy nie była rozrzutna. Ale obserwacja tamtejszych warunków, gdzie dzieci nie mają dosłownie nic, prócz pary majtek, klapek i szczotki do zębów, dała do myślenia. Dzieci sypiały na trzypoziomowych łóżkach. Za posłanie służyła im bura gąbka, a jedyną rozrywką była gra w piłkę. A i tak te realia, w porównaniu z chatami Masajów, były świetne. – Uderzyło mnie, że mimo warunków, w jakich żyją, tamte dzieci są naprawdę bardzo radosne i szczęśliwe. Pamiętam tylko jednego nastolatka obrażonego na świat.

Ewa miała ze sobą kamerę, kręciła więc krótkie filmy. Cieszyła się, gdy sprawiała maluchom radość, pokazując nagrane sceny. Choćby tę z siostrą zakonną skaczącą na skakance…– Wróciłyśmy do Polski i koniecznie chciałyśmy pomóc. Wymyśliłyśmy zbiórkę na baterie słoneczne dla misji. Potrzebowałyśmy 3 tys. dolarów. Utworzyłam specjalne wydarzenie na Facebooku i udało się zebrać całą kwotę. Uświadomiło mi to, jak w prosty sposób można dotrzeć do rzeszy nieznanych osób. I że ludzie zazwyczaj chcą pomagać.

A potem jakoś tak zaczęło się składać, że na jej drodze wciąż stawał ktoś potrzebujący. I udawało się pomóc – głównie dzięki przyjaciołom i znajomym (dziennikarze mają ich całą masę). Aż w końcu stało się jasne, że aby pomagać jeszcze skuteczniej, trzeba pomoc sformalizować. I powstał pomysł założenia fundacji. Ewa statut pisała sama, co łatwe nie było. Potem zaczęła zastanawiać się nad nazwą. Pomagały (i pomagają) dwie koleżanki. – Długo myślałam. Nic nie przychodziło mi do głowy. W końcu, w Środę Popielcową, poszłam do spowiedzi. Otrzymałam pokutę: pomodlić się Psalmem 52. Przeczytałam Psalmy w tłumaczeniu Miłosza. I już miałam nazwę – fragment innego psalmu: „Z serca ochotnego”. Ten cytat – obecnie nazwa fundacji – po prostu na mnie czekał. Powstała Fundacja Z Serca Ochotnego. – Podobno teraz fundacje to muszą się nazywać nowocześnie i porywająco, np. Puk, puk. Kto tam? – śmieje się. – Ale ja wyszłam z założenia, że jeśli Pan Bóg miesza się w jakąś historię, to tego zmieniać nie należy.

Pieniądze na ulicy

Przez całe życie zawodowe Ewa nie miała problemu z brakiem zajęć. W pracy jej się szczęściło, a robota – jak mówi – sama ją znajdowała. Do czasu… – Gdy założyłam fundację, inne sprawy zaczęły się jakoś łamać. Jedni mi nie zapłacili, drudzy zlikwidowali projekt. Trudno. Widocznie teraz mam zupełnie co innego do zrobienia… Inna sprawa, że niemal zawsze „szłam z prądem”, jeśli dostawałam propozycję – to ją realizowałam. Fundacja to moje pierwsze dzieło, które… płynie nieco pod prąd. Jest pierwszą rzeczą zupełnie moją, przemyślaną, od serca, bez prowizji. Mnie nie przynosi żadnych dochodów. Mój mąż zarabia, starcza na życie. A dobrzy ludzie wspomagają. Choćby karteczkami na darmową kawę, jeśli inaczej pomóc nie są w stanie.

Od kiedy Ewa założyła fundację, pieniądze… znajduje na ulicy. Jakby ktoś rozsypywał. Podobno znajdujemy je, gdy nie nosimy za wysoko głowy. – To są niewielkie sumki, takie cukierki, które w całości idą na potrzeby fundacji. Przez dwa lata znalazłam dokładnie 427 zł. Wszystko skrzętnie zapisuję i rozliczam.

Na Facebooku Ewa założyła ostatnio grupę „Producenci dobra”. Tu doszła do wniosku, że nazwa musi być bardzo współczesna. I taka trochę… na bakier. – Nie podoba mi się, że politycy zniszczyli słowo „czynić”. Oni wszystko „czynią”, bywa, że niewiele robią. No to ja z dziesiątkami ludzi dobrej woli będę „produkować”.

Ta „produkcja” udaje się całkiem składnie. Jakiś czas temu siostry urszulanki poprosiły Ewę o pomoc dla misji na Filipinach. – Polskie siostry przyjechały na krótko do parafii św. Jana Pawła II koło Manili. Miały opowiedzieć o patronie i wrócić. Zobaczyły skrajną nędzę, głód nękający dzieci. Nie mogły pozostawić najmłodszych bez pomocy. Postanowiły wraz z proboszczem zawalczyć choć o miskę ryżu dziennie dla każdego dziecka. Żeby nie umierały z głodu.

Tylko jak wymyślić akcję, która trwa, trwa i właściwie nie ma końca? Najtrudniej zbierać pieniądze na „ruchomy” cel. Bo przecież dzieci potrzebują jedzenia zawsze… Pomysł miała mama niepełnosprawnej Łucji, podopiecznej fundacji. Wymyśliła… ryżowy szlak. – Obliczyliśmy, że jedno ziarenko ryżu ma 6 mm, a do Manili z Warszawy jest 9404 km. Żeby ułożyć kilometr, układając ziarenka jedno za drugim, potrzeba ponad 7,5 kg ryżu. No to układamy ścieżkę z Polski na Filipiny, „kupując” wirtualne kilogramy ryżu. Udało się już zebrać 117 tys. zł. Szmat ryżowej drogi. Ale daleko jeszcze do końca.

Żeby zbierać pieniądze, powstały też Aniołki z Ryżowego Szlaku. A nabierają włóczkowej krasy w dłoniach wolontariuszek fundacyjnych, dobrych starszych pań.

Pani Wacia, lat 86, ma nowotwór złośliwy nieoperowalny. Niemal sama te aniołki rozkręciła. Zaczęła dłubać na szydełku i wciągnęła w to dłubanie swoje koleżanki. Głównie panie starsze i schorowane. Czują się spełnione i pożyteczne. Jak mówią – dostały drugie życie i mobilizację do działania. – Jedna z nich zupełnie mnie rozbroiła. Mimo że sama jest chora, wstaje rano i mówi: „Zanim zjem śniadanie, nakarmię jakieś dziecko”. I dzierga aniołka.

Dzięki m.in. tym aniołkom udało się pomóc wielodzietnej, chorej na raka pani Krysi, Joli na wózku, Kamilowi po udarze rdzenia kręgowego czy kobiecie, której groziła eksmisja, a także pewnym kilkuletnim czworaczkom, których rodzice są bardzo zaradni, ale potrzebują wsparcia, bo dzieci mocno chorują. – Jeśli to nie jest konieczne, nie ujawniamy pełnych danych osobowych naszych podopiecznych, żeby ich nie krępować. I nie prowokować komentarzy „życzliwych” sąsiadów czy obserwatorów, którzy reagują złością i zazdrością, gdy bliźni otrzymuje pomoc… Zresztą najważniejsze to tak „nasupłać” ludzi ze sobą, by pomoc po prostu szła w świat. I dobro się działo.

W ciągu roku działalności Fundacja Z Serca Ochotnego zebrała 128 tys. zł. Z tej sumy tylko 1 proc. został wydany na sprawy związane z funkcjonowaniem i organizowaniem fundacji.

Bez pustych przebiegów

Ewa opowiada o fundacji, nie przestając wycinać malutkich karteczek – jej wizytówek. Potem te karteczki, delikatnie ozdobione, zawinięte w przezroczystą folię, będą podziękowaniem dla dobrych ludzi. Można je doczepić do prezentów czy kwiatów. – Nie mam pustych przebiegów. Zawsze coś trzeba zrobić – mówi Ewa, nie odrywając wzroku od prostej, choć żmudnej roboty.

Na jej szyi wisi medalik ze św. Urszulą Ledóchowską. – Kiedyś, razem z harcerkami, chodziłyśmy na spotkania do urszulanek przy ul. Wiślanej. Prowadziła nas s. Ewa, również harcerka. I jakoś czuję, że św. Urszula zawsze mi pomaga. I wspiera fundację.

„Odważni cuda działają, wszy- stko przezwyciężą, ale jak tylko poddadzą się nieufności, zaczną tonąć” – pisała św. Urszula Ledóchowska. Więc Ewa, wraz z całą fundacją, płynie dalej.

« 1 »
oceń artykuł

Zobacz także

Ze względów bezpieczeństwa, kiedy korzystasz z możliwości napisania komentarza lub dodania intencji, w logach systemowych zapisuje się Twoje IP. Mają do niego dostęp wyłącznie uprawnieni administratorzy systemu. Administratorem Twoich danych jest Instytut Gość Media, z siedzibą w Katowicach 40-042, ul. Wita Stwosza 11. Szanujemy Twoje dane i chronimy je. Szczegółowe informacje na ten temat oraz i prawa, jakie Ci przysługują, opisaliśmy w Polityce prywatności.

Zamieszczone komentarze są prywatnymi opiniami ich autorów i nie odzwierciedlają poglądów redakcji