Nowy numer 29/2021 Archiwum

Można się śmiać przejdź do galerii

Kiedyś pił, ale jego życie odwróciło się o 180 stopni. Ranczo, z którego niektórzy się śmieją, buduje dla dzieci, żeby uczyły się samodzielności i nie powtórzyły jego historii.

Kręta droga wiedzie przez nieużytki i tereny przemysłowe. Mało kto tu zagląda, choć od kilku lat jeździ tędy autobus 222, dowożący pracowników do tutejszych fabryk. Ulica Chemiczna to prawdziwy koniec świata – fragment Siemianowic Śląskich wrzynający się między dwie dzielnice Katowic: Wełnowiec i Dąbrówkę Małą.

W pewnym momencie zza zakrętu wyłania się niecodzienny widok: ni to zagroda, ni wysypisko – zbiór różności takich jak felgi, deski, opony, dywany, dziecięce zabawki, kawałki gumolitu czy blachy. Wszystko to połączone w jakąś surrealistyczną całość i opatrzone niezliczoną ilością szyldów i transparentów. Powtarzają się na nich, w różnych kontekstach, słowa: „ranczo”, „kochać”, „uśmiech”, ale pojawiają się też inne komunikaty: „Żal komuś”, „Są łzy, gnębią ranczo”, „13 lat źle piszą”. O co tu chodzi? Kto stworzył to dziwne miejsce?

Ranczo obok hałdy

Nazywa się Jerzy Świder i mieszka w bloku naprzeciwko. Ten dwupiętrowy budynek mieszkalny to też dziwne zjawisko tutaj, w środku niczego, w otoczeniu fabryk, magazynów i pustych przestrzeni. Jedyną „atrakcją turystyczną” okolicy jest hałda, utworzona w miejscu dawnego wysypiska śmieci. Rozciąga się z niej rozległa panorama na pobliskie dzielnice Katowic, kawałek Siemianowic i sporą część Zagłębia. To ta sama hałda, która pojawia się w teledysku Paktofoniki „Jestem Bogiem”. Zdarza się, że w gorący dzień sama się zapala i kłęby dymu widoczne są wtedy z wielu kilometrów.

Blok na Chemicznej był kiedyś hotelem robotniczym. Obecnie mieszka w nim sześć rodzin. Wśród nich Anna i Jerzy oraz ich siedmioro dzieci: Kamil, Daniel, Kamila, Daniela, Łukasz, Wiktoria i Oskar. Najstarszy, Kamil, ma 17 lat, najmłodszy, Oskar – 3 lata. Kiedy rano, przed wyjściem na ranczo, pijemy herbatę, mamy wrażenie, że przez kuchnię przetacza się armia młodych ludzi. Gdy ostatnia osoba zamyka drzwi, wychodząc do szkoły, pomieszczenie opanowują cztery małe pieski. Jedne siadają nam na kolanach, inne niezdarnie próbują wspiąć się wyżej. Kątem oka zauważamy jeszcze dwa większe psy. Widać, że mieszkańcy tego domu lubią zwierzęta.

Jerzy nie mówi. W każdym razie nie tak, by zrozumiał go przeciętny Kowalski. Co innego Anna, która staje się naszym „tłumaczem”. Ona wyczyta wszystko – z ruchu warg, z całej gamy cmoknięć, oddechów i innych dźwięków, na które skazany jest aparat mowy, kiedy brakuje strun głosowych. Jerzy stracił je w 1998 roku. Diagnoza była krótka: rak krtani. Zaraz potem operacja i wprowadzenie rurki do dróg oddechowych. Po tracheotomii pacjent mógł jeść tylko zmiksowane posiłki. Od dwóch lat jego organizm nie toleruje nawet tego. Jerzy przyjmuje pokarmy bezpośrednio do żołądka.

Po Bogu rodzice

Kiedy dowiedział się, że jest chory, nie pił już od 5 lat. Bo wcześniej to i owszem. Zaliczał wizyty na izbach wytrzeźwień, wie też, co to zakład karny. Pił, bo było go stać. Był sportowcem, bokserem, a jako montażysta spawacz pracował w branży budowlanej. – Zarabiałem więcej niż sztygar na dole – twierdzi.

Przez picie stracił wszystko: pierwszy związek i majątek. Parę razy podejmował walkę z nałogiem – bezskutecznie. W końcu trafił do grupy Anonimowych Alkoholików. Wtedy jego życie odwróciło się o 180 stopni. I to trwa – od 23 lat żyje w trzeźwości, choć wielu znajomych, którzy podobnie jak on próbowali walczyć, już nie żyje.

Co go uratowało? Przede wszystkim wiara. – Zawsze byłem wierzący. Obojętnie, co robiłem, zwracałem się do Matki Boskiej – opowiada. Dziś też każdą pracę zaczyna od modlitwy. Zarówno w domu, jak i na ranczu pełno jest wizerunków Maryi. Jerzy całuje jedną z figurek: – Kiedyś chciałem być wielki. A spójrzcie na tę Matkę Boską: taka malutka, a jaka to potęga – mówi.

– Ciągle do Niej się zwraca. Może dlatego, że sam nie ma mamy? – zastanawia się Anna. Jerzy nie zna swojej biologicznej matki – zostawiła go w szpitalu. Adoptowała go kobieta, która sama wcześniej straciła syna. Dziś Jerzy stara się przekazać dzieciom swoje doświadczenie. W tym domu najważniejszy jest Bóg, a po Bogu rodzice. Można to wyczytać z kartki, którą powiesił na ścianie.

Ranczo też zbudował dla dzieci: – Chcę je nauczyć samodzielności, żeby dawały sobie w życiu radę, skończyły szkołę. Żeby nie stało się z nimi to, co ze mną.

« 1 2 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama