GN 43/2020 Archiwum

Głową w mur

Francja zapowiedziała „ostateczną” likwidację wielkiego slumsu migrantów pod Calais, choć z góry wiadomo, że jest to projekt syzyfowy.

Jechali swoim audi 80 km na godzinę. Na początku września troje brytyjskich dziennikarzy było już na ogrodzonym dojeździe do portu w Calais. Mknęli, by zdążyć na prom, gdy z boku wyłoniła się grupa mieszkańców „Dżungli”, jak popularnie nazywane jest obozowisko migrantów pod Calais. Na przednią szybę samochodu poleciał metrowy pień drzewa. Instynktowny skręt w lewo, uderzenie w jadący na sąsiednim pasie tir i zakleszczenie obu samochodów. Audi było ciągnięte przez ciężarówkę jeszcze kilkadziesiąt metrów, zanim się zatrzymało. Wszystko zakończyło się wyjątkowo dobrze, tylko lekkimi ranami. W ostatnich miesiącach desperacja migrantów z największego slumsu w Europie każe im wrzucać na drogę różne przedmioty, wielkie kubły na śmieci, pnie drzew, by – nawet kosztem spowodowania wypadku – spowolnić czy zablokować ruch w kierunku portu. To pozwala na włamania do ładowni tirów i próby przemycenia się do Wielkiej Brytanii albo, jeśli się nie uda, przynajmniej ogołocenie ciężarówek z towarów, bo w „Dżungli” powstało kilka złodziejskich gangów.

Pół roku temu francuska policja zlikwidowała połowę „Dżungli”. Po skleconych z palet i brezentu budach, po sklepikach, kościele i meczecie przejechały buldożery. Część mieszkańców wywieziono autobusami do punktów przyjęć migrantów w różnych częściach Francji, część uciekła, by tworzyć małe obozy pod innymi miastami z połączeniami promowymi, część przeprowadziła się do ocalałego, północnego kawałka obozowiska. Liczba mieszkańców spadła wtedy do 5 tys., ale wkrótce przekroczyła stan sprzed likwidacji. „Dżungla” nie przestaje rosnąć. Dziś mieszka w niej ponad 10 tys. ludzi. 2 września prezydent Hollande wysłał do Calais ministra spraw wewnętrznych, który ogłosił, że do końca roku całość zostanie zlikwidowana „za jednym zamachem”, choć „nie w jeden dzień”. Na razie znaczy to tyle, że prezydent, który postanowił kandydować w wiosennych wyborach na drugą kadencję, próbuje zdobyć elektorat. Nie, nie ogłosił jeszcze swej kandydatury, ale mówienie o likwidacji „Dżungli” jest jej nieomylnym znakiem. „Dżungla” stała się symbolem europejskiego kryzysu migracyjnego, a we Francji zniecierpliwienie rośnie tak samo szybko jak ludność obozowiska.

Można powiedzieć, że właściwie nikt Hollande’owi nie uwierzył. Następnego dnia mieszkańcy Calais, kierowcy ciężarówek i okoliczni rolnicy sami zablokowali autostradę, by domagać się jak najszybszej likwidacji „Dżungli”. Dwa dni później rząd brytyjski ogłosił, że wyda prawie 3 mln euro na budowę betonowego, „specjalnie śliskiego” 4-metrowego muru na kilometrowym, już ogrodzonym dojeździe do portu w Calais, przy którym rozpościera się obozowisko. W likwidację nie wierzą też sami migranci, gdyż ciągle ich przybywa. Po wybudowaniu „śliskiej ściany” będą mieli kilkaset metrów dalej, by dostać się na autostradę. Oni też chcieliby końca swojej gehenny, ale droga do Calais, gdzie trafią na mur, pozostaje przecież otwarta.

Obóz św. Antoniego

Prawie wszyscy migranci, głównie ze wschodniej i zachodniej Afryki, przyjechali do Calais przez Libię. W tym upadłym kraju wyprawianiem ich przez morze zajmują się: Państwo Islamskie (PI) – na środkowym wybrzeżu, Al-Kaida – na wschodnim i inne grupy zbrojne na zachodnim. To po prostu stałe i pewne źródło dochodu. Od kilku tygodni w regionie Syrty, od dwóch lat opanowanym przez PI, trwa zażarta bitwa o miasto oddziałów libijskich wspomaganych przez francuskie i amerykańskie siły specjalne, ale na razie bez powodzenia. Organizacja islamistów ciągle kontroluje ok. 200 km wybrzeża i jest w stanie wysyłać tysiące migrantów każdego dnia. Pod koniec sierpnia padł rekord: europejskie statki uratowały jednego dnia 6,5 tys. osób, by je przewieźć do włoskich portów. Uratowały, bo z Libii wysyła się ludzi już nie na łodziach, lecz w przepełnionych pontonach, które nigdy nie dotarłyby do Lampedusy czy Sycylii. 15 okrętów europejskiego Frontexu w towarzystwie łodzi motorowych włoskiej Guardia Costiera patroluje więc morze zaraz za 12-milową strefą wód terytorialnych Libii. Wiele z tych pontonów nie jest w stanie przepłynąć nawet tego odcinka – co najmniej 3 tys. osób zginęło od początku roku.

Coraz mniejsza część uratowanych zostaje we Włoszech – ze względu na przepełnienie obozów i trudności ze znalezieniem pracy. Ciągną oni na północ, do miasta Ventimiglia przy francuskiej granicy, by próbować dostać się dalej, do Francji, Anglii, Niemiec. W zeszłym roku Francuzi zamknęli tam granicę dla migrantów, więc ci, którzy myśleli, że przebycie Sahary i morza było czymś najgorszym, są rozczarowani. Koczują miesiącami przy granicy. Biskup Ventimiglii oddał Caritasowi mały kościół św. Antoniego z przyległym terenem, gdzie pomaga się przybyłym przeżyć. Migranci przekraczają granicę na dwa sposoby: nocą, przez zalesione góry, jeśli mają taniego przewodnika, albo w samochodach „darmowych przemytników”, tj. Włochów lub Francuzów, którzy z odruchu serca przewożą ich w ukryciu. Ci, którzy próbują przejść wybrzeżem, są wyłapywani przez francuską policję i odsyłani z powrotem do Włoch. Ci, którym się udało, jadą do Paryża lub innych dużych miast, by prosić o azyl, jeśli ich celem była Francja, lub do Calais i innych północnych miejscowości, jeśli chcą przybyć do Anglii. Podziały te są natury postkolonialnej: migranci z Afryki frankofońskiej zostają, a ci z byłych kolonii brytyjskich muszą przekroczyć jeszcze kanał La Manche, by dołączyć do rodzin czy znajomych.

Płonące domy

We Francji nie było dotąd zjawiska znanego głównie z Niemiec, ale zaczyna się. Niestety, budynki przeznaczone do przyjmowania migrantów bywają podpalane, szczególnie na prowincji. Na razie chodzi o pojedyncze incydenty, ale władze mogą spodziewać się powtórek ze względu na przyspieszenie migracji, które powoduje, że państwo rekwiruje budynki na wsiach i w małych miasteczkach już bez konsultacji społecznych. Migrantów umieszcza się w zabytkowych zamkach, dworach, które były ośrodkami kolonijnymi dla dzieci lub miejscami lokalnej kultury, a niechęć do ich przyjmowania rośnie. Miejsc brakuje. W Paryżu od początku roku policja zlikwidowała 26 dzikich, ulicznych obozów migrantów, jednak wciąż tworzą się nowe. Na początku września merostwo stolicy Francji zdecydowało się utworzyć dwa wielkie „tymczasowe” obozy – jeden dla mężczyzn, drugi dla rodzin z dziećmi – w opuszczonych fabrykach, w których buduje się odpowiednią infrastrukturę.

Podobnie jak w innych ośrodkach, wszyscy migranci będą żywieni przez państwo trzy razy dziennie, dopóki ich status nie zostanie wyjaśniony, tj. dopóki nie dostaną azylu lub nie zostaną zakwalifikowani do wydalenia. Od początku roku liczba administracyjnych wydaleń, i tak stosunkowo niewielka, zmalała o ponad 20 proc., bo zagrożenie terrorystyczne powoduje skierowanie odpowiednich służb do ważniejszych zadań. Teoretycznie wszyscy mieszkańcy „Dżungli” kwalifikują się do wydalenia, gdyż przebywają na terytorium Francji nielegalnie i nie chcą tam zwrócić się o azyl (mimo próśb władz), lecz zapadła decyzja, by po likwidacji slumsu porozwozić ich po całym kraju. Na razie szuka się dla nich miejsc.

W koło Macieju

W „Dżungli” migranci dostają tylko obiad, gdyż ze względu na liczbę mieszkańców jego wydawanie trwa cały dzień. Ludzie stoją w nieskończonych kolejkach lub próbują „zarabiać”, rabując ciężarówki. To Albańczycy, przybyli zresztą z Anglii, organizują gangi i napady. Albańscy mieszkańcy Kosowa byli pierwszymi migrantami, którzy pojawili się w Calais – na przełomie wieków, po wojnie NATO przeciw Jugosławii. Część z nich utworzyła później w Londynie mafię, która bezlitośnie wykorzystuje dziś migrantów z „Dżungli”. Oni też nie wierzą, że „Dżungla” zniknie.

Nawet jeśli Francuzom uda się kolejny raz zlikwidować obozowisko pod Calais, trudno przypuszczać, by sprawa zakończyła się inaczej niż w poprzednich przypadkach. „Dżungla” odradzała się, bo napływ kandydatów do życia w Europie – szczególnie od czasu interwencji zachodniej w Libii – stał się nieprzerwany i masowy. Trzeba by gruntownie zmienić europejską politykę zagraniczną i migracyjną, by temu zaradzić, a na to się nie zanosi. Ci, którzy ostrzegają przed widocznymi na horyzoncie gwałtownymi napięciami społecznymi, trafiają na mur tak samo jak migranci.•

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama