Nowy numer 44/2020 Archiwum

Domokrążca

„Opatrzność Boża działa nieraz i przez ateistów, którzy zesłali mnie tam, gdzie ksiądz był potrzebny”, wspominał ks. Władysław Bukowiński. Jego heroiczna posługa w Kazachstanie jest jednym z najbardziej niezwykłych doświadczeń Kościoła w XX wieku. 11 września w Karagandzie sługa Boży zostanie wyniesiony na ołtarze.

Zanim trafił do Kazachstanu, przeżył swoją śmierć w łuckim więzieniu, gdzie 26 czerwca 1941 r. NKWD rozstrzeliwało więźniów politycznych w obawie przed ich uwolnieniem przez zbliżające się oddziały Wehrmachtu. Aresztowano go rok wcześniej. W Łucku znali go wszyscy z niezwykłych kazań w katedrze oraz akcji miłosierdzia, jaką prowadził wobec potrzebujących. W momencie egzekucji upadł i wkrótce znalazł się pod stosem ciał kolejnych rozstrzelanych. „Gdy leżałem na dziedzińcu więziennym pod kulami, byłem dziwnie spokojny – napisze po latach. – Całe moje – wówczas 36-letnie – życie skurczyło się do jakiejś znikomej chwili”. Być może zobaczył w niej rodzinny Berdyczów, gdzie urodził się w 1904 roku. Ojca, kresowego agronoma, zarządzającego wielkimi majątkami ziemskimi, i matkę, mającą włoskich przodków. Może przypominał sobie lata studiów prawniczych na Uniwersytecie Jagiellońskim, po których ukończeniu dopiero zaczął studiować teologię.

Cudownie ocalony, wrócił do duszpasterstwa w katedrze w Łucku. Do końca niemieckiej okupacji był jednym z najbliższych współpracowników biskupa łuckiego Adolfa Szelążka. Pomagał biednym i opuszczonym, ale także jeńcom, siedzącym w niemieckiej niewoli. Kiedy Sowieci wrócili do Łucka, wiedział, że o nim nie zapomną. W nocy z 3 na 4 stycznia 1945 r. został aresztowany wraz z bp. Szelążkiem. Przewieziono go do Kijowa, gdzie po kilku miesiącach został skazany za szpiegostwo na rzecz Watykanu na 10 lat karnych obozów.

Łagiernik

Droga przez łagry okazała się przygotowaniem do pracy misyjnej. Siedział najpierw w Czelabińsku, późnej w Bakale na Uralu, aby w 1950 r. trafić do obozu w Dżezkazganie, w centralnym Kazachstanie. Pracował w kopalni miedzi Pokro. Na głębokości 300 metrów pod ziemią ręczną szuflą ładował rudę miedzi na wózki, dzienna norma wynosiła około 12 ton. Kiedy inni skonani padali na obozowe prycze, ks. Bukowiński podejmował obowiązki kapłańskie. Odwiedzał chorych w więziennym szpitalu, udzielał sakramentów, prowadził rekolekcje w różnych językach.Mówił biegle po rosyjsku, ukraińsku i niemiecku. Każdy dzień zaczynał od Mszy św., którą sprawował o świcie, kiedy pozostali więźniowie jeszcze spali, klęcząc na pryczy, w obozowych łachmanach zamiast ornatu. W relacjach współwięźniów ks. Bukowiński był stale pogodny, uśmiechnięty, gotowy nieść pomoc innym. Tylko on znał cenę, jaką płacił za przeżycie głodu, ciężkiej pracy, poniewierki nie tylko ze strony strażników, ale i przestępców pospolitych (żulików), nieraz znęcających się nad innymi więźniami.

W sierpniu 1954 r. został zwolniony z obozu i postanowił zostać w Karagandzie, gdzie zatrudnił się jako stróż nocny na budowie. Miał już wtedy 50 lat i możliwość ubiegania się o powrót do Polski. O takie rozwiązanie zabiegała zresztą jego rodzina. Postanowił jednak zostać na „nieludzkiej ziemi”, gdyż wiedział, że mieszkają tutaj tysiące katolików, ofiar stalinowskich represji. Było wśród nich wielu Polaków, wywiezionych z centralnej Ukrainy i Podola w 1936 roku. Jako obywatele Związku Sowieckiego do Polski wrócić nie mogli. Było także wielu Niemców, głównie z regionu Powołża, Odessy oraz Krymu, przesiedlonych przez Stalina, kiedy Hitler przestał być jego najbliższym sojusznikiem, a stał się śmiertelnym wrogiem. Nie brakowało Litwinów oraz Ukraińców. Ksiądz Bukowiński uznał, że nie po to Opatrzność Boża pozwoliła mu przeżyć pod stosem trupów w Łucku oraz przejść przez łagry, aby teraz, tak po prostu, wrócić na jakąś spokojną parafię do Polski. Jego ogromna owczarnia była na stepach Kazachstanu, a on był wtedy jednym z nielicznych jej pasterzy.

W cudzych domach

Przez wiele lat mieszkał kątem u swych parafian. Do czekających na niego wspólnot przyjeżdżał w tajemnicy. W ciasnym domu gromadziła się ogromna rzesza ludzi. Najpierw spowiadał, najczęściej była to spowiedź generalna z całego życia, później przygotowywał dzieci do I Komunii Świętej oraz narzeczonych do ślubów. Mszę św. odprawiał na ołtarzu, którym był stół przykryty białą chustą. Na nim kładziono duże pudełko, lub dwie grube książki, w środku stawiano krucyfiks, a po bokach świece. Powyżej zawieszano obraz z Panem Jezusem. Na spotkania z nim ludzie przyjeżdżali z całej okolicy, nieraz po kilkaset kilometrów. A on niestrudzenie przemieszczał się, odwiedzając coraz to nowe miejsca. „Jestem ustawicznie domokrążcą. Nie urządzam nabożeństw u siebie w domu, bo bardzo łatwo władze mogłyby mnie oskarżyć o nielegalny kościół (…) całe moje duszpasterstwo dokonuje się w cudzych domach”, pisał po latach.

Później, jak tylko się dało, nasłuchiwał audycji Radia Watykańskiego, aby dowiedzieć się, co dzieje się w Kościele powszechnym. W Kazachstanie zagłuszane były tylko audycje w języku polskim i rosyjskim, więc słuchał stacji po niemiecku i włosku. Dlatego wiedział o Soborze Watykańskim II oraz podjętej tam reformie liturgii i dowartościowaniu języków narodowych, które coraz śmielej zaczął wprowadzać u siebie.

Kiedy odwiedził większość osiedli, gdzie mieszkali katolicy w okolicach Karagandy, postanowił zapuścić się dalej. W czerwcu 1957 r. dotarł do Ałma-Aty, stolicy sowieckiego Kazachstanu, gdzie mieszkało wielu Polaków. Objeżdżał „polskie” wioski, witany jak ojciec duchowy wspólnoty zesłańców. W 1958 r. dotarł do kolonii niemieckich w północnym Kazachstanie w rejonie Aktiubińska oraz do Semipałatyńska. Bywało, że chrzcił tam nieraz kilkadziesiąt dzieci i błogosławił kilkanaście par małżeńskich dziennie. Wypędzany przez władze z jednego miejsca, szedł do nowego, starając się wykorzystać każdą chwilę przed doświadczeniem kolejnych szykan.

KGB aresztowało go w grudniu 1958 r. i oskarżyło o nielegalną pracę duszpasterską. Ksiądz Bukowiński zrezygnował z obrońcy z urzędu, gdyż uznał, że jako prawnik najlepiej będzie bronił się sam. Na sali sądowej wygłosił mowę o prawie człowieka do wolności religijnej, która nawet na sowieckich sędziach zrobiła wrażenie. Dostał „tylko” 3 lata obozu pracy. Do 1961 r. był osadzony w Czumie koło Irkucka, pracując przy wyrębie lasu. Ostatnie miesiące spędził w Sosnówce w Mordowii, gdzie był obóz dla „religiozników”, czyli ludzi skazanych za nieprzestrzeganie sowieckiego prawa wyznaniowego. Był to najbardziej łagodny z łagrów, jakie ks. Bukowiński poznał w swoim życiu.

3 grudnia 1961 r. odzyskał wolność i wrócił do Karagandy. Łącznie w sowieckich łagrach i więzieniach spędził 13 lat, 5 miesięcy i 10 dni. Pomimo wielu wysiłków sowiecki system penitencjarny okazał się bezradny wobec jego wiary. Na wolności ks. Bukowiński wrócił bowiem natychmiast do zakazanych przez prawo praktyk duszpasterskich. Co więcej, już po sześćdziesiątce podjął kolejną wyprawę misyjną do Tadżykistanu, gdzie żyli Niemcy, katolicy. Centrum jego aktywności pozostała jednak Karaganda. W prywatnych domach katechizował, odprawiał Msze św., udzielał sakramentów. W latach 60. władze zalegalizowały nieformalnie jego działalność. Nie miał wprawdzie pozwolenia na pracę duszpasterską, ale płacił podatek z tego tytułu.

Świadek

Dzięki temu, że w 1965 r. mógł przyjechać do Polski, o jego działalności w Kazachstanie stało się głośno nie tylko w naszym kraju. Spotkał się z prymasem Polski kard. Stefanem Wyszyńskim, a później także z metropolitą krakowskim kard. Karolem Wojtyłą, który do końca życia pozostawał pod wrażeniem niezwykłego świadectwa jego życia i dzieła. Kiedy w 2002 r. odwiedzał Kazachstan, w czasie homilii, wygłoszonej w stolicy kraju Astanie, zwracając się do miejscowych Polaków, powiedział m.in.: „Zawsze żywo interesowałem się waszym losem. Wiele mówił mi o was niezapomniany ks. Władysław Bukowiński, którego wielokrotnie spotkałem i zawsze podziwiałem za kapłańską wierność i apostolski zapał”.

Podczas kolejnych pobytów w Polsce ks. Bukowiński opisał swoje doświadczenia w przejmującej książce „Wspomnienia z Kazachstanu”. Pierwszym jej wydawcą było podziemne wydawnictwo „Spotkania”. Bez cienia patosu, egzaltacji bądź wywyższania własnej osoby pokazuje codzienność życia chrześcijan w sowieckim systemie. Ksiądz Bukowiński zmarł 3 grudnia 1974 r. w Karagandzie. Jego praca stała się fundamentem dla odrodzenia Kościoła w Kazachstanie, już po rozpadzie Związku Sowieckiego. •

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Andrzej Grajewski

Dziennikarz „Gościa Niedzielnego”, kierownik działu „Świat”

Doktor nauk politycznych, historyk. W redakcji „Gościa” pracuje od czerwca 1981. W latach 80. był działaczem podziemnych struktur „Solidarności” na Podbeskidziu. Jest autorem wielu publikacji książkowych, w tym: „Agca nie był sam”, „Trudne pojednanie. Stosunki czesko-niemieckie 1989–1999”, „Kompleks Judasza. Kościół zraniony. Chrześcijanie w Europie Środkowo-Wschodniej między oporem a kolaboracją”, „Wygnanie”. Odznaczony Krzyżem Pro Ecclesia et Pontifice, Krzyżem Wolności i Solidarności, Odznaką Honorową Bene Merito. Jego obszar specjalizacji to najnowsza historia Polski i Europy Środkowo-Wschodniej, historia Kościoła, Stolica Apostolska i jej aktywność w świecie współczesnym.

Kontakt:
andrzej.grajewski@gosc.pl
Więcej artykułów Andrzeja Grajewskiego

Zobacz także

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się