Nowy numer 43/2020 Archiwum

Życie po trzęsieniu

Wystarczyły 154 sekundy, by Accumoli zmieniło się nie do poznania. Od potężnego trzęsienia ziemi w miasteczku minęło kilka tygodni. Panuje tam dzisiaj głęboka i przejmująca cisza.

Prawdziwy dramat rozegrał się w samym centrum miasteczka położonego na wysokości 850 metrów nad poziomem morza. Właśnie tam znajdował się kościół św. Franciszka. Obok niego stała dzwonnica. Mieszkańcy mówią, że zawaliła się już podczas wcześniejszych trzęsień ziemi: w 1997 r. w Asyżu i w 2009 w L’Aquila. Tym razem runęła po raz trzeci i zabiła czteroosobową rodzinę. Graziella pochodziła z Amatrice. Jej mąż – Andrea – z Accumoli. Byli sąsiadami proboszcza tutejszej parafii św. św. Piotra i Wawrzyńca, ks. Krzysztofa Kozłowskiego.

Do teraz 
cały drżę

– To była najgorsza noc w moim życiu. Pamiętam potężny huk, dużo pyłu i hałas. A potem wielka cisza i czekanie, czy ktoś wyjdzie na ulicę. Próbowałem nasłuchiwać głosów moich sąsiadów. Jednak gdy otwarłem drzwi pokoju, zobaczyłem, że wszystko jest zburzone. W pewnym momencie przyszła mi przez głowę myśl, żeby udzielić rozgrzeszenia ogólnego tym wszystkim, którzy byli w niebezpieczeństwie śmierci. Zrobiłem to – opowiada drżącym głosem ks. Kozłowski.

Pierwszych parafian usłyszał po około 20 minutach. Służby pojawiły się po trzech godzinach.
– Gdyby stało się to w ciągu dnia, miałbym być może większą świadomość tego, co się dzieje. Ale to była noc. Zostałem wyrwany ze snu. Dopiero po chwili zauważyłem, że pękają ściany, meble się przesuwają, odpadają kaloryfery, okna się otwierają, a na głowę wali się sufit. Powoli zacząłem sobie zdawać sprawę, że to chyba trzęsienie ziemi – dodaje 
ks. Krzysztof.

Ksiądz Kozłowski w Accumoli posługuje od dwóch lat. Opiekuje się 18 kościołami. Po trzęsieniu ziemi tylko dwa nadają się do użytku.

Jednym z jego parafian jest Stefano. Jego żona, Polka, i dwoje dzieci zostali już przewiezieni do hotelu w nadmorskiej miejscowości San Benedetto del Tronto. Stefano wkrótce do nich dotrze. Na razie zatrzymał się w jednym z pięciu obozów przygotowanych dla poszkodowanych z Accumoli. – Tamtej nocy o 3.36 nie spałem. Nagle zacząłem odczuwać stopniowo narastające trzęsienie ziemi. Usłyszałem huk. Potężny, ogromny huk! Najbardziej bałem się o dzieci. Jedno ma 16 miesięcy, a drugie 8 lat. Od razu zawołałem moją żonę Iwonę. Krzyczałem, bo ona była jeszcze w łóżku z dziećmi. Jak tylko do nich dotarłem, próbowaliśmy wyjść z domu. W pewnym momencie słyszeliśmy silne uderzenia i trzaski raz z lewej, raz z prawej strony. Strach w oczach i w sercu. Wyszliśmy z domu po schodach. Otworzyliśmy furtkę i położyliśmy się na ziemi. Byliśmy bardzo roztrzęsieni. Drżeliśmy. Strach, wielkie przerażenie! Absolutnie nigdy wcześniej nie doświadczyłem czegoś tak strasznego. Mam 45 lat i przeżyłem już trzęsienia ziemi. Ale tym razem było inaczej… Wszystko trwało ponad dwie minuty. To strasznie długo. W tym czasie zdążyliśmy zabrać dzieci, zejść z drugiego piętra, otworzyć furtkę, wyjść na zewnątrz, a wstrząsy jeszcze nie ustały. Nasz dom przesunął się o jakieś 30 cm. To było niewiarygodne! Do teraz cały drżę – opowiada Stefano.

Myśleli, 
że zginąłem

W całej gminie Accumoli zginęło w sumie 12 osób. Wielu wyciągnięto spod gruzów. Księdza Kozłowskiego ewakuowała straż pożarna. Miał sporo szczęścia. 
– Ja się na nowo narodziłem – mówi. Jest zdeterminowany i odważny. Przez kilkanaście godzin mogłem obserwować go z bliska. – Próbujemy być obok, tak jak ks. Krzysztof, który mimo że osobiście przeżył tragedię, jest blisko osób, które zostały mu powierzone. Uważam, że jest to najpiękniejsza i najbardziej wiarygodna forma przeżywania tego dramatu – podkreśla bp Domenico Pompili, ordynariusz Rieti.

Okazuje się, że zaraz po cudownym ocaleniu proboszcz z narażeniem życia zaczął szukać parafian. – Jak tylko zostałem wyciągnięty z domu, obszedłem całą parafię. Przechodziłem pomiędzy zburzonymi domami. Z jednej strony chciałem zobaczyć skalę zniszczeń, a z drugiej sprawdzić, czy wszyscy przeżyli. Niektórzy parafianie myśleli, że zginąłem. Chciałem im pokazać, że żyję, że jestem z nimi – opowiada ks. Kozłowski.

W największym obozie dla poszkodowanych spotykam się z Danielą Taloni i jej mężem Pasquale Contim. Daniela ze łzami w oczach próbuje zrelacjonować, co działo się następnego dnia po trzęsieniu ziemi. Mowa przychodzi jej z trudem, ale dokładnie dobiera każde słowo. – Przyjechał do nas ks. Giovanni, proboszcz, który wcześniej posługiwał w Accumoli. Poprosiliśmy go, by odprawił u nas Mszę św., bo ani my, ani bp Pompili nie umieliśmy się dodzwonić do ks. Krzysztofa. Telefon naszego proboszcza milczał. Baliśmy się o niego. Aż tu nagle staje przed nami ks. Krzysztof. Cały brudny z pyłu i gruzu. Mówi, że ma dla nas niespodziankę. Po chwili strażacy, którzy szli za nim, wnieśli do obozu figurę Matki Bożej Bolesnej – opowiada Daniela.

Podczas pobytu poszkodowanych w obozie to właśnie przy tej figurze odprawiana jest Msza św. Dba o to ks. Kozłowski. – Spójrz jej w oczy – zwrócił się do mnie. – Jest zapłakana i zasmucona. Strasznie cierpi. To ona najbardziej przeżyła trzęsienie ziemi – przekonuje.

Figurę Matki Bożej Bolesnej w kościele Matki Miłosierdzia w historycznej części miasteczka odrestaurowała niedawno Stefania Zucchoni, konserwator zabytków, na co dzień mieszkająca w Rzymie. – Teraz figura znowu jest częściowo zniszczona, trzeba ją ponownie restaurować. Muszę przyznać, że to zadziwiające, że ocalała. Widziałam, jak bardzo zdewastowane jest wnętrze świątyni – podkreśla.

Płacz dziecka

Niewątpliwie sprzątanie po tak wielkiej tragedii potrwa długo. Służby starają się przywrócić wszystko do normalnego funkcjonowania. – Nasza interwencja w Accumoli polega na zabezpieczeniu terenu, ale także na pomocy poszkodowanym. Do tej pory naszym priorytetem byli ludzie. Ta faza już za nami. Teraz próbujemy zabezpieczyć dobra materialne i dzieła sztuki – mówi Marco Cavriani, komendant straży pożarnej dowodzący pracami.

U poszkodowanych widać wielką determinację i chęć odbudowania miasteczka. Ludzie chcą wrócić do swoich domów. – Czy to będzie możliwe, czas pokaże – tłumaczy ks. Kozłowski.

Stefano nie wyobraża sobie życia w innym miejscu. – Ja się tu urodziłem i nigdy się stąd nie ruszę. Absolutnie. Także moja żona jest przekonana, że musimy tu wrócić. Tu czujemy się dobrze. Na razie nie mamy prądu, wody. Jak tylko służby się z tym uporają, wrócimy – tłumaczy.

Ale nie wszyscy mają tyle szczęścia. Dla Danieli i Pasquale powrót do normalnego życia będzie o wiele trudniejszy. – Jeśli chodzi o mnie, to w głębi serca mam poważny problem – mówi przez łzy Daniela. – Czuję się ogromnie zakłopotana. Na przykład wczoraj byliśmy zobaczyć pokój w hotelu, gdzie moglibyśmy mieszkać, ale wewnątrz czułam się, jakbym kogoś okradała, jakbym chciała przywłaszczyć sobie coś, co do mnie nie należy. Wszystko wokół jest bardzo trudne: przyszłość, odbudowa, powrót do normalnego życia. Straciliśmy dom, pracę, miejscowość, w której zamieszkaliśmy – dodaje.

Daniela i Pasquale pochodzą z Accumoli. Tam się pobrali, wychowali dorosłe już dzieci. W historycznej części miasta otworzyli sklep spożywczy. Zamierzali tu pozostać. – Teraz już nic nie jest pewne. Nie wiemy, co przyniesie przyszłość – mówią zgodnie.

Najboleśniejsza jest jednak utrata bliskich. Ze łzami w oczach wysłuchałem relacji z pogrzebu dziewczynki, którą razem z babcią pochowano na obrzeżach Amatrice. Podczas liturgii głos zabrała jej mama. – Dziękuję Bogu za to, że dał mi tak silną wiarę i że wokół mnie są ludzie, którzy codziennie za mnie się modlą, ale do końca życia nie zapomnę płaczu mojego dziecka i tego, że jest przysypane po szyję, a ja nie mogę nic zrobić – mówiła. Gdy płacz dziecka ustał, uświadomiła sobie, że jej 16-miesięczna córeczka umarła.

Poszkodowani w trzęsieniu ziemi Włosi przeżywają trudne chwile. – Trzeba zmierzyć się z cierpieniem osób, które straciły wszystko, szczególnie głębokie relacje z bliskimi – stwierdził bp Pompili. A te odbudować najtrudniej. Zwłaszcza wtedy, kiedy nagle odeszły ukochane osoby. – Znałam prawie wszystkie ofiary tej tragedii. Wielu pochodziło z Accumoli, ale ze względu na pracę mieszkali w Amatrice. Wszyscy byliśmy jedną, wielką rodziną – wyjaśnia Daniela Taloni.

Potrzebna pomoc

Na pytanie, czego teraz najbardziej potrzeba mieszkańcom 
Accumoli, ks. Kozłowski odpowiada: – Tego, aby gdy już zgasną światła reflektorów, nikt o nas nie zapomniał. ­Żeby za miesiąc, za rok ktoś przynajmniej zadzwonił i zapytał, czy nam przypadkiem czegoś nie potrzeba. Pomoc będzie potrzebna wtedy, kiedy zniszczone miasteczka będą odbudowywane – dodaje.

Chodzi nie tylko o pomoc materialną, ale także o jedność w modlitwie. – Kościół musi iść naprzód, będąc zjednoczonym z Chrystusem. On jest kamieniem węgielnym, dzięki któremu wszystkie ściany Kościoła są połączone. Trwa dzięki spoistości żywych kamieni, którymi są chrześcijanie – mówi bp Pompili. – Jesteśmy wam wdzięczni za wszystko, co do tej pory zrobiliście, czynicie nadal i co jeszcze uczynicie – dodał. Tylko taki Kościół jest antysejsmiczny i odporny na wstrząsy. Jest miejscem, w którym cierpiący i zranieni ludzie odnajdują ukojenie. •

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama