Nowy numer 23/2021 Archiwum

Kto pomógł Trumpowi?

Donald Trump zostanie 45. prezydentem Stanów Zjednoczonych w dużej mierze dzięki zaangażowaniu botów, czyli programów komputerowych udających ludzi.

Gdyby amerykańskie wybory odbyły się w Polsce, wygrałaby je Hillary Clinton. U nas wybory wygrywa ktoś, kto zdobywa więcej głosów. W USA niekoniecznie tak jest. Tam system wybierania jest inaczej skonstruowany. Nie liczą się głosy wyborców, tylko głosy elektorów. Nie wchodząc za bardzo w szczegóły, różnica pomiędzy liczbą głosów kandydata republikanów i kandydatki demokratów była jednak tak mała, że szalę zwycięstwa mogło przeważyć niemal wszystko. Tym razem okazuje się, że tym „czymś” było zaangażowanie w internecie botów.

Emocje rządzą

Boty to programy komputerowe podszywające się pod żywego człowieka. W zasadzie nie sposób odróżnić ich od ludzi. Dzisiaj są już tak doskonałe, że godzinami można z nimi komunikować się przez internet lub telefon, nie mając pojęcia, że po drugiej stronie nie siedzi żywy człowiek, tylko maszyna (program).

Nie od dziś wiadomo, że większość wyborców nie podejmuje decyzji na podstawie racjonalnej analizy faktów. Gdyby tak właśnie było, kampanie wyborcze ograniczałyby się do zaprezentowania programów wyborczych. Ludzie podejmują decyzje na podstawie emocji. A emocje powstają na fundamencie tego, co przynosi otoczenie. To dlatego kandydaci w systemie demokratycznym przemierzają tysiące kilometrów, by odwiedzić każdy region, na którym im zależy. Przecież gdyby się chwilę zastanowić, dość łatwo można by dojść do wniosku, że to postępowanie irracjonalne. To nie tak, że dobrym politykiem jest ten, kto więcej czasu spędzi w podróży. Ale same spotkania wyborcze to tylko jeden z elementów układanki. Kolejnym są media oraz to, co i jak piszą i pokazują. Od kilku lat wzrasta rola internetu. Dzisiaj, jak wynika z badań, około połowy Amerykanów czerpie informacje o świecie z mediów społecznościowych. W sieci pisać może każdy. Nie tyle jakość się tutaj liczy, ile ilość. A jeżeli tak droga do manipulacji zostaje otwarta. Bo gdy mamy za mało ludzi do komentowania, pisania postów, inicjowania dyskusji na setkach, tysiącach forów, a nawet do pisania newsów zatrudnijmy boty. W czasie ostatnich wyborów prezydenckich w USA z odpowiednich programów korzystały obydwa sztaby wyborcze, ale sztab Donalda Trumpa zrobił to nieporównywalnie skuteczniej.

Bot dyskutant

Dokładna analiza pokazała, że spora część wpisów na Twitterze czy Facebooku była generowana przez boty. Wahający się wyborca, korzystając z tych serwisów (a korzystają z nich miliony ludzi), mógł odnieść wrażenie, że Trump jest najlepszym kandydatem. Boty przedstawiały go jako człowieka obdarzonego szeregiem zalet. W zalewie wpisów pozytywnych dla wizerunku Trumpa zupełnie gubiły się wpisy, które obnażały jego wady. A nawet pod tymi wpisami w dyskusjach i komentarzach prym wiedli zwolennicy republikanina. Dzisiaj wiadomo, że w większości były to boty. Boty brały także udział w internetowych dyskusjach. Tak, programy już to potrafią. Uczą się, argumentują, wchodzą w spór i są w stanie wykazać słabość argumentów drugiej strony. Przede wszystkim są jednak przekonywające. Bo jest ich dużo i są zdeterminowane (zaprogramowane).

Co robi wyborca po debatach prezydenckich, który chce być „na bieżąco”? Wchodzi do sieci i przeszukuje, co się o nich pisze. A tu okazuje się, że po pierwszej debacie w portalach społecznościowych wybuchła wręcz euforia związana z Donaldem Trumpem. Spora część tych euforycznych głosów nie była pisana przez ludzi. Jak duża jest skala zjawiska, można tylko szacować, bo boty są tak doskonałe, że nawet korzystając ze specjalistycznych narzędzi, nie zawsze da się odróżnić wpisy ludzi od wpisów generowanych przez programy. Tematem zajmowali się np. uczeni z Uniwersytetu Oksfordzkiego i też rozłożyli ręce. Jedynym kryterium oceny – człowiek czy maszyna – była nie tyle treść komunikatu, ile sposób jego uruchomienia. Badacze obserwowali, które konta są najbardziej aktywne. Założyli, że te, które generują powyżej 50 wpisów na dobę. Jest mało prawdopodobne, by żywy człowiek mógł to robić. To kryterium jest jednak dziurawe jak sito. W czym problem, by zamiast jednego fałszywego konta z 50 wpisami dziennie założyć 10 kont z 5 wpisami dziennie? Szacuje się, że z fałszywych kont internetowych boty wygenerowały pięć razy więcej nieprawdziwych i szkalujących informacji o Hillary Clinton niż o Trumpie. W czasie kampanii tylko na Twitterze boty wygenerowały od 600 tysięcy do miliona tweetów popierających czy wspierających Trumpa. W przeciwnym obozie tweetów wspierających Clinton było od 120 tysięcy do maksymalnie 200 tysięcy.

Klikalność w cenie

Z tym, że to boty, a nie żywi ludzie nadają kształt politycznej debacie, trzeba się pogodzić. To naturalna konsekwencja naszych zwyczajów. Nie silimy się na formułowanie własnych wniosków, tylko obserwujemy, co myślą inni. W pewnym sensie z tą sytuacją zawsze mieliśmy do czynienia. Tyle tylko, że słuchanie autorytetów zmieniło się w słuchanie botów. Szacuje się, że na samym tylko Twitterze jest 15 milionów kont obsługiwanych przez boty. To może niewielka część wszystkich, bo zaledwie około 5 procent, ale za to ilość publikowanych przez nie wpisów jest znacznie większa niż średnia. To powoduje, że udział botów w tworzeniu tego serwisu znacznie przekracza pojedyncze procenty. Zresztą to nie tylko problem Twittera. Z Facebookiem jest podobnie.

Zupełnie osobną kwestią są fałszywe informacje publikowane w internecie przez żywych ludzi. Analiza ruchu w sieci pokazała, że w jednym z mołdawskich miasteczek powstało około 100 stron internetowych, które zajmowały się publikowaniem fałszywych informacji o Hillary Clinton. Większość z nich wyglądała jak profesjonalne serwisy informacyjne. To na nich pokazywały się nieprawdziwe informacje np. o tym, że papież Franciszek poparł Donalda Trumpa, czy też te, że Clintonowie zamieszani są w zabójstwo. Choć tworzeniem tych treści zajmowali się ludzie, ich dystrybucją w części zajęły się już boty. Przeprowadzone wiele miesięcy przed ostatecznym głosowaniem badania wskazały, że wyborcy Donalda Trumpa chętniej dystrybuują negatywne informacje o kandydatce Clinton niż wyborcy Clinton o kandydacie Trumpie. To, czy te negatywne informacje są prawdziwe, nie ma tutaj większego znaczenia. O skuteczności tego mechanizmu najlepiej zaświadczą konkretne liczby. W ostatnim tygodniu przed finalnym głosowaniem 20 nieprawdziwych najbardziej poczytnych w internecie newsów doczekało się prawie 9 milionów udostępnień. W tym samym okresie 20 prawdziwych informacji miało tych udostępnień 7,4 miliona. To znaczy, że nieprawda była ponad 1,2 razy bardziej atrakcyjna dla udostępniających niż prawda. Ale jeszcze kilka miesięcy wcześniej te proporcje były całkowicie odwrócone. Znowu analizując 20 najbardziej poczytnych prawdziwych informacji i 20 najbardziej poczytnych nieprawdziwych, okazuje się, że prawda była 4 razy bardziej atrakcyjna.

Co stało się w ciągu tych kilku miesięcy? Zatrudniono boty, programy, które udostępniały konkretny rodzaj informacji. Co ciekawe, samym twórcom dziesiątek fałszywych stron cały proceder się opłacał. Działające w sieci mechanizmy pozwoliły im zbić fortunę na reklamach. No bo jeżeli jakiś „news” był często udostępniany, ruch na publikujących fałszywe informacje stronach rósł lawinowo. Ruch w internecie to to samo co duże pieniądze. Liczy się klikalność, nie wiarygodność. Proceder był w jakimś sensie sterowany, bo fałszywe informacje o obydwu głównych kandydatach nie rozkładały się po połowie. Znacznie więcej było nieprawdziwych informacji o Hillary Clinton niż o Donaldzie Trumpie.

Jak widać, działa

Cała historia mogłaby być jedynie ciekawym przyczynkiem do dyskusji o kierunku rozwoju internetu, gdyby nie to, że bezpośrednio wpłynęła na rzeczywistość. Jeżeli boty mają taką moc jej kreowania, trzeba się zastanowić, kto w przyszłości będzie nami rządził. Ten, kto będzie miał więcej pieniędzy na „zatrudnienie” większej armii botów. Jak zmierzyć skuteczność tych zabiegów? W ostatnich miesiącach przed wyborami w USA szanse obydwu kandydatów były wyrównane, ale zawsze wskazywano na wygraną Clinton. W ostatnich kilkunastu dniach jej szanse (biorąc pod uwagę specyfikę amerykańskiego systemu wyborczego) oceniano znacznie wyżej niż Trumpa. W tych sondażach o opinie pytano żywych ludzi. Okazało się jednak, że sondażownie się mylą. Kto wyniki wyborów przewidział prawidłowo? Programy komputerowe wyposażone w sztuczną inteligencję. Te nie pytały o opinie ludzi. Te śledziły ruch w internecie. Częstotliwość pojawiających się postów oraz zaangażowanie piszących je po którejś ze stron. Co ciekawe, analiza wykazała, że nie ma znaczenia, czy publikowane w internecie treści są prawdziwe czy fałszywe. System MoglA, który wspomagany jest sztuczną inteligencją, trafnie wytypował lokatora Białego Domu już trzeci raz z rzędu. Nie pomylił się także w typowaniu wyników wyborów do Kongresu i Izby Reprezentantów. •

„Sonda 2”, niedziela 27 listopada, godz. 14.35, sobota 3 grudnia, godz. 14.35.

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Tomasz Rożek

Kierownik działu „Nauka”

Doktor fizyki, dziennikarz naukowy. Nad doktoratem pracował w instytucie Forschungszentrum w Jülich. Uznany za najlepszego popularyzatora nauki wśród dziennikarzy w 2008 roku (przez PAP i Ministerstwo Nauki). Autor naukowych felietonów radiowych, a także koncepcji i scenariusza programu „Kawiarnia Naukowa” w TVP Kultura oraz jego prowadzący. Założyciel Stowarzyszenia Śląska Kawiarnia Naukowa. Współpracował z dziennikami, tygodnikami i miesięcznikami ogólnopolskimi, jak „Focus”, „Wiedza i Życie”, „National National Geographic”, „Wprost”, „Przekrój”, „Gazeta Wyborcza”, „Życie”, „Dziennik Zachodni”, „Rzeczpospolita”. Od marca 2016 do grudnia 2018 prowadził telewizyjny program „Sonda 2”. Jest autorem książek popularno-naukowych: „Nauka − po prostu. Wywiady z wybitnymi”, „Nauka – to lubię. Od ziarnka piasku do gwiazd”, „Kosmos”, „Człowiek”. Prowadzi również popularno-naukowego vbloga „Nauka. To lubię”. Jego obszar specjalizacji to nauki ścisłe (szczególnie fizyka, w tym fizyka jądrowa), nowoczesne technologie, zmiany klimatyczne.

Kontakt:
tomasz.rozek@gosc.pl
Więcej artykułów Tomasza Rożka

 

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Zobacz także