Nowy numer 42/2020 Archiwum

Nieproszony gość

Kiedy Pela 
wraz z rodziną jadła kolację, 
do domu wtargnęło trzech rosyjskich żołnierzy 
z bronią 
w ręku i porwało dziewczynę.

Takie historie jeszcze do niedawna były tematem tabu. W Niemczech od pewnego czasu są one mocno nagłaśniane. Ukazują się wspomnienia ofiar rosyjskich gwałtów, a w filmach dokumentalnych, które można zobaczyć również u nas na różnych telewizyjnych kanałach tematycznych, pokrzywdzone kobiety występują z odkrytą twarzą. W Polsce jest to temat mało znany, chociaż pojawiło się już trochę opracowań naukowych. Najpierw nie wolno było o tym mówić, a teraz, kiedy już można, z różnych powodów milczą same ofiary. Przypominam sobie tylko jeden polski film dokumentalny, który delikatnie poruszył ten wątek. Chodzi o obraz „Bo jestem stąd” Grzegorza Linkowskiego. Jego głównym tematem byli warmińscy męczennicy zamordowani w styczniu 1945 roku po wkroczeniu Armii Czerwonej, ale pod koniec pojawił się wątek dzieci urodzonych w wyniku gwałtów. Ofiarą przemocy padały zarówno Niemki, jak i Pol­ki z Warmii. Według Stowarzyszenia Warmiaków urodziło się tu około miliona takich dzieci. Wołano za nimi „rusek”. W filmie wystąpiła anonimowo córka człowieka urodzonego w następstwie gwałtu.

Bękart, 
bachor, podciep

W tym kontekście wydana właśnie autobiograficzna opowieść Małgorzaty Okrafki-Nędzy „Bóg liczy łzy kobiet” jest w naszej literaturze wspomnieniowej pozycją wyjątkową. Bohaterka książki, Pela, odważyła się opowiedzieć tę historię swojej wnuczce dopiero kilkadziesiąt lat po wojnie, w obliczu zbliżającej się śmierci. Przez ten czas milczała. Dlaczego? Wiele z tych kobiet nie mówi o tym do dziś, bo to wstydliwa sprawa. – Poza tym niewiele osób pyta. Myślę również, że w dalszym ciągu kobiety boją się osądu innych – tłumaczy autorka książki. – I to nawet nie oceny ich samych, ale swoich dzieci. Z kolei dzieci te, poczęte z wojennych gwałtów, nawet jeśli wiedzą o swoich brutalnych ojcach, ukrywają to także przed sobą… Jako dzieci były wytykane i naznaczone wyzwiskami: bękart, bachor, podciep. Były gorsze, napiętnowane, złe… Zabrakło współczucia, wzajemnej solidarności, a w ich miejsce weszły uprzedzenia i nienawiść.

Autorka zaznacza, że nie zawsze tak było. Zdarzało się, że kobiety otrzymywały wsparcie od rodzin czy sąsiadów. Ale i one milczą. – Wiedziałam, że w czasie wojny gwałty zdarzają się w wielu krajach, ale zgwałcone kobiety nie miały konkretnej twarzy… Dopiero historia konkretnego człowieka pozwala nam poczuć jego cierpienie – wyjaśnia Małgorzata Okrafka-Nędza, która spisała losy Pelagii.

Tragedia dziewczyny rozpoczęła się w kwietniu 1945 roku. Rosjanie wkroczyli na Pomorze, Warmię i Mazury już wcześniej, w styczniu. Mieszkańcy wioski, w której mieszkała Pelagia, z jednej strony cieszyli się, że uwolnili ich od Niemców, ale z drugiej – bali się ich. Krążyły słuchy, że „to same bandziory i trzeba ukrywać przed nimi kobiety i dziewczynki”. Wkrótce mieszkańcy przekonali się, do czego zdolni są sowieccy „wyzwoliciele”. Rosyjscy sołdaci rabowali co się dało, stawiających opór mordowano. Najbardziej zagrożone były kobiety, bo gwałty połączone z bestialskimi pobiciami stały się zjawiskiem codziennym. Opowiadano, że nawet kobiety w ciąży były gwałcone i bite… Niektóre tyle razy, że umierały. Jeżeli ktoś usiłował stawiać opór, musiał się liczyć ze śmiercią. Można sobie tylko wyobrazić atmosferę strachu, w jakiej żyła rodzina Peli i pozostali mieszkańcy wsi.

Pelagia nie była jedyną ofiarą sowieckich wyzwolicieli. W tej samej wsi Rosjanie zgwałcili i skatowali więcej kobiet. Jedna z nich po urodzeniu poczętego z gwałtu dziecka popełniła samobójstwo. Wówczas nie można było liczyć na pomoc różnych grup wsparcia czy psychologów. Kobiety w podobnych sytuacjach były zdane tylko na siebie, rzadko też mogły liczyć na pomoc rodziny czy otoczenia. Wiele z nich poddało się aborcji, często z obawy przed napiętnowaniem jako matka „ruska”.

Nie możesz tego dziecka urodzić

To stało się w pewien kwietniowy wieczór. W czasie kiedy Pela wraz z rodziną zasiadła do kolacji, do domu wtargnęło trzech rosyjskich żołnierzy i z bronią w ręku porwało dziewczynę. Zawlekli ją do opuszczonego budynku koło szkoły, gdzie mieszkała grupa rosyjskich oficerów, i wprowadzili do pokoju, w którym siedział jakiś mężczyzna. Kim był? Prawdopodobnie jednym z sowieckich oficerów. Dziewczyna zapamiętała tylko, że nie był Mongołem, bo ci mieli opinię szczególnie okrutnych. Trudno opisać horror, jaki przez kilka dni nieustannej przemocy przeżywała Pelagia. – Po trzech dniach siedzenia w tej norze mój oprawca wypuścił mnie rano… Byłam brudna, śmierdziałam wódką, papierosami i nim. Zaczęłam biec, byleby jak najdalej od tego miejsca – wspominała po latach Pelagia. Uszła z życiem, ale teraz rozpoczęła się kolejna odsłona dramatu. Po dwóch miesiącach okazało się, że jest w ciąży.

Pojawił się strach. Dziewczyna bała się powiedzieć o tym rodzicom. „Nie możesz tego dziecka urodzić… Ponoć w Toruniu są lekarze, którzy usuwają te ich bachory” – usłyszała od matki, kiedy nie można już było ukrywać prawdy. Targały nią sprzeczne uczucia. Wiedziała, że matka powinna czuć do dziecka miłość, a ona odczuwała tylko litość. Jednocześnie nie mogła spokojnie słuchać, kiedy nienarodzone jeszcze dziecko nazywano w domu „bachorem”. Co prawda dostała pozwolenie na aborcję, ale nie mogła tego zrobić, chociaż wywierana przez rodziców presja stawała się coraz większa. – Byłam przekonana, że jeśli usunę życie, które we mnie powstało, będzie jeszcze gorzej, bo będę miała wyrzuty sumienia, że zabiłam to bezbronne dziecko. Że po prostu nie mam do tego prawa, mimo że przepisy na to pozwalają – wspominała Pela, która długo nie mogła pokochać swego dziecka. – Było w moim brzuchu jak nieproszony Gość – opowiadała.

Przyznaje, że po urodzeniu Alusi, która przyszła na świat 6 grudnia, nie od razu poczuła do niej miłość. – To chyba sam św. Mikołaj nade mną czuwał, skoro w takim dniu dostałam mój najcudowniejszy prezent. Oczywiście wtedy jeszcze tak na to nie patrzyłam. Byłam przerażona – opowiadała po latach Pelagia swojej wnuczce o tym, co przeżywała po urodzeniu dziecka.

Kiedy obserwowała, jak Alusia rośnie, a potem pierwszy raz powiedziała „mama”, Pelagia przestała wreszcie myśleć o swoim oprawcy i tych trzech straszliwych dniach horroru, które jej zgotował. To dziecko, chociaż było też częścią jego, stało się dla niej najcenniejszym skarbem. – Jak człowiek nie przebaczy, to ten żal, złość i rozpacz zżerają go od środka. Nie można wtedy normalnie żyć, bo cały czas walczysz z czymś, co się wydarzyło, a przecież tego nie można już zmienić, nie można cofnąć czasu. Gdy mu przebaczyłam, to mi jakoś ulżyło. Naprawdę. To uwalnia człowieka od tej walki – mówiła Pelagia wnuczce.

Ale to nie koniec tej historii. Rozpoczęła się kolejna, nie mniej dramatyczna opowieść o samotnym, pozbawionym wsparcia najbliższych, zmaganiu się z losem, a także desperackie poszukiwanie oparcia i miłości. Pelagia wszystkie swoje działania podporządkowała dobru córki, która była dla niej zawsze najważniejsza. Nigdy jednak nie wyjawiła jej prawdy o ojcu, którym był okrutny sowiecki żołdak.

Pelagia swoją historię opowiedziała wnuczce na krótko przed śmiercią. Nie miała łatwego życia, ale umierała z ufnością w Bogu i pogodzona ze śmiercią. •

Małgorzata Okrafka-Nędza, Bóg liczy łzy kobiet, Wydawnictwo Fronda, Kraków 2016, ss. 180. Książka opatrzona jest komentarzem historycznym Joanny Wieliczki-Szarkowej oraz posłowiem Kai Godek.

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama