Nowy numer 42/2020 Archiwum

Ludzka strona papiestwa

„Ojcze Benedykcie”. Tak zwraca się Peter Seewald do papieża seniora. Kto spodziewał się po tej książce sensacji, ten się rozczaruje. Kto szuka prawdy, przeżyje radość spotkania z wielkim papieżem. I, ufam, zrozumie go lepiej i doceni.

Tytuł „Ostatnie rozmowy” sprawia, że czyta się tę książkę trochę jak testament, choć nie ma w niej patosu ani roztrząsania szczególnie trudnych problemów. To raczej dopowiedzenia papieża seniora do tego, co już zostało powiedziane. Kto ceni tego skromnego i wybitnego sługę Kościoła, ten poczuje łzę w oku. Ma się wrażenie, że odwiedzamy na chwilę papieża seniora w jego watykańskiej rezydencji emeryta, odbywamy przyjemną pogawędkę i ogrzewamy serca jego wiarą, mądrością, prostotą, pogodą ducha i nadzieją. Poznajemy go bardziej jako człowieka, starego mędrca, mistrza, od którego wciąż możemy się sporo nauczyć. Seewald ponad 40 razy do papieskich wypowiedzi dodaje w nawiasie słowo „uśmiech”. Możemy sobie wyobrazić łagodny, nieco nieśmiały uśmiech człowieka, który z mądrym dystansem, pokojem i miłością patrzy na życie. On wie, że prawda broni się siłą samej prawdy. Wie, że zrobił swoje najlepiej, jak potrafił. „Moja godzina minęła i to, co mogłem dać, dałem” – wyznaje. A dał sporo. Był „wielkim papieżem”, a „jego duch z pokolenia na pokolenie będzie promieniował z coraz większą mocą” – mówi pięknie o swoim poprzedniku Franciszek. Z perspektywy ponad trzech lat od jego rezygnacji z urzędu widać wyraźniej wielkość tego pontyfikatu, jak również całości jego dzieła jako pasterza i teologa. Ojciec Benedykt z niespotykaną przenikliwością i odwagą diagnozuje choroby współczesnego świata i Kościoła oraz wskazuje, jako jedyne lekarstwo, ponowne, odważne i ufne oparcie się na Bogu.

Od komunisty do katolika

Będzie to prawdopodobnie ostatni (choć kto wie?) z czterech książkowych wywiadów, które przeprowadził Peter Seewald. Dwa pierwsze „odcinki” tej złotej serii: „Sól ziemi” (wyd. 1996 r.) oraz „Bóg i świat” (wyd. 2000 r.) powstały, gdy kard. Joseph Ratzinger był prefektem Kongregacji Nauki Wiary. Trzeci, „Światłość świata” (wyd. 2011 r.), gdy już był papieżem. Wszystkie stały się bestsellerami. Dzięki nim świat zobaczył prawdziwe oblicze Ratzingera, głębię i aktualność jego teologii. Kto je przeczytał, ten zrozumiał, jak niesprawiedliwie obchodziły się z nim media, kreując dla swoich celów portret zimnego doktrynera, inkwizytora nierozumiejącego współczesności, nieudacznego papieża oderwanego od rzeczywistości.

Pod wpływem tych rozmów sam Seewald odkrył wiarę katolicką jako sól i światło dla swojego życia i pracy zawodowej. Jak wspomina, po raz pierwszy zetknął się z kard. Ratzingerem, gdy pracował dla „Süddeutsche Zeitung”. W 1992 r. dostał zlecenie, aby napisać sylwetkę „pancernego kardynała”. „Zacząłem studiować jego biografię i nauczanie, a szczególnie zainteresowała mnie jego krytyka współczesnego społeczeństwa” – wspomina. „Z czasem, ku mojemu wielkiemu zdziwieniu, jego diagnoza potwierdzała się. Było to dla mnie wielkie przeżycie. Zacząłem go oceniać sprawiedliwie, mimo że jeszcze nie byłem jego fanem. Tym bardziej że wtedy od 18 lat nie byłem związany z Kościołem katolickim. Kiedy skończyłem pisać jego sylwetkę, to moje nowe spojrzenie na człowieka Ratzingera i Kościół katolicki zaczęło mnie zastanawiać. Zgłębiając jego książki, zaczęło mnie fascynować pytanie, czy można zdać się w swoim życiu na orędzie Ewangelii i Kościoła. Przypomnę jeszcze, że w młodym wieku byłem przekonanym komunistą. Zgodnie z proponowanym przez komunizm obrazem świata uważałem, że tradycja i religia są czymś, co człowieka nie czyni wolnym, lecz krępuje. Powoli doszedłem do przekonania, że jeśli to wszystko wyrzucimy za burtę, a społeczeństwo odetnie się od wód gruntowych, to traci ono tym samym właściwy poziom, kulturę, co – jak uczy historia – prowadzi zawsze do destabilizacji relacji międzyludzkich. Odcięcie od religii i wiary wcale nie czyni ludzi bardziej szczęśliwymi, lecz odwrotnie – zamkniętymi, nieszczęśliwymi i niespełnionymi” – wyznawał Seewald w wywiadzie dla KAI w 2011 roku.

Powody abdykacji

Teorie o rzekomych powodach rezygnacji z urzędu dały paliwo do wielu tekstów. Warto spokojnie posłuchać, jak to wszystko wyjaśnia Benedykt XVI. To, jak o tym mówi, jak z różnych stron analizuje, jakie racje uwzględnia. Widać tu wielką klasę człowieka wiary. Można uczyć się od niego sztuki podejmowania najtrudniejszych decyzji. Wzrusza mnie, gdy mówi, że trudniejszy niż myślał okazał się fakt, że jego „przyjaciele, osoby, które poniekąd wspierały się na jego przesłaniu, dla których było ono ważne i wiodące, przez chwilę poczuli się zagubieni i opuszczeni”. Decydujące było zmęczenie podczas podróży do Meksyku i na Kubę. Benedykt XVI zrozumiał wtedy, że nie starczy mu już sił na kolejną podróż przez Atlantyk, do Rio na ŚDM w 2013 roku. Nie był to żaden unik pod presją czy ucieczka w obawie. Nie kierowały nim rozgoryczenie czy rozczarowanie, depresja czy duchowy przełom. O teoriach szantażu czy spisku w Watykanie papież mówi: „zupełny nonsens”. Zapewnia, że gdyby coś takiego miało rzeczywiście miejsce, nie doszłoby do abdykacji.

Papież mierzy się z trudnym pytaniem, czy jego decyzja nie sprawiła, że papiestwo stało się przez nią zwyczajnym urzędem pozbawionym wyjątkowości. Mówi: „(…) nawet ojciec przestaje być ojcem. Oczywiście pozostaje nim, ale oddaje konkretne zakresy odpowiedzialności. Jest ojcem w głębszym, wewnętrznym sensie i szczególnej relacji oraz odpowiedzialności, ale nieobarczony misją czy zadaniem jako takim”. I dodaje: „Stało się jasne, że papież to nie nadczłowiek spełniający swoje zadania samą obecnością, lecz także mający do podjęcia konkretne obowiązki. (…) Stanowisko papieża nie straciło nic ze swojego autorytetu, nawet jeżeli bardziej widoczna stała się jego ludzka strona”.

Zarzucano papieżowi, że zszedł z krzyża. Mierzy się i z tym zarzutem. „Nie uchylałem się wewnętrznie przed wymogiem wiary prowadzącej ku tajemnicy krzyża. To tylko inny sposób więzi z cierpiącym Panem – w ciszy milczenia, wielkości i intensywności modlitwy za cały Kościół. Stąd mój wybór to nie tchórzostwo, tylko inny sposób dochowania wierności zleconej misji”. Papież teolog, który sporo stron napisał o papiestwie, o jego znaczeniu, dopisał swoją decyzją i jej uzasadnieniem nowy rozdział teologii Piotrowego urzędu. Może wprowadził w ten sposób pewną korektę do naszego myślenia? Może po mocarzu, jakim był Jan Paweł II, i jego długim pontyfikacie ulegliśmy oczekiwaniu, że każdorazowy papież musi być kimś nadzwyczajnym? Nie, nie musi. Ma prawo powiedzieć, jak każdy człowiek: „Nie mam już zwyczajnie fizycznie (psychicznie) siły, by wypełniać moje obowiązki, a Kościół potrzebuje papieża trzymającego stery w rękach”. Każdy ma swoje granice, także człowiek, który pełni urząd papieża. To ważna lekcja szczególnie dla tych, którzy niepokoją się, widząc ograniczenia i niedostatki obecnego pontyfikatu.

W papieżu Franciszku Benedykt ceni jego bezpośredni kontakt z ludźmi i odwagę, z jaką porusza problemy i szuka rozwiązań. W jego posłudze dostrzega nowe akcenty, ale nie widzi zerwania czy sprzeczności z linią swojego pontyfikatu. Jak wynika z kontekstu, wypowiedź ta pojawiła się po roku pontyfikatu Franciszka.

Siła zwyczajnej pobożności

Książka uzupełnia biografię Ratzingera o wiele nowych szczegółów. Uderza jego skromność. Na nikogo się nie kreuje, wspomina różne epizody swego życia bez śladów patosu, momentami z ujmującą autoironią („podobno nie posądza się mnie o bycie masonem”). O innych mówi zawsze z wielkim taktem, także o tych, z którymi nie było mu po drodze. Dowiadujemy się na przykład, że choć nie uprawiał sportu, to jednak jeździł na rowerze. Nigdy nie zrobił prawa jazdy. Wyznaje, że nie zna właściwie żadnych języków współczesnych. Tłumaczenia z greki i łaciny jako czternastolatek robił dla rozrywki. Kiedy musi coś gruntownie przemyśleć, kładzie się na kanapę.

We wspomnieniach o domu rodzinnym wychodzi na jaw, jak wiele zawdzięcza tradycyjnej katolickiej bawarskiej rodzinie. Wiara matki i ojca, prosta, wierna, nieco surowa „trzeźwa pobożność” – tu trzeba szukać źródeł wiary Benedykta. Jednocześnie między wierszami pojawia się krytyka współczesnego niemieckiego katolicyzmu, który jest „zorganizowany i dobrze płatny”, ale pozbawiony dynamiki, świeżości wiary.

Ciekawe są wątki dotyczące Soboru Watykańskiego II, w którym młody teolog ks. Józef Ratzinger uczestniczył jako tzw. peritus, czyli ekspert teologiczny. Przyznaje, że należał do tzw. obozu progresywnego. Przy czym „progresywność nie oznaczała wówczas oderwania od wiary, lecz lepsze jej rozumienie, życie nią w odwołaniu do początków. Wtedy uważałem, że wszyscy tego chcemy”. Seewald, cytując słowa Ratzingera z wykładu z roku 1967 (wiarę chrześcijańską „spowiły tak gęste mgły niepewności jak nigdy przedtem w historii”), stawia ważne pytanie: „Czyżby tragedią soboru stało się danie asumptu do wewnętrznego rozłamu trwającego do dzisiaj?”. Papież odpowiada: „Nie zaprzeczę. Wolą biskupów była odnowa i pogłębienie wiary. Jednak doszło do coraz silniejszego oddziaływania innych sił, zwłaszcza dziennikarzy interpretujących wiele podejmowanych tematów zupełnie inaczej. W którymś momencie ludzie zadali sobie pytanie: skoro biskupom wolno wszystko zmieniać, to dlaczego my tego nie możemy? Liturgia zaczęła się kruszyć i popadać w bylejakość. Wkrótce też dało się dostrzec, że to, co miało stanowić pozytywny impuls, zmierza w niewłaściwym kierunku. Od 1965 roku uznałem za własne zadanie jasne eksponowanie, czego naprawdę chcemy, a czego nie”. Wyrazem tego pragnienia była między innymi idea napisania katechizmu, której Ratzinger był jednym z głównych architektów.

Seewald dopytuje także o przebieg pontyfikatu. Papież po raz kolejny cierpliwie wyjaśnia wszystkie okoliczności tzw. afer, które media tak bardzo rozdmuchały. Podkreśla, że zawsze zależało mu na tym, aby wiara ostała się w obliczu presji bezbożności i „nacisku nieobecności wiary sięgającej aż do struktur Kościoła”, „aby Słowo Boże pozostało zachowane w wielkości i czystości – przeciwko wszelkim próbom dostosowywania i rozwadniania”.

Wywiad uzupełnia artykuł z roku 1958 „Neopoganie i Kościół”. Jego teza: „Obecnie neopogaństwo osiadło w samym Kościele”. Tekst, który po prawie 60 latach nie stracił, ale zyskał na aktualności. Ratzinger wyzwa do tego, aby chrześcijanie w obliczu dzisiejszych trudności nie zatracili powagi i radości bycia uczniem Chrystusa. Powaga i radość – to ważne połączenie. On sam pozostał temu wierny.•

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama