GN 07/2020 Archiwum

Zbyt wiele na jedno życie

Córka nie wierzyła, że istnieje. Krewni chcieli stawiać jej grób. Miała wrócić po dwóch miesiącach, a wróciła po 13 latach.

Niepozorny, trzypiętrowy budynek stoi na terenie Instytutu Matki i Dziecka w Kiszyniowie. Przy wejściu ani jednej tablicy informacyjnej. Czasem zajedzie tu radiowóz, czasem pod drzwiami staną palący papierosy ludzie. W centrum dla ofiar handlu ludźmi roi się od smutnych historii. Trafiają tu kobiety, które musiały pracować w tureckich lub rosyjskich burdelach, mężczyźni oszukani na budowach za granicą. Przyjeżdżają niezapowiedziani – w nocy, nad ranem, w środku dnia. Ludzka tragedia nie trzyma się zasad.

W październiku 2015 r. trafiła tu też Vera. Energiczna, krótkowłosa brunetka nie lubi użalać się nad sobą. Zamiast siedzieć bezczynnie i rozpamiętywać przeszłość, pomaga sprzątać w ośrodku, chodzi do psychologa i biega po lekarzach. Najpierw dentysta, potem ginekolog i neurolog. Chce przebadać każdy skrawek ciała. Nie była u lekarza od lat. Czy gorączka, czy zapalenie płuc – musiała pracować codziennie. Żadnej ulgi. Tak źle może być tylko u Cyganów.

Dwadzieścia osiem

Wszystko zaczęło się w Cimișli – typowym prowincjonalnym mieście otoczonym bezkresnymi polami i winnicami. Stąd każdy próbuje uciec. Na brudnym dworcu autobusowym ludzie tłoczą się z tobołami i biletem w jedną stronę. Byle do Kiszyniowa, a stamtąd prosto do pracy w Unii Europejskiej lub Rosji. Mówi się, że z Mołdawii wyjechała już jedna czwarta obywateli. Z Cimișli ze trzy czwarte. Scenariusz zawsze ten sam – rodzice harują za granicą, a ich dziećmi opiekują się dziadkowie. Vera tak nie chciała, za bardzo kochała swoje dzieci. Mała Nadia miała blond włosy i ciekawskie niebieskie oczy, Ion wciąż za czymś biegał i miał poobijane kolana. Urodziła ich wbrew wszystkiemu – lekarze ostrzegali, że może umrzeć, że nie donosi ciąży. Ale ona się uparła. Jak zawsze. – Całe życie marzyłam o szczęśliwej rodzinie – opowiada Vera. – Wychowała mnie tylko matka. Nigdy nie zapomnę samotnych wieczorów, gdy siedziałyśmy i wpatrywałyśmy się w telefon. Ojciec wyjechał do Rosji za chlebem. Przez pierwsze trzy lata dzwonił, potem słuch po nim zaginął. Przez przypadek dowiedziałyśmy się, że poznał jakąś Rosjankę i zrobił jej dziecko. Gdy miałam 19 lat, poznałam Igora. Wyczekiwał pod moim domem, przynosił polne kwiaty. Opiekuńczy romantyk. Pomyślałam, że może się udać. Szybko wzięliśmy ślub. Po roku pierwsze dziecko, po dwóch latach kolejne. W końcu coś się popsuło. Miałam 28 lat, gdy dowiedziałam się, że zdradza mnie z moją najlepszą przyjaciółką. Zażądałam rozwodu. Pracowałam wtedy na bramie w fabryce wina. To była jedna ze słabiej płatnych fuch w zakładzie. Biegałam za dyrektorem, żeby mnie gdzieś przekierował. Nie wysłuchał.

Very wysłuchała za to Cyganka. Poznały się przez przypadek na posterunku policji. Ramona przyszła zapłacić mandat za handel obwoźny bez zezwolenia. Zapłakana Vera była właśnie po złożeniu pozwu o rozwód. – Dziecinko, co cię trapi? Zostawił cię mąż? Już ja go przeklnę na zawsze. Nie przejmuj się, załatwię ci pracę. Pojedziesz na dwa miesiące do Moskwy, pohandlujesz ubraniami na bazarze i zarobisz trochę pieniędzy. Dadzą ci jeść i dach nad głową. O nic się nie martw.

Na początku Vera nie chciała jej wierzyć. Ilu to Cyganów kłamie i wystawia ludzi do wiatru? Ale jej tak bardzo były potrzebne pieniądze. Po tygodniu spakowała walizkę. Gdy szykowała się do wyjścia, matka stanęła w drzwiach i próbowała ją zatrzymać. Ale Vera była uparta. To był 28 czerwca 2002 r. Tego dnia nigdy nie zapomni.

Kirowohrad

Z Cimișli do Moskwy jest 1390 km. Vera nie przejechała nawet jednej trzeciej trasy. Zamiast zacząć obiecaną pracę na moskiewskim bazarze, trafiła do Cyganów w Kirowohradzie, w środkowej części Ukrainy. – Ramona powiedziała mi, że to dom jej siostry Rozy, i zatrzymamy się tu na kilka dni – wspomina kobieta. Gdy obudziła się następnego ranka, Cyganki już nie było. Roza i jej mąż zabrali Verze paszport i pieniądze. W ruch poszły pięści. Prawdziwy koszmar zaczął się jednak po pierwszej próbie ucieczki. Bili wtedy, czym popadnie. Vera pamięta sznur, twardy pręt i wlewanie siłą wody do gardła. Bolało tak mocno, że chciała popełnić samobójstwo.

Podobnie jak setki Mołdawian Vera padła ofiarą handlu ludźmi. W tym najbiedniejszym w Europie kraju, gdzie średnia pensja wynosi 150 euro, a niestabilna sytuacja polityczna nie daje nadziei na przyszłość, o wyjeździe marzy prawie każdy. Wykorzystują to nielegalni pośrednicy, którzy obiecują pracę i bezpłatną pomoc w załatwieniu paszportu i wizy. Najczęściej ofiarami handlarzy żywym towarem padają samotne matki i młode dziewczyny z wielodzietnych rodzin. Ich historia zwykle kończy się podobnie: zamiast pracować w obiecanej restauracji lub barze, trafiają do burdeli lub harują jako pomoce domowe i opiekunki.

Jak tłumaczy Nadejda Radu z kiszyniowskiego centrum dla ofiar handlu ludźmi, istotną rolę w przemycie odgrywają Cyganie. Najczęściej rekrutują do pracy w Rosji lub na Ukrainie. Swoim ofiarom mówią, że będą handlowały na bazarze lub pracowały sezonowo na roli. I wszystko by się zgadzało, gdyby nie fakt, że za swoją pracę nie dostają ani grosza. Niektórzy harują na Cyganów latami – bez paszportu, kontaktu z rodziną i nadziei, że kiedykolwiek uda im się uciec. Najgorzej mają ci, którzy muszą żebrać. Przykuci do wózków inwalidzkich, snują się po ulicach Moskwy lub Kijowa. Żeby wszystko wyglądało realistycznie, Cyganie dają im specjalne zastrzyki. Człowiek siedzi jak sparaliżowany. Istnieje duże ryzyko, że po kilku latach takich praktyk naprawdę przestanie chodzić.

Cyganie zrobili z Very służącą i niańkę. Wychowała im pięcioro dzieci. Najstarszy, Sasza, miał 12 lat, najmłodszy, Bruno – 1,5 roku. Czytała mu bajki, kąpała go, ubierała i zmieniała pieluchy. Do tego jeszcze dochodziło gotowanie i sprzątanie całego domu. – Każdy dzień zaczynałam o szóstej rano – wspomina. Najpierw przejazd mopem po korytarzu, potem sprzątanie łazienki i robienie śniadania dla wszystkich. Najwięcej roboty było przy obiedzie – wtedy najłatwiej można było oberwać. Albo zupa nie taka, albo makaron za twardy, albo kotlet za słabo przysmażony. Uwijałam się jak głupia, a oni tylko siedzieli i wytykali mi błędy. Jadłam tylko trzy kromki chleba dziennie, harowałam do trzeciej nad ranem i spałam na podłodze jak pies. Wciśnięta między graty w małym magazynku, zasypiałam, myśląc o Nadii i Ionie. Zastanawiałam się, jak idzie im w szkole, jakimi są ludźmi. Błagałam Boga, żebym w końcu mogła ich zobaczyć.

Po pół roku harówki w cygańskim domu Vera zaczęła pracować na bazarze. Na początku nawet się ucieszyła. Myślała, że chociaż tutaj dadzą jej spokój. Ale Cyganie nad wszystkim mają kontrolę – przywozili i odwozili ją codziennie. Vera denerwuje się, gdy ludzie pytają, czemu nie próbowała uciec. Ale niby gdzie miała uciec? Cyganie wszędzie mają układy i gdyby złapała ją policja, od razu trafiłaby z powrotem do Rozy i jej męża.

List

Gdyby nie ukraińska policja, Vera mogłaby pewnie wrócić do Mołdawii o wiele wcześniej. Po siedmiu latach niewoli u Cyganów udało jej się wysłać do matki list. „Jest mi źle, codziennie mnie tu biją. Podaję adres. Proszę, zabierz mnie stąd”.

– Nikt w Cimișli nie wierzył, że jeszcze żyję – mówi Vera. Krewni już po pięciu latach chcieli stawiać mi grób. Ale matka powiedziała, że trzeba jeszcze poczekać. Gdy napisałam do niej list, odzyskała nadzieję. Najpierw zgłosiła się na policję, potem zadzwoniła na infolinię dla zaginionych. Szukali mnie po całym Kirowohradzie. Tylko że z Cyganami nikt jeszcze nie wygrał. Zanim list dotarł do mojej matki, oni o wszystkim już wiedzieli. Wygadał się listonosz z Cimișli. Policja dostała łapówkę i nawet nie zrobiła nalotu na dom Rozy. Przekupione zostały też kobiety z bazaru. Uwierzysz, że policja pokazywała im moje zdjęcie, a one kręciły głową i łgały, że pierwszy raz mnie na oczy widzą?

W życiu każdego człowieka przychodzi moment, kiedy mówi sobie dość. Verę dopadło, gdy skończyła 41 lat. Była bezzębną kobietą z siniakami na twarzy. Trzy godziny snu dziennie i paraliżujący w sercu strach. Nie mogła tak dalej żyć. Pewnego dnia, patrząc w lustro, pomyślała: „Ucieknę. Albo przeżyję, albo umrę. Nie mogę dłużej się bać”.

Szczęście przyniosła jej śmierć. Brat Rozy umarł na zawał i wszyscy pojechali na pogrzeb do Mołdawii. Vera wiedziała, że to dobry moment. Spakowała najpotrzebniejsze rzeczy, pomodliła się i w nocy ruszyła w drogę. O świcie dotarła do sąsiedniej wioski, gdzie udało jej się złapać samochód do Moskwy. Gdy dojechali na miejsce, poprosiła kierowcę, żeby podwiózł ją do jakiejś cerkwi. Tam dali jej jedzenie, nowe ubranie i dach nad głową. Następnego dnia zadzwoniła do matki. – Uwierzyła, że to ja, dopiero gdy odpowiedziałam na jej pytania – wspomina Vera. Wypytała mnie o datę urodzenia, jak mają na imię moje dzieci i gdzie się urodziłam. Płakałyśmy w słuchawkę przez kilka minut.

Dzień później po Verę przyjechała siostra, która od ponad dwudziestu lat mieszka w małej wsi pod Moskwą. Jeszcze w cerkwi dostały kontakt do Międzynarodowej Organizacji ds. Migracji, która ułatwiła Verze wyrobienie paszportu i opłaciła bilet do domu. Po przyjeździe do Mołdawii kobieta została skierowana do kiszyniowskiego centrum kryzysowego. Do ośrodka prowadzonego przez Ministerstwo Pracy, Pomocy Społecznej i Rodziny co roku trafia kilkaset ofiar handlu ludźmi. To tylko ułamek poszkodowanych – niewiele osób po powrocie do kraju zgłasza się po pomoc na policję lub do organizacji pozarządowych. Większość wstydzi się swojej przeszłości lub boi się zemsty ze strony przemytników.

– Nie mam mołdawskiego dowodu, nie mam pieniędzy. Nie mam nic – mówi Vera. – Cyganie ukradli mi tożsamość i jedną trzecią życia. Przez ten czas mogłam wychować dzieci, wybudować dom. Nie zdążyłam być matką, a gdy wróciłam do Mołdawii, byłam już babcią. Córka urodziła półtora roku temu. Rozmawiamy często przez telefon, odwiedzamy się, ale to nie jest relacja, jaka powinna być między matką a córką. Mam 41 lat, a zaczynam wszystko od zera.

Reportaż nagrodzony w konkursie o Nagrodę Młodych Dziennikarzy im. Bartka Zdunka, w kategorii „Reportaż – po debiucie im. Pawła Migasa”.

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Ze względów bezpieczeństwa, kiedy korzystasz z możliwości napisania komentarza lub dodania intencji, w logach systemowych zapisuje się Twoje IP. Mają do niego dostęp wyłącznie uprawnieni administratorzy systemu. Administratorem Twoich danych jest Instytut Gość Media, z siedzibą w Katowicach 40-042, ul. Wita Stwosza 11. Szanujemy Twoje dane i chronimy je. Szczegółowe informacje na ten temat oraz i prawa, jakie Ci przysługują, opisaliśmy w Polityce prywatności.

Zamieszczone przez internautów komentarze są prywatnymi opiniami ich autorów i nie odzwierciedlają poglądów redakcji

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama