GN 19/2022 Archiwum

Znikanie monstrum

Agonii nie towarzyszyły dramatyczne okoliczności. Nikt nie strzelał, nie demonstrował ani nawet nie płakał za utraconym imperium. W zacisznej rezydencji w Puszczy Białowieskiej trzech przywódców podpisało akt rozwiązania Związku Sowieckiego. Wbrew obiegowej opinii wszyscy byli trzeźwi.

Oficjalnie jednak przedmiotem tego spotkania nie miały być kwestie polityczne, ale ekonomiczne. Chodziło o to, jak zapewnić dostawy surowców energetycznych w sytuacji, kiedy Rosja zdecydowała się urynkowić swoją gospodarkę, a pozostałe kraje jeszcze nie. Z pewnością jednak prezydent Rosji Borys Jelcyn wiedział, że nie tylko o tym będą w Wiskulach rozmawiali. Ponoć dlatego wybrano mało komfortową rezydencję w Puszczy Białowieskiej, położoną niecałe 10 km od granicy, aby w razie zagrożenia wszyscy mieli szansę uciec do Polski. Obawy nie były bezpodstawne. Podobno kiedy wieczorem 8 grudnia 1991 r. politycy szykowali się do odjazdu, teren otoczyła jednostka specjalna KGB, przysłana z Mińska przez generała, który chciał aresztować „zdrajców”. Interweniowała jednak Moskwa, nakazując dowódcy czekać na dalsze rozkazy. Nigdy jednak nie zostały wydane.

Finał dłuższego procesu

Trzej przywódcy: Borys Jelcyn, prezydent Rosji, Leonid Kuczma, prezydent Ukrainy, i Stanisław Szuszkiewicz, przewodniczący Rady Najwyższej Białorusi, przyjechali 7 grudnia 1991 r. do Puszczy Białowieskiej w sytuacji, kiedy Związek Sowiecki faktycznie już nie istniał. Ostatnim jego reliktem był pierwszy prezydent Związku Sowieckiego Michaił Gorbaczow. Faktycznie jednak pozbawiony był władzy, gdyż instytucje federalne już nie funkcjonowały, nie istniała także partia komunistyczna, która kiedyś wyniosła go do władzy. Jego główny rywal Borys Jelcyn posiadał natomiast silny mandat, gdyż w czerwcu 1991 r. został w wyborach powszechnych wybrany na prezydenta Federacji Rosyjskiej. Dla dalszego biegu wydarzeń decydujące znaczenie miała klęska puczu, przygotowanego przez najbardziej reakcyjne siły w partii, wojsku oraz służbach specjalnych. 19 sierpnia 1991 r. mieszkańcy Moskwy zobaczyli na ulicach czołgi, które stanęły pod „Białym Domem”, parlamentem Federacji Rosyjskiej. W telewizji po transmisji baletu „Jezioro łabędzie” zdumionym mieszkańcom Związku Sowieckiego oznajmiono, że prezydent Gorbaczow został odsunięty, a jego obowiązki przejął Giennadij Janajew. Po trzech dniach puczyści skapitulowali. Nie tyle przed Jelcynem, który przeciągnął na swoją stronę część żołnierzy, ile przede wszystkim przed dziesiątkami tysięcy moskwian, którzy wylegli na ulice, aby obronić kraj przed recydywą stalinizmu. Wraz z klęską puczystów i powrotem do Moskwy internowanego na Krymie Gorbaczowa zaczął się ostatni etap sowieckiej agonii. Jelcyn działał błyskawicznie. Zlikwidował terenowe oddziały partii komunistycznej, a później rozwiązał ją na terenie Federacji Rosyjskiej. Blisko 17 mln komunistów nagle straciło swą polityczną moc. Skonfiskowane zostały finanse partii, chociaż część kont udało się ukryć, a pieniądze i kosztowności przerzucić za granicę. Jelcyn przejął także kontrolę nad KGB oraz wojskami wewnętrznymi, a później kolejnymi instytucjami w państwie. Klęska puczu była dla republik związkowych sygnałem, że dalej już nie można oglądać się na Moskwę. Przed sierpniem 1991 r. suwerenność ogłosiło pięć republik (Litwa, Łotwa, Estonia, Azerbejdżan i Gruzja). Po puczu uczyniły to wszystkie pozostałe. Jesienią 1991 r. Związek Sowiecki istniał już tylko teoretycznie.

W rękach Gorbaczowa pozostał jeden, za to znaczący atrybut – teczka z kodami uruchamiającymi sowiecki arsenał nuklearny. Chociaż coraz słabszy, prezydent Związku Sowieckiego nie ustawał jednak w dążeniach, aby odzyskać przynajmniej część wpływów. W rezydencji Nowo-Ogariowo pod Moskwą od lata 1991 r. toczyły się rozmowy w sprawie przygotowania nowej umowy związkowej, która miała zachować Związek Radziecki w zmienionym, bardziej luźnym kształcie. Jelcyn oraz inni republikańscy przywódcy, którzy zakosztowali samodzielnej władzy, nie chcieli już jednak podlegać żadnemu nadzorcy na Kremlu. Zdawali sobie sprawę, że jeśli powiedzie się plan stworzenia nowego federacyjnego państwa, prędzej czy później ich władza będzie ograniczona. Postanowili więc działać za plecami Gorbaczowa. Ważnym momentem sprzyjającym ich planom było referendum w sprawie suwerenności na Ukrainie, która odgrywała ważną rolę w federacyjnych planach Gorbaczowa. Doszło do niego 1 grudnia 1991 r. i okazało się, że 90 proc. mieszkańców Ukrainy opowiedziało się za niepodległością i budową własnej państwowości. Wybrany wtedy prezydent tego kraju Leonid Krawczuk miał więc silny mandat, gdy wyruszał na rozmowy do Wiskul. Na spotkanie nie dotarł jedynie prezydent Kazachstanu Nursułtan Nazarbajew, który wolał ostrożnie poczekać na dalszy rozwój wydarzeń.

„Przerwane istnienie”

Warunki do pracy w Wiskulach nie były komfortowe. Rezydencja powstała w latach 50. i chociaż była później modernizowana, standardem odpowiadała hotelowi średniej klasy. Przede wszystkim brakowało tam pomieszczeń dla wszystkich trzech delegacji, które przywiozły ze sobą liczne grono ekspertów, prawników oraz doradców politycznych. Skutek był taki, że samodzielne pomieszczenia mieli jedynie prezydenci i Szuszkiewicz. Pozostali uczestnicy spotkania zostali poupychani po kilku w pokojach jednoosobowych, a w większych musiało nocować nawet do 10 członków delegacji. Rezydencja nie była przygotowana do tak intensywnej pracy. Brakowało nawet kopiarek i wszystkie dokumenty trzeba było powielać na dwóch starych faksach. Obrady ekspertów toczyły się więc równolegle z rozmowami polityków. Decydującą rolę w przygotowaniu 18-punktowego dokumentu odegrali politycy z otoczenia Jelcyna: Siergiej Szachraj, informatyk, szef grupy ekspertów Jelcyna, później wicepremier Rosji; Giennadij Burbulis, sekretarz stanu Federacji Rosyjskiej, najbliższy współpracownik Jelcyna; Jegor Gajdar, później premier Rosji; Andriej Kozyriew, później minister spraw zagranicznych. Zwolennikiem radykalnych rozstrzygnięć miał być także Krawczuk. Więcej oporów miał Szuszkiewicz, który nie miał tak silnego mandatu jak dwaj prezydenci. Wszystkie wątpliwości trzeba było jednak odłożyć na bok. Jak wspominał później Jelcyn: „Wszystkie akty trzeba było podpisać tutaj, niczego nie odkładając na później”.

Dokument o powołaniu nowego bytu państwowego Wspólnoty Niepodległych Państw zaczynał się zdaniem, które przeszło do historii: „My, Republika Białoruś, Federacja Rosyjska, Ukraina, jako państwa założycielskie Związku Socjalistycznych Republik Radzieckich, które podpisały Układ Związkowy w 1922 r. (…) konstatujemy, że Związek Socjalistycznych Republik Radzieckich jako podmiot prawa międzynarodowego i jako rzeczywistość geopolityczna przerywa swoje istnienie”.

Szuszkiewicz, zapraszając gości do Wiskul, oferował im także możliwość polowania. Ostatecznie Jelcyn nie wziął w nim udziału, a jedynie Leonid Krawczuk i premier tego kraju Witold Fokin, który ustrzelił dzika. Było to jedyne trofeum, jakie poza umową politycy wywozili z Wiskul.

21 grudnia 1991 r. w Ałma Acie nastąpiło podpisanie swoistego aktu wykonawczego do porozumienia białowieskiego, czyli ogłoszenie powstania Wspólnoty Niepodległych Państw także z Armenią, Azerbejdżanem, Kazachstanem, Kirgizją, Mołdawią, Tadżykistanem, Turkmenistanem i Uzbekistanem. Kilka dni później porozumienie białowieskie zostało ratyfikowane przez parlamenty Rosji, Ukrainy i Białorusi. Przeciwko byli tylko nieliczni deputowani, o których historia już dawno zapomniała, poza jednym. W Radzie Najwyższej Białorusi przeciwko zagłosował nieznany wówczas dyrektor sowchozu „Haradziec” w rejonie szkłowskim Aleksandr Łukaszenka. Trzy lata później został wybrany na prezydenta Białorusi i urząd ten sprawuje do dzisiaj.

Trójkolorowa nad Kremlem

Najdłużej opierał się Gorbaczow, który próbował podważyć konstytucyjność porozumień białoruskich. W istocie jednak walczył już jedynie o swoją polityczną emeryturę, pieniądze przeznaczone na specjalną fundację oraz immunitet. Aby przekonać go, że pora ustąpić, do Moskwy przyjechał sekretarz stanu USA James Baker i, jak się wydaje, wówczas ostatecznie dopracowano wszystkie szczegóły rezygnacji Gorbaczowa oraz przekazania kodów atomowych Jelcynowi. 25 grudnia 1991 r., kiedy świętowaliśmy Boże Narodzenie, tylko nieliczni przechodnie na placu Czerwonym zauważyli, że nad Kremlem nie powiewa już komunistyczny, czerwony sztandar z sierpem i młotem, ale trójkolorowa biało-niebiesko-czerwona flaga, symbol nowej, w założeniach demokratycznej, Rosji. „Doskonale pamiętam – właśnie tam, w Puszczy Białowieskiej, nagle doznałem uczucia ulgi, wolności” – wspominał Borys Jelcyn. Podpisując owo porozumienie, Rosja wybierała inną drogę rozwoju. Ważne było nie to, że od byłego imperium odpadały setki lat temu podbite i przyłączone tereny, stanowiące jego części składowe. Wcześniej czy później i tak dojdzie do integracji kulturalnej, materialnej, ekonomicznej i politycznej – wszystkie te odłączone części i tak pozostaną w strefie współdziałania. Ważne było to, że Rosja wkraczała na drogę nie imperialnego, ale pokojowego, demokratycznego rozwoju”.

Przewidywania prezydenta Jelcyna nie spełniły się. W grudniu 1999 r. przekazał władzę Władimirowi Putinowi, który uznał, że rozpad Związku Sowieckiego był największą katastrofą geopolityczną XX w. i rozpoczął odbudowę imperium. •

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Andrzej Grajewski

Dziennikarz „Gościa Niedzielnego”, kierownik działu „Świat”

Doktor nauk politycznych, historyk. W redakcji „Gościa” pracuje od czerwca 1981. W latach 80. był działaczem podziemnych struktur „Solidarności” na Podbeskidziu. Jest autorem wielu publikacji książkowych, w tym: „Agca nie był sam”, „Trudne pojednanie. Stosunki czesko-niemieckie 1989–1999”, „Kompleks Judasza. Kościół zraniony. Chrześcijanie w Europie Środkowo-Wschodniej między oporem a kolaboracją”, „Wygnanie”. Odznaczony Krzyżem Pro Ecclesia et Pontifice, Krzyżem Wolności i Solidarności, Odznaką Honorową Bene Merito. Jego obszar specjalizacji to najnowsza historia Polski i Europy Środkowo-Wschodniej, historia Kościoła, Stolica Apostolska i jej aktywność w świecie współczesnym.

Kontakt:
andrzej.grajewski@gosc.pl
Więcej artykułów Andrzeja Grajewskiego

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się