Nowy numer 42/2020 Archiwum

Co dalej po „Wołyniu”?

Film Wojciecha Smarzowskiego o rzezi na Wołyniu w 1943 r. będzie wstrząsem przede wszystkim dla Ukraińców. Sugestywne kadry rozerwą wiele starych ran. Czy skłonią do refleksji, otworzą drogę do pojednania, czy wywołają gniew i polemikę?

Film „Wołyń” jest artys­tyczną wizją historii, ale w zgodnej opinii ekspertów oraz świadków przekazuje prawdę o tamtej tragedii. Osoby, z którymi rozmawiałem o filmie, zwracały uwagę, że ukraińskiej opinii publicznej będzie trudno go zaakceptować, choć z pewnością nie jest on antyukraiński. Nie będzie bowiem odbierany tylko jako głos w dyskusji o przeszłości. Ukraina, niestety, nie zrobiła uczciwego rozrachunku z banderowskim nacjonalizmem. Nie skorzystała nawet z propozycji lwowskiego historyka prof. Jarosława Hrycaka, postulującego, aby docenić UPA za walkę z Sowietami, ale potępić za mordy na Polakach. Spór o historię jest także sporem o wartości, na których chce się budować ukraińskie państwo.

Zbrodnia zaplanowana

Straszna rzeź na Wołyniu nie wybuchła spontanicznie. Była planowana od dawna przez kierownictwo Organizacji Ukraińskich Nacjonalistów (OUN). Już na kongresach w okresie międzywojennym OUN wysunęła postulat usunięcia Polaków z terytorium przyszłej wolnej i „czystej” Ukrainy. Zakładano, że dokona się to rękami ukraińskich chłopów, zorganizowanych i podburzonych przez świadomych celów „narodowej rewolucji” działaczy OUN. Ziarno nienawiści oraz destrukcji pozostało w głowach nacjonalistów. Decyzja, aby zrealizować zbrodniczy plan, zapadła wiosną 1943 r., kiedy klęska wojsk niemieckich na Wschodzie powodowała, że pytanie o przyszłość tych ziem znów stało się aktualne. Ukraińskie formacje policyjne, współpracujące dotąd z Niemcami, zdezerterowały i poszły do lasu, wzmacniając siły Ukraińskiej Powstańczej Armii (UPA).

Zachętą do radykalnych rozwiązań był los Żydów. Ukraińscy nacjonaliści widzieli, z jaką brutalnością Niemcy rozprawili się z ludnością żydowską na tych terenach. Nierzadko im zresztą w tym pomagali. Żydzi zniknęli z krajobrazu Wołynia i Małopolski Wschodniej. Polacy mieli podzielić ich los. Tym bardziej że polska samoobrona na tych terenach praktycznie nie istniała. Polacy na Wołyniu należeli do mniejszości, zwłaszcza w wioskach. Według spisu z 1931 r. stanowili tam niecałe 17 proc. ludności (ok. 350 tys.). Po dwóch latach sowieckiej okupacji (1939–1941) oraz represjach niemieckich ich liczba jeszcze bardziej się zmniejszyła wskutek wywózek na Sybir i eksterminacji, zwłaszcza elit politycznych, gospodarczych i społecznych.

Nie wszyscy Ukraińcy byli zwolennikami wymordowania Polaków, nawet wśród nacjonalistów zdarzali się przeciwnicy takiego rozwiązania. Jednak kierownictwo OUN–UPA na Wołyniu, na którego czele stał Dmytro Klaczkiwski, „Kłym Sawur”, latem 1943 r. rozpoczęło „oczyszczanie” Wołynia.

W niedzielę 11 lipca 1943 r. sotnie UPA, wspomagane przez miejscową ludność, uderzyły na 97 polskich osad, wsi i kolonii. Większość z nich została starta z powierzchni ziemi, a ich mieszkańców wymordowano z niewyobrażalnym wręcz okrucieństwem. Nieliczni chronili się w większych wsiach, gdzie czasami udawało się zorganizować skuteczną samoobronę. Szczególną sławę zdobyła obrona Przebraża pod Łuckiem, trwająca od lipca 1943 do stycznia 1944 roku. Przetrwało tam ok. 
12 tys. Polaków z całej okolicy. Czasem ratunkiem były garnizony niemieckie, które podejmowały walkę z oddziałami UPA. Nie brakowało jednak przypadków, że to Niemcy inspirowali banderowskie ataki na Polaków oraz sami w nich uczestniczyli, jak w przypadku Huty Pieniackiej w lutym 1944 roku.

Pierwsze uderzenie spadło na Wołyń, ale kilka miesięcy później zaatakowane zostały także polskie wsie w Małopolsce Wschodniej, czyli, jak mówili Ukraińcy, w Galicji Wschodniej. Szacuje się, że łącznie na Kresach w czasie wojny z rąk ukraińskich nacjonalistów zginęło co najmniej 130 tys. Polaków, z tego 60 tys. na Wołyniu. Nie mamy pełnej osobowej listy tych strat. W przypadku Wołynia udało się ustalić jedynie nazwiska 23 tys. ofiar.

Jesienią 1943 r. rozpoczęły się akcje odwetowe polskiej partyzantki, skierowane także przeciwko ludności cywilnej. Ocenia się, że do 1945 r. zginęło w nich od 3 do 10 tys. Ukraińców.

Na terenie archidiecezji lwowskiej, diecezji łuckiej i przemyskiej UPA okrutnie zamordowała 255 kapłanów diecezjalnych, zakonników oraz kapelanów wojskowych. Wielu spośród nich zginęło w okolicznościach, których opis przypomina męczeństwo pierwszych chrześcijan. Do dzisiaj nie udało się zapewnić godnego pochówku ofiarom tej tragedii. Na zachodniej Ukrainie jest około 2 tys. miejsc, gdzie znajdują się doły śmierci z niepochowanymi szczątkami Polaków. Zidentyfikować i upamiętnić udało się zaledwie 300. Zresztą krzyże i tablice pamięci często stoją nie tam, gdzie znajdują się mogiły, ale po prostu na skraju wsi i osad, po których dzisiaj nie został już żaden 
ślad.

Relatywizacja

Prawda o ludobójstwie na Wołyniu do świadomości ukraińskiej przebijała się powoli. Dla postkomunistycznych polityków rządzących na Ukrainie w latach 90. Wołyń nie był problemem. Prezydent Leonid Kuczma oraz prezydent Aleksander Kwaśniewski wzięli udział w odsłonięciu w 2003 r. w Porycku pierwszego zbudowanego w niepodległej Ukrainie pomnika poświęconego Polakom pomordowanym przez ukraińskich nacjonalistów. Pojednanie z Ukrainą było ważnym punktem orientacyjnym polityki zagranicznej prezydenta Lecha Kaczyńskiego, dlatego razem z prezydentem Wiktorem Juszczenką wziął udział w odsłonięciu pomnika w Pawłokomie (2006 r.), gdzie polski oddział samoobrony wymordował ukraińską wioskę, oraz w Hucie Pieniackiej (2009 r.), w miejscu rzezi na Polakach. Niestety, późniejsza decyzja prezydenta Juszczenki, aby nadać pośmiertnie Stepanowi Banderze, przywódcy OUN, tytuł Bohatera Ukrainy, zniweczyła ten wysiłek.

Zasadniczą zmianę stosunku Ukraińców do narodowej przeszłości przyniosły wydarzenia na Majdanie. Tradycja banderowska wyraźnie była tam obecna. Nie tyle w deklaracjach politycznych, co raczej w „didaskaliach” tamtego protestu, elementach umundurowania, jakie nosili niektórzy członkowie Samoobrony, emblematach formacji wojskowych czy pieśniach śpiewanych na scenie głównej Majdanu. W latach 90. pomniki Bandery, czy poszczególnych dowódców UPA, także tych, którzy mają ręce splamione krwią Polaków, stawiano na zachodniej Ukrainie. Po Majdanie pojawiło się jednak dążenie, aby tradycję banderowską wpisać w pejzaż współczesnej Ukrainy. Na czele ukraińskiego IPN po Majdanie stanął młody historyk Wołodymyr Wiatrowycz, od dawna zaangażowany w rehabilitację UPA. W książce „Druga wojna polsko-ukraińska 1942–1947” postawił tezę, że na Wołyniu nie było żadnej rzezi, a tylko konflikt zbrojny z udziałem równorzędnych formacji wojskowych, w którym po obu stronach ginęli cywile.

Jeśli były tak liczne ofiary cywilne (strona ukraińska, choć im nie zaprzecza, stara się ograniczyć ich liczbę), to wynikały one ze zdziczenia wojennego, chłopskiej żakerii czy działalności niezidentyfikowanych oddziałów tzw. siekierników, którzy mieli mieć największy udział w mordowaniu Polaków. Ta nieprawdziwa opowieść ma jeden cel: zdjąć odpowiedzialność z UPA, faktycznego sprawcy tych zbrodni. Dla młodych ukraińskich nacjonalistów, wychowanych w kulcie UPA, jedynej – ich zdaniem – formacji, która w czasie II wojny światowej walczyła ze wszystkimi okupantami, a więc Niemcami, Polakami i Sowietami, przyznanie, że formacja ta dokonała ludobójstwa na Polakach jest nie do przyjęcia. Dla nich „Wołyń” będzie kamieniem obrazy, próbą oczernienia bohaterów, którym pomniki mogli postawić dopiero niedawno.

Droga 
pojednania

Kościół katolicki obu obrządków w Polsce i na Ukrainie, wierny nauczaniu Jana Pawła II, w minionych latach wykonał wiele znaczących gestów, przede wszystkim trzy lata temu publikując wspólne orędzie biskupów polskich i ukraińskich z okazji 70. rocznicy zbrodni wołyńskiej. Jednak nawet najmądrzejsze i celne sformułowania zawarte w dokumentach podpisanych przez biskupów nie zastąpią pracy od podstaw, której w relacjach polsko-ukraińskich dotąd w stopniu należytym nie wykonano. Spotykają się politycy, naukowcy, czasem kombatanci, ale niestety, w ramach tych różnych dialogów nie udało się poruszyć ludzkich sumień, czego rachunek krzywd, nawet sporządzony skrupulatnie, nigdy nie zastąpi.

Trzy lata temu metropolita lwowski abp Mieczysław Mokrzycki zaapelował do strony ukraińskiej o zadość­uczynienie. Miało ono polegać na dwóch rzeczach: odprawieniu w świątyniach wszystkich wyznań na terenie, gdzie dokonało się ludobójstwo, nabożeństw żałobnych za tych, którzy wówczas zginęli, oraz postawieniu krzyży nad ich mogiłami. Ani jeden, ani drugi warunek nie został do dzisiaj spełniony. Tymczasem na rolę wspólnej modlitwy nad grobami pomordowanych zwraca uwagę dr Leon Popek, który na Wołyniu stracił blisko 30 członków swej rodziny. Jego babcia Franciszka Popek ocalała dzięki pomocy ukraińskiego sąsiada Iwana Potockiego. Od 1992 r. Leon Popek zaczął poszukiwanie grobów ofiar ludobójstwa na Wołyniu. W Ostrówkach, Woli Ostrowieckiej oraz w Gaju odnalazł 11 mogił, w których znajdowały się szczątki 760 osób. Pracuje w lubelskim oddziale IPN. – Doświadczyłem tego wielokrotnie podczas wypraw na Wołyń, gdzie szukaliśmy szczątków ofiar rzezi – wspomina dr Popek. – Czasami, jak w Ostrówkach Wołyńskich czy Woli Ostrowieckiej, dołączali do nas miejscowi. Wspólnie modliliśmy się nad grobami. Dla ukraińskich mediów to była sensacja. Pytali się miejscowych Ukraińców, po co tam przyszli. Odpowiadali: „Przyszliśmy pomodlić się razem z Polakami, gdyż zamordowani byli naszymi sąsiadami i dobrymi ludźmi. Chodzi się na pogrzeby sąsiadów, a tych Polaków właśnie chowamy, jak należy”. Kiedyś, gdy odnajdywałem w dołach śmierci szczątki mojej rodziny, myślałem, że między nami a Ukraińcami jest rów nie do przebycia. Dzisiaj jestem innego zdania. Wierzę, że wspólnie możemy ten rów zasypać. Jest taka gotowość po polskiej stronie, ale także wśród wielu Ukraińców.

Działania polityczne, dialog historyków są oczywiście potrzebne. Ale być może najważniejszą rzeczą, jakiej potrzebujemy na Wołyniu, jest wspólnie stanąć nad grobami pomordowanych, ogarnąć ich modlitwą i wspólnie nad nimi zapłakać. Otwierają się wówczas ludzkie serce na ból i krzywdę drugiej strony. Czy Polacy i Ukraińcy będą na to gotowi po zobaczeniu filmu „Wołyń”? •

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama