Nowy numer 30/2021 Archiwum

Wieczność w pieluchach

O schodzeniu się na wilię, wzajemnym ucieraniu się i zdumieniu Bożym Narodzeniem opowiada Ernest Bryll.

Szymon Babuchowski: Boże Narodzenie przewija się w Twoich wierszach od samego początku. Masz teorię, dlaczego tak się dzieje?

Ernest Bryll: Sam się nad tym zastanawiam. Najprostsze wytłumaczenie, powiedziałbym: sielskie, jest takie, że wychowałem się w środowisku, w którym organizowało się grupę kolędniczą. Jako mały chłopiec nosiłem gwiazdę z kolędnikami. To było wydarzenie kulturalne, ale krył się za nim pewien rodzaj myślenia metafizycznego. Drugie wytłumaczenie jest takie, że zawsze – najpierw prymitywnie, a potem coraz głębiej – zastanawiałem się nad tym, o co chodzi w tym święcie. Wyraźnie widać, jak to się u mnie w poezji zmienia: od podejścia „folklorystycznego” do pytań o to, co najistotniejsze.

Co Cię w tym święcie najbardziej fascynuje?

W innych religiach monoteistycznych jest prosta relacja: tu jest Bóg, a tu człowiek. Na przykład w judaizmie, z którego przecież się wywodzimy, bezpośredni kontakt człowieka z Bogiem jest niemożliwy, groźny, dla człowieka zabójczy. Dlatego dokonuje się przez krzak gorejący albo przez aniołów. Nie można spojrzeć Bogu w twarz. Natomiast chrześcijaństwo jest religią oksymoronu, czyli niemożliwości, łączenia sprzeczności. Bóg naprawdę narodził się jako człowiek. Kiedy patrzę na historię wczesnego chrześcijaństwa, zauważam, że wielu teologów nie mogło sobie z tym dać rady. Narodzenie bardzo uwierało pierwszych myślicieli Kościoła. Pojawiały się nawet wołania o to, żeby wyrzucić Ewangelię Łukaszową, no bo jak to: Bóg sika w pieluchy? Zresztą to samo odnosiło się do Jego śmierci: że naprawdę Go nie bolało, że nie umarł. Albo odwrotnie: że nie był tym wielkim Bogiem, tylko jakimś posłańcem.

Dzisiaj nie mamy z tym problemu?

Pewnie, że mamy! Ale Polacy, jak widać z naszego folkloru, lubią ten moment niemowlęctwa wieczności. Bo taka wieczność jest bezpieczna. Ona nie może mówić, czeka na naszą pomoc. Zabawiamy ją, może nawet poklepujemy po tłuściutkim tyłeczku niemowlęcym, i idziemy dalej.

I coś nam umyka?

Mamy do czynienia z Bogiem, który przyjął wszystko to, co nasze. Dokładnie. Stał się naszym bratem. W jakiś sposób zostaliśmy wciągnięci w wieczność, ale On też jest wciągnięty, sam wszedł, w naszą codzienność. Nie na zasadzie gościa czy widza. On jest kimś, kto jest z nami. Czasami patrzę na to, jak świat chce to znijaczyć. W 1970 roku byłem po raz pierwszy w Ameryce i obserwowałem całą tę walkę sklepów o to, żeby połączyć Boże Narodzenie z żydowską Chanuką. Tak, żeby kupowali jedni i drudzy. Wytworzyła się nawet zasada, że kartki świąteczne nie mogły być podpisywane inaczej niż „Season Greetings”. Ludzie wysyłali „sezonowe pozdrowienia” na święto zakupów. A w Irlandii nie wolno było wystawiać jasełek w szkołach, chyba że o pingwinie albo o elfie. W tym wszystkim chodzi o to, żeby rozmyć Boże Narodzenie, zamienić je w wesołe, mało refleksyjne świętowanie. Tak, żebyśmy w ogóle nie zastanawiali się nad naszą jednością z Bogiem. I jednością Boga z nami, która w tym momencie niezwykle silnie się objawia. W całej Jego słabości, zależności od działania ludzi.

Napisałeś: „Staniemy zdumieni prawdziwie/ Długo się będzie myślało/ Że wieczność jest taka naiwna/ Nieśmiała jak dziecko małe”. Czy to znaczy, że Bóg nas rozbraja swoją słabością?

Raczej zdumiewa! Bo wymawiając słowo „wieczność”, widzimy jakiś ogrom, który jest poza nami. My jesteśmy czasowi: zaczynamy się, rodzimy, umieramy. Jeżeli żyjemy w wieczności, to dzieje się to już na innych zasadach, ale my sami nie jesteśmy jak wieczność – bez czasu początku i czasu końca. Nie jesteśmy olbrzymi jak Bóg. My jesteśmy ze świata, gdzie Bóg się rodzi. Gdzie wieczność przestała być wiecznością, by móc się połączyć z człowiekiem. Wracam do tego w wierszach. Parę lat temu napisałem taki wiersz, w którym może coś z tego udało mi się złapać. Matka Boska mówi tam do nas o Dziecku: „Przytul je”, „pomóż”, „pobujaj”, „posiedź nocą przy Dziecku, gdy ma kolkę”. To jest najważniejsze. To cię jakoś buduje, nawet jeżeli nie możesz w coś innego uwierzyć. Myślałem, że ten wiersz nie będzie popularny, a okazuje się, że na wieczorach autorskich jest on jednym z najbardziej słuchanych. Dotyka on w ludziach jakiegoś głębokiego pragnienia i mają oni poczucie, że chodzi o coś więcej.

To ciekawe – też wynotowałem sobie słowa z tego wiersza: „Bądź blisko Dziecka. To jest wszystko/ To się zawsze udaje”. Ale właściwie dlaczego się udaje?

Tak sobie teraz pomyślałem, że ja nawet nie piszę w tym wierszu, że trzeba pomóc Bogu. Matka Boska prosi nas o pomoc przy Dziecku, ale nie o żadną bohaterską pomoc, tylko taką zwyczajną, kiedy dziecko ma kolkę albo trzeba mu zmienić pieluszkę. Zwyczajne bycie z drugim człowiekiem jest okropnie trudne i najchętniej by się od tego uciekało. Ale od dziecka nie uciekamy, nawet jak jesteśmy wkurzeni, zniechęceni, zobojętnieni z powodu zmęczenia. I o to chodzi w stosunku do Boga. Ten Bóg z Narodzenia jest złączony z naszą biologią. I chociaż chciałoby się nieraz uciec, a nawet się odejdzie, to się wraca, bo trzeba się z tym zmagać. Jak jest Bóg między nami, to znaczy, że mamy z Nim kłopot, tak jak mamy go z dzieckiem. On też ma z nami kłopot. I my, ludzie, mamy ze sobą kłopot.

Kiedy to zrozumiałeś?

To było w Katowicach. Mieszkaliśmy wtedy na osiedlu Tysiąclecia, świeżo zasiedleni w nowych blokach. Te bloki były krzywe, okropne, dookoła żadnego dojścia – po prostu wpadało się w błoto. W Boże Narodzenie nie było żadnego śniegu, tylko deszcz padał. Na Pasterkę chodziło się wtedy z półtora kilometra do takiego baraku, bo kościoła jeszcze nie było. No więc idziemy: leje deszcz, zimno, błoto po kolana – wszystko jest przeciwko polskiemu wyobrażeniu o Wigilii – z sanną, gwiazdami, aniołem. Dochodzimy do baraku, który jest już zapchany, stajemy. I nagle tam coś się zaczyna dziać. Nagle czuję, że jesteśmy obok siebie w tym całym trudnym ucieraniu się ze sobą i ze światem w jakiejś sprawie. Jak na pielgrzymce. To nasze pielgrzymowanie jest czasami takie deszczowe, śmierdzące, nieprzyjemne dla nas. Popychamy się. Ale dopiero wtedy zaczyna się to, co jest jednością. I ten motyw u mnie od pewnego czasu wraca. Piszę w moich wierszach o Przeprośnych Górkach wokół Częstochowy. One są po to, żeby ludzie mogli oczyścić się, ubrać, wyspowiadać, przeprosić się, uczyć bycia razem, nawet jeśli wszystko już się sypało w tej pielgrzymce, w tym kurzu, trudzie. Żeby pójść do tego obrazu Matki Boskiej.

Czy jesteśmy dziś także podobni do tamtego tłumu z Twojej „Kolędy Nocki”, który czekał w kolejce „po szarość”?

Myślę, że jesteśmy podobni, tylko zapomnieliśmy o tym podobieństwie. Otóż tamten czas, tuż przed stanem wojennym, był okresem, który uświadamiał nam wyraźniej, że trzeba samego siebie znaleźć. Wtedy bardzo łatwo było siebie zagubić w walce o najprostsze rzeczy. Natomiast dzisiaj, co tu gadać, żyjemy w zupełnie innej cywilizacji. Mamy wszystko, niepodległość mamy. Chcemy, to pójdziemy na Pasterkę, chcemy, to nie pójdziemy. We wszystkim niby jesteśmy wolni, tylko że wiążą nas już inne kajdany, niewidoczne. Napisałem kiedyś taki wiersz „Szczęśliwi” o ludziach, którzy „żrą w macdonaldach wielką bułę”. Zapychamy się tą bułą. Stoimy obok siebie, ale nie chcemy mieć kontaktu. Nie ma dyskusji, nie wymieniamy argumentów. Nie wymieniamy też uczuć, tylko ranimy je wzajemnie.

I jesteśmy bardzo podzieleni jako naród. Myślisz, że możemy się jeszcze „zejść na wilię”, jak piszesz w jednym z wierszy?

Na wilię musimy się zejść. Pamiętam wprawdzie takie Wigilie, kiedy ludzie już od progu mówili, że nie podzielą się opłatkiem, ale jeśli tego nie ma, to po co świętować? To nie jest tylko zwyczaj, to jest swego rodzaju prawo – że trzeba się zejść. Jeżeli tego zabraknie, to rzeczywiście będzie źle. Nie żyjemy w kraju, który może pozwolić sobie na odwieczną głupotę. Należymy do narodów, których istnienie ciągle wisi na włosku. Jeśli pogrążymy się w kłótniach, to po prostu może się to urwać.

Nie brzmi to zbyt optymistycznie.

Z drugiej strony chodzę teraz do dominikanów na Służewie i widzę, że podczas Rorat ten ogromny kościół jest zapełniony młodymi ludźmi. Mają ze sobą teczki z laptopami i potem rozjeżdżają się w różne miejsca. Może to grupa podobna do tej, która zwołała się telefonami komórkowymi po śmierci Jana Pawła II? To nie są jacyś nieudacznicy, tylko ludzie uczący się, pracujący, dający sobie radę w życiu. I oni potrafią wysiedzieć kilka godzin na przygotowaniu do Pasterki. Mam wrażenie, że siła katolicyzmu przesuwa się do tych wielkich centrów, gdzie ci, którzy przychodzą, wiedzą, po co przychodzą. Nie są związani jakimiś zależnościami psychicznymi, które każą im pójść do kościółka. Mogą żyć, jak chcą, a jednak wolą wejść do środka i pozostać w tym nurcie. Mimo że wcale nie jest łatwo, bo przecież wszyscy jesteśmy atakowani tym znijaczeniem, które każe iść na przedświąteczne zakupy jak na jakieś nabożeństwo z wystawieniem Najświętszego Sakramentu. Ale może właśnie to zaczyna już być nudne? O coś przecież musi nam chodzić, skoro się zebraliśmy. Myślę, że przeżywanie świąt Bożego Narodzenia dobrze pokazuje to, kiedy Polska wierząca mentalnie się cofa, a kiedy idzie do przodu. To tak faluje.

I po której stronie tej fali teraz jesteśmy?

Mam wrażenie, że – mimo wszystko – idziemy do przodu. 

Ernest Bryll

Rocznik 1935. Poeta, pisarz, autor dramatów, oratoriów, musicali i programów telewizyjnych. Dziennikarz, tłumacz, krytyk filmowy. W latach 1991–1995 był ambasadorem RP w Irlandii.

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Szymon Babuchowski

Kierownik działu „Kultura”

Doktor nauk humanistycznych w zakresie literaturoznawstwa. Przez cztery lata pracował jako nauczyciel języka polskiego, w „Gościu” jest od 2004 roku. Poeta, autor pięciu tomów wierszy. Dwa ostatnie były nominowane do Orfeusza – Nagrody Poetyckiej im. K.I. Gałczyńskiego, a „Jak daleko” został dodatkowo uhonorowany Orfeuszem Czytelników. Laureat Nagrody Fundacji im. ks. Janusza St. Pasierba, stypendysta Fundacji Grazella im. Anny Siemieńskiej. Tłumaczony na język hiszpański, francuski, serbski, chorwacki, czarnogórski, czeski i słoweński. W latach 2008-2016 prowadził dział poetycki w magazynie „44/ Czterdzieści i Cztery”. Wraz z zespołem Dobre Ludzie nagrał płyty: Łagodne przejście (2015) i Dalej (2019). Jest też pomysłodawcą i współautorem zbioru reportaży z Ameryki Południowej „Kościół na końcu świata” oraz autorem wywiadu rzeki z Natalią Niemen „Niebo będzie później”. Jego wiersze i teksty śpiewają m.in. Natalia Niemen i Stanisław Soyka.

Kontakt:
szymon.babuchowski@gosc.pl
Więcej artykułów Szymona Babuchowskiego

 

Zobacz także