Nowy numer 43/2020 Archiwum

Co z tą reformą?

Rząd rozpoczyna reformę edukacji przywracającą 8-letnią podstawówkę i 4-letnie licea. Przeciwnicy zmian nie składają broni.

Ustawy jeszcze nie ma, ale polityczna decyzja zapadła. Czy nauczyciele ją popierają? Jeśli wierzyć sondażowi przeprowadzonemu przez „Głos Nauczycielski” – organ ZNP – ponad połowa pedagogów ocenia zmiany negatywnie. Tyle że nauczycielskie związki zawodowe od dawna nie są reprezentatywnym głosem całego środowiska, także ze względu na wyraźne afiliacje polityczne. ZNP to przecież jeden z filarów lewicy, dziś – ramię w ramię z KOD – główny organizator koalicji „NIE dla chaosu w szkole”.

Okazuje się, że Sławomir Broniarz, od 18 lat szefujący związkowi, potrafi być w swych poglądach na oświatę bardzo elastyczny. Jeszcze rok temu walczył ze szkołami niepublicznymi i ucieczką państwa od odpowiedzialności za edukację. Dziś w wywiadzie dla „Gazety Wyborczej” ubolewa, że to, co robi PiS, zmierza do centralizacji i monopolizacji szkoły. „To tendencja groźna dla szkół, także społecznych, autonomii nauczycielskiej, mobilności lokalnych społeczeństw, dla małych szkół prowadzonych przez fundacje i stowarzyszenia” – ostrzega Broniarz. Prezes dodaje też, że planowane zmiany są „niebezpieczne z punktu widzenia treści wychowawczych”. To dość zaskakująca troska w ustach reprezentanta nauczycieli. O ile bowiem zmiany strukturalne mają swoich zwolenników i przeciwników, o tyle zapowiedzi wzmocnienia roli wychowawczej szkoły przyjmowane są powszechnie z wielką nadzieją.

Po dwóch kadencjach, w których kolejne szefowe MEN dbały głównie o to, by szkoła była radosna i bezstresowa, mamy wreszcie wyraźny zwrot w stronę obowiązków i wymagań. Świadczy o tym choćby ogłoszenie nowego roku szkolnego Rokiem Wolontariatu. Rząd na inicjatywy z nim związane przeznaczył ok. 6 mln zł, a minister Anna Zalewska przypomniała przy tej okazji, że „człowiek nie żyje tylko dla siebie, musi żyć też dla drugiego człowieka, dla wspólnot, w których funkcjonuje”. Niby banał, ale ważny jako wskazanie dla pracy wychowawczej, zwłaszcza w świetle bardzo niskiego zaangażowania polskich uczniów w wolontariat – w porównaniu np. z krajami anglosaskimi.

Zwolnień (na razie) nie ma

W tym samym czasie, gdy minister Zalewska inaugurowała rok szkolny w Rudnej, ZNP i KOD oraz kilka innych organizacji zainaugurowały swój protest pod siedzibą MEN. Nie jest do końca jasne, co miał na myśli Mateusz Kijowski, apelując z tej okazji: „Chcemy, żeby nasze dzieci uczyły się w spokoju, zgodnie z najnowszymi zasadami, osiągnięciami nauki”. Za to Sławomir Broniarz, drugi filar koalicji „NIE dla chaosu w szkole”, zaliczył poważną wpadkę na długo przed 1 września, bo jeszcze w czerwcu, ogłaszając, że przez decyzje resortu edukacji o zniesieniu obowiązkowej nauki dla 6-latków pracę straci nawet 15 tys. nauczycieli. Tymczasem samorządy wybrały inną taktykę – postanowiły nie zwalniać i przetrzymać rok przejściowy, gdy w pierwszych klasach jest czasem po kilkoro dzieci. Wiadomo, że za 12 miesięcy wypełni je rocznik 7-latków, a koszty odpraw dla nauczycieli tylko pogorszyłyby sytuację budżetów gmin.

Nic też nie zapowiada fali zwolnień w gimnazjach czy podstawówkach. Anna Zalewska wysłała do nauczycieli list, w którym uspokaja: „Nauczyciele gimnazjum, które zostanie przekształcone w 8-letnią szkołę podstawową z oddziałami gimnazjalnymi, z urzędu staną się nauczycielami szkoły podstawowej”. Równocześnie zastrzega, że ponieważ minister edukacji nie jest pracodawcą nauczycieli, a samorządów nie można zmusić do dawania im pracy, MEN już przygotowuje pakiet osłonowy dla potencjalnych zwalnianych. Pani minister na pewno też ma rację, przypominając, że ewentualne redukcje – które przecież będą – mają związek z demografią, a nie reformą oświaty.

Kłopot bogactwa

Nie do końca trafiony wydaje się też argument dotyczący gimnazjalnych budynków. Na 7 tys. szkół tego typu aż 4 tys. mieści się w nieruchomościach goszczących różne typy placówek. A że problem z ich właściwym zapełnieniem i wykorzystaniem samorządy mają od lat, to już inna sprawa. Znów – w związku ze spadkiem liczby dzieci. W wielu miejscach w Polsce oczywiście będzie kłopot w rodzaju „co z budynkiem po gimnazjum”. Dotyczy to zwłaszcza gmin, które zbierały dzieci z wielu mniejszych miejscowości. Reasumując: kłopot ze szkolną infrastrukturą to dziś paradoksalnie kłopot bogactwa.

Warto także pamiętać, że to nie miasta – zwłaszcza duże – ale mniejsze gminy będą miały największy problem przy zmianie sieci szkolnej. Pomysł gimnazjów miał być antidotum na ogromne dysproporcje między jakością oświaty miejskiej i wiejskiej. Rząd Jerzego Buzka 17 lat temu wyszedł z założenia, że nie jesteśmy w stanie pomóc każdej szkole, postanowił więc wszystkie siły i środki rzucić na front gimnazjów. I niewątpliwie te właśnie szkoły, które na polskiej prowincji, daleko od szosy, ogromnym wysiłkiem (również samorządów) zbudowano i wyposażono, także w dobrą kadrę, są bogactwem, którego nie można zaprzepaścić. Wbrew obawom wprowadzenie zmian nie będzie dotkliwe dla większości uczniów w dużych ośrodkach. Co innego w mniejszych gminach. Tu potrzebne jest bardzo elastyczne podejście. Dlatego wielu ekspertów jest rozczarowanych, że zrezygnowano z wariantu 4 + 4 + 4, który umożliwiał wydłużenie liceum o rok i powrót do 8-klasowego ciągu – ale z możliwością zachowania w odrębnych budynkach klas gimnazjalnych.

W koalicji „NIE dla chaosu w szkole” próżno szukać organizacji skupiających samorządy, bo też MEN od początku roku właśnie z tym partnerem pracuje najintensywniej. Oferta zachowania w przyszłym roku subwencji takiej samej jak w 2016, mimo spadku liczby dzieci, sprawiła, że wielu dalekich politycznie od PiS prezydentów i burmistrzów miast otwarcie poparło zmiany w edukacji.

Kto o co gra?

Ruch w obronie gimnazjów ma dziś dwa wymiary: polityczny i merytoryczny. Oba widać w składzie koordynującej akcję protestacyjną koalicji. Dla KOD to po prostu kolejny front totalnej wojny z „państwem PiS”. Prezes ZNP także prowadzi swoją grę, chcąc zagospodarować frustrację sporej części środowiska nauczycielskiego, generalnie niechętnego wszelkim zmianom, obojętnie w jaką stronę one zmierzają i kto je proponuje. Inne są natomiast motywacje dwóch instytucji ważnych na polskiej mapie edukacyjnej: Społecznego Towarzystwa Oświatowego czy Forum Oświaty Niepublicznej. Im chodzi o ratowanie dorobku szkół, które przez minione 15 lat powstały poza państwowymi strukturami. Wielkim nieobecnym w tej koalicji są także przedstawiciele placówek prowadzonych przez zgromadzenia zakonne. Oni oczywiście nie pojawią się na ulicznych demonstracjach obok Mateusza Kijowskiego, co nie znaczy, że pogodzili się z kierunkiem zmian. I będą walczyć o ich korekty do końca, dopóki twardy wariant 8 + 4 (lub krótsze szkoły branżowe) pozostaje w sferze deklaracji, a nie przyjętych przez parlament ustaw.

Powrót do 8-klasowej podstawówki i 4-letniego liceum faktycznie nie jest rewolucją, bo przecież mówimy o modelu sprawdzonym w polskiej oświacie. W przypadku sieci szkół prowadzonych przez samorządy ten proces może następować w taki sposób, by ograniczyć zamieszanie, choć z pewnością nie będzie się go dało uniknąć, gdy w liceach pojawią się równoległe pierwsze klasy pracujące według różnych programów (w jednych będą absolwenci gimnazjów, w drugich młodsi o rok absolwenci ósmych klas podstawówek). Dużo poważniejszym problemem są społeczne, niepubliczne i prywatne gimnazja. To także w jakimś sensie firmy prowadzone od wielu lat, w które zainwestowano nie tylko spore pieniądze, ale duży kapitał pozytywnej lokalnej energii. One pilnie potrzebują nakreślenia jasnych kierunków działania w perspektywie nie roku, ale co najmniej dekady.

Warto (nadal) rozmawiać

Trudno dziś przewidzieć, jaką siłą ognia dysponuje koalicja „NIE dla chaosu w szkole” (manifestacja pod siedzibą MEN nie była zbyt liczna). Nie wiemy jeszcze, czy to jedynie taktyczny sojusz zawiązany w imię obrony konkretnych interesów, czy autentyczny ruch społeczny. Nauczyciele są podzieleni w ocenie reformy i zajmują raczej pozycje wyczekujące. Samorządowcy w swej większości zdają się zmianom sprzyjać. Kluczowy może okazać się głos rodziców.

To oni przesądzili o sukcesie akcji „Ratuj maluchy”, bo przecież nie była to prywatna szarża rodziny Elbanowskich – wbrew temu, co nieustannie sugerowała poprzednia ekipa odpowiadająca za politykę oświatową. O skali poparcia tamtego ruchu i o tym, że reprezentował on autentyczny „głos ludu”, mówią liczby. W 2016 r., gdy wreszcie rodzice sami mogli dokonać wyboru, gdzie posłać swoje 6-letnie dzieci, ponad 80 proc. wybrało oddział przedszkolny. Na wynik tego swoistego referendum zwróciła uwagę premier Beata Szydło, witając nowy rok szkolny w Pcimiu.

Ogłaszając na początku wakacji kierunek zmian, minister Zalewska zapowiedziała równocześnie kontynuowanie konsultacji społecznych. Na pewno warto do nich zaprosić środowiska oświaty niepublicznej i ekspertów kontestujących likwidację gimnazjów. Taktyka „wszystko albo nic” nie posłuży żadnej ze stron sporu. A już na pewno nie polskiej szkole.•

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama