Nowy numer 29/2021 Archiwum

To nasi bracia i siostry

O tym, jak bronić prześladowanych chrześcijan, mówi prof. Ryszard Legutko.

Piotr Legutko: Każdego roku z powodu swojej wiary ginie ok. 100 tys. wyznawców Chrystusa. W tę niedzielę przeżywamy Dzień Solidarności z Kościołem Prześladowanym. Czy jest już tak źle, że tylko modlitwą można mu pomóc?

Prof. Ryszard Legutko: Modlitwa to oczywiście trochę inny porządek. Mam nadzieję, że nie jest to nasza jedyna broń i są różne sposoby, by prześladowania powstrzymać, choćby działanie niezależnych organizacji, takich jak Pomoc Kościołowi w Potrzebie. Jest wreszcie pomoc instytucji międzynarodowych choć z tymi ostatnimi nie jest najlepiej.

Czy Komisja Europejska w ogóle poczuwa się do obowiązku podjęcia jakichś działań w obronie chrześcijan?

Przewodniczący Juncker powołał swego specjalnego pełnomocnika ds. wolności religijnych, Słowaka Jana Figla. Niestety tylko na rok. I nie wiadomo, czy nie jest to jedynie symboliczny gest, by pokazać, że Komisja nie lekceważy problemu. A z drugiej strony, jeśli ktoś ma pełnić swoją funkcję przez rok, to nie bardzo ma się jak zabrać za poważne działania.

Komisja nie jest wyjątkiem, bo żadna z wielkich instytucji międzynarodowych nie traktuje z należytą powagą tego problemu.

Europa uznaje, że problemem nie jest dziś eksterminacja chrześcijan, lecz islamofobia. Uważa się, że z jednej strony mamy terrorystów, z drugiej zaś niebezpieczny potencjał islamofobii, który w każdej chwili może wybuchnąć. Tematu prześladowania chrześcijan nie ma, co wynika – będę się przy tym upierał – z głębokich uprzedzeń antychrześcijańskich, zakorzenionych w obecnych elitach zachodnioeuropejskich.

Dodajmy: uprzedzeń wobec religii i kultury, które stały się fundamentem Unii Europejskiej.

To był najświetniejszy okres potęgi europejskiej chadecji, z której wyszła idea integracji. Alcide De Gasperi i Robert Schuman są dziś nawet kandydatami na ołtarze. Konrad Adenauer też był człowiekiem traktującym chrześcijaństwo bardzo poważnie.

I co się z tymi ideami ojców założycieli UE stało?

Równie dobrze mógłbym zapytać, co się stało w Polsce, która tyle Kościołowi zawdzięcza. Przecież i my mamy coraz głośniejszy nurt antyklerykalny. Firmują go ludzie, którzy przecież nie tak dawno znajdowali w kościołach schronienie, konspirowali, traktowali przestrzeń sakralną jak oazę wolności. Dlaczego tak się stało – to temat na inną rozmowę. Ale jest pewien silny stereotyp, że teraz żyjemy w nowoczesnej cywilizacji, która wyzwoliła się od religii chrześcijańskiej, a zwłaszcza od Kościoła katolickiego. Dzisiejszej Europie ton nadaje wyraźnie antychrześcijańska lewica, skupiona wokół haseł aborcji i promocji homoseksualizmu, formułowanych w opozycji do katolicyzmu. Kościół jest tolerowany jedynie jako organizacja charytatywna. Ma zbierać pieniądze, dawać biednym zupki – do tego jest potrzebny.

A co ze spadkobiercami Adenauera i Schumana, z dzisiejszą chadecją?

Niestety, są to głównie chadecy „bezobjawowi”, choć, przynajmniej niektórzy – podobno – bardzo religijni, jak poprzednik Tuska na stanowisku przewodniczącego Rady Europejskiej Herman Van Rompuy, który jako premier Belgii wprowadził proaborcyjne ustawodawstwo i jest z tego dumny. Deklarował, że prywatnie, jako katolik, jest oczywiście przeciw. Jeśli ktoś ma takie nastawienie, że chrześcijaństwo to zabobon i przeszkoda na drodze postępu, to nie może uznać, że atak na chrześcijaństwo jest atakiem na Europę. Nie jest, bo Europa już dawno wyzwoliła się z chrześcijaństwa.

Dekadę temu przysłuchiwałem się dyskusji w Parlamencie Europejskim, podczas której panowała zgoda, że pomagać trzeba, ale generalnie prześladowanym, bez epatowania ich wyznaniem. Czy coś się zmieniło?

Nadal obowiązują uniwersalistyczne formuły w rodzaju „prześladowania religijne”. I to jest język przejmowany także przez naszą stronę – szeroko rozumianą prawicę. To błąd, ponieważ chrześcijan trzeba bronić jako chrześcijan, a nie uznawać tego za element walki z nietolerancją religijną. Jeśli coś dzieje się z homoseksualistami, to instytucje unijne nie bronią ich w sposób abstrakcyjny, ale jako konkretną społeczność. Namawiam więc wszystkich, by bronić chrześcijan, a przestać wreszcie mówić o „nietolerancji religijnej”.

Walka o odzyskanie języka, o nazywanie rzeczy po imieniu to jeden z głównych wątków Europejskiego Kongresu w Obronie Chrześcijan, który drugi rok z rzędu z Pana inicjatywy odbył się w Krakowie.

Na początku był Logos. Słowa ukierunkowują nasze myślenie. Trzeba właściwie nazwać to, co się dzieje. Innym bardzo istotnym tematem kongresu była sytuacja chrześcijan w obozach dla uchodźców. Są tam – jako mniejszość – źle traktowani. Obie te kwestie są ze sobą ściśle związane. Zauważmy, że o prześladowaniach chrześcijan w obozach się nie mówi, a jeśli już, to słyszymy o „konfliktach religijnych”, jakie tam „mają miejsce”.

« 1 2 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama