Nowy numer 43/2020 Archiwum

Ostatnie rozmowy 
z Benedyktem

Niech ta książka będzie drobnym przyczynkiem służącym skorygowaniu fałszywych obrazów i rozjaśnieniu ciemności, zwłaszcza towarzyszących okolicznościom ustąpienia Benedykta XVI, które tak zszokowało świat. Chodzi też o to, by lepiej zrozumieć człowieka Josepha Ratzingera i pasterza Benedykta XVI, docenić jego świętość... Tak Peter Seewald, niemiecki dziennikarz, wprowadza w najnowszą książkę – wywiad z papieżem seniorem, wydaną w Polsce przez Dom Wydawniczy Rafael. Oto fragment tej książki.

Peter Seewald: Ojcze Benedykcie, artykuł Ojca wydany w latach pięćdziesiątych ubiegłego wieku przepowiadał gigantyczny zanik wiary w większej części Europy, co przyniosło jego autorowi miano pesymisty. Dziś widzimy, jak dalece sprawdziła się wizja o „małym Kościele”, który utracił wiele ze swoich przywilejów i w dosłownym sensie gromadzi wokół siebie trzódkę wiernych.

Benedykt XVI: W rzeczy samej. Powiedziałbym nawet, że dechrystianizacja postępuje.

A jak należy postrzegać przyszłość chrześcijaństwa?

To, że nie przystajemy już do współczesnej kultury, a chrześcijańskie wzorce przestały być decydującym wskazaniem, to oczywiste. Obecnie żyjemy w ramach pozytywistycznej i agnostycznej obyczajowości, która staje się coraz bardziej nietolerancyjna wobec chrześcijaństwa. Stąd też społeczeństwo Zachodu, w każdym razie Europa, po prostu nie będzie chrześcijańskie. Tym bardziej więc wierzący będą musieli zabiegać o to, aby dalej formować i utrzymać świadomość istnienia wartości oraz życie według wiary. Ważna stanie się bardziej zdecydowana wierność poszczególnych wspólnot i Kościołów lokalnych. Wzrośnie ciężar odpowiedzialności.

Co z perspektywy czasu należy uznać za znak szczególny, klamrę spinającą Ojca pontyfikat?

Powiedziałbym, że Rok Wiary to znakomity wyraz: ponowna zachęta do uwierzenia, życie od środka, dynamizm, odkrycie Boga na nowo, odkrycie Go w Chrystusie, czyli kolejny raz odnalezienie centralnego miejsca wiary.

Odnośnie do własnej osoby: ostatni papież starej ery czy pierwszy nowej?

Określiłbym to „pomiędzy czasami”.

Swego rodzaju pomost, łącznik między światami?

Nie należę już do starego świata, a nowy jeszcze tak naprawdę nie zaistniał.

Czy to możliwe, że wybór papieża Franciszka to nad wyraz widoczny znak przełomu czasów? Czy to definitywnie początek nowej ery?

Podziały czasowe ustalano nieco później: „wtedy” rozpoczęło się średniowiecze czy „wtedy” nowożytność. Dopiero po fakcie widzi się, jak doszło do pewnych ruchów. Dlatego nie odważyłbym się na jakąś konkretną datację. Natomiast widać, że Kościół coraz bardziej odchodzi od starego europejskiego modelu życia, przyjmuje nową postać i żyją w nim nowe formy. Przede wszystkim dostrzegamy postępującą dechrystianizację Europy, a także degradację tego, co chrześcijańskie w przestrzeni publicznej. Stąd też Kościół musi odnaleźć nowy sposób obecności, musi zmienić jej rodzaj. Trwają periodyczne przemiany i przełomy. Nie wiadomo natomiast jeszcze, w którym momencie będzie można powiedzieć, że tu rozpoczęło się jedno, a tu drugie.

Znane średniowieczne proroctwo Malachiasza z listą 151 papieży zapowiada kres czasów, a przynajmniej koniec Kościoła. Według niej papiestwo kończy się na Ojca pontyfikacie. Nie nurtuje Ojca, czy faktycznie nie jest przynajmniej ostatnim z szeregu pontifexów, jakich dotąd znano?

Wszystko możliwe. Proroctwo to powstało najprawdopodobniej w kręgach skupionych wokół Filipa Nereusza, który wobec protestantów głoszących wówczas upadek papiestwa długim szeregiem jeszcze mających nadejść następców św. Piotra chciał jasno pokazać: to jeszcze nie koniec. Ale z tego niekoniecznie trzeba wnioskować, że tak rzeczywiście się nie stanie. Ten rozplanowany szyk sprawujących władzę w Kościele i tak okazał się za krótki, bo jesteśmy dużo dalej.

Co sprawiało Ojcu największy dyskomfort?

Przyznam, że wielość wizyt polityków. Przyjemnie rozmawiało się z konkretnymi głowami państw czy ambasadorami, ponieważ wiązały się z tym naprawdę cenne doświadczenia. W większości wypadków chodzi o osoby o duchowych, intelektualnych zainteresowaniach, choć wielu z nich to niechrześcijanie. Niemniej polityczny aspekt stanowił dla mnie pewien wysiłek.

Jakiś punkt do wyrażenia niezadowolenia z samego siebie?

Oczywiście. Na przykład nie zawsze znajdowałem na tyle sił, żeby przedstawiać katechezy tak dobitnie i jasno, jak tylko to możliwe.

Ujmijmy to tak: bardzo zdystansowana retoryka, niewiele kontaktu wzrokowego z odbiorcami, przede wszystkim w czasie wygłaszania przemówień, nieco monotonne brzmienie głosu. To zamierzone efekty?

Nie, nie. Tu muszę przyznać, że często brakowało mi siły głosu, a jeszcze tekst wewnętrznie nie nadawał się do tego, żebym mógł go swobodniej przekazać słuchającym. To taki mankament. Mój głos ma bardzo słabe brzmienie.

Z drugiej strony należy podziwiać u Ojca umiejętność bezbłędnego formułowania myśli nadających się wprost do druku.

Musząc tak dużo i często przemawiać, jak jest to w obowiązkach papieża, jest się jednak nieco przeciążonym.

Papież ma wokół siebie wiele osób, spotyka się nieustannie z ważnymi ludźmi. Nie nękają czasami takie chwile, kiedy czuje się we wnętrzu przerażającą samotność?

Owszem, ale ponieważ czuję się związany z Panem, nigdy nie jestem sam.

Kto wierzy, ten nigdy nie jest sam?

Tak, naprawdę! Wiem po prostu, że tego nie zrobię, nie zdołam tego sam zrobić.

A On ciągle jest. Muszę tylko posłuchać i otworzyć się na Niego, a potem podzielić się tą wiedzą z najbliższymi współpracownikami.

Jak się do tego praktycznie zabrać – słuchać i otworzyć się na NIEGO? Prosiłbym o jakąś radę...

(śmiech)

Jakiś know-how?

No cóż, prosi się Pana – musi mi teraz pomóc! Skupia się wewnętrznie, szuka i trwa w ciszy. Potem można od czasu do czasu „zapukać” modlitwą i tyle.

Co pozostało w sferze niezrealizowanych planów?

Właściwie mogłem robić to, co chciałem. Oczywiście chętnie popracowałbym więcej naukowo. Objawienie, Pismo, Tradycja, czym jest teologia jako nauka – to krąg tematów, którymi chciałem się bliżej zająć, lecz nie mogłem. Ale i tak jestem zadowolony z tego, co osiągnąłem. Dobry Pan Bóg miał inne plany i najwidoczniej one były dla mnie najlepsze.

Czy po tylu dziesiątkach lat nie doszło do utraty zaufania we własne rzemiosło, w siłę teologii i teologów? Nie narzuca się pytanie, co właściwie udało się osiągnąć?

Niemiecka teologia uniwersytecka niewątpliwie przeżywa kryzys i potrzebuje świeżych umysłów, nowej energii, większej intensywności wiary. Natomiast sama teologia wciąż wyznacza nowe drogi. Dziękuję Panu Bogu za to, co udało mi się zdziałać, choć patrząc na skromność dorobku, oceniam go jako okazyjnie zebrane owoce, raczej jako prace pastoralno-spirytualne. To, czego mogłem dokonać, to – jak już wspominałem – coś innego niż to, co chciałem. Zamierzałem przez całe życie być profesorem i wykładowcą, ale z perspektywy czasu uważam, że dobrze się stało.

Tytuł profesora pozostał. Do tego doszły dwa inne: „profesor papież” albo „papież teolog”. Trafiają one w sedno?

Powiedziałbym, że próbuję przede wszystkim być pasterzem. Do tego przynależy oczywiście gorliwe obcowanie ze słowem, czyli to, czemu powinien oddawać się profesor. Ponadto trzeba być wyznawcą, confessor. Pojęcia profesor i confessor oznaczają filologicznie nieomal to samo, przy czym samo podejmowane zadanie ukierunkowane jest bardziej w stronę wyznawcy.

Co można uznać za słabą Ojca stronę?

Być może jasną, ukierunkowaną na cel linię sprawowania władzy i decyzje, które należy podejmować. W tym zakresie jestem faktycznie bardziej profesorem, kimś, kto podejmuje intelektualny namysł nad sprawami duchowymi i dokonuje refleksji. Praktyczne działanie przychodzi mi z trudem, i to, można powiedzieć, jest pewna moja słabość.

A szczególny sukces?

(Śmiech) Nie mam pojęcia.

W autobiografii często pojawia się określenie „nowe utrapienia”. Własne życie okazało się bardzo ciężkie?

Nie powiedziałbym. To znaczy, zdarzyło się wiele trudności i kłopotów, ale również wiele sukcesów, więc nie zgodziłbym się z tym, że było ciężkie.

Czego można się jeszcze nauczyć w podeszłym wieku, szczególnie jako papież?

Hm, zdobywać wiedzę można zawsze. Po pierwsze, trzeba się uczyć, co mówi nam wiara na chwilę obecną. Trzeba się nauczyć większej pokory, prostoty, gotowości do przyjmowania i godzenia się na cierpienie, a także odwagi, by się sprzeciwić. Po drugie, otwartości i gotowości do pokonywania dalszej drogi.

Papież reformator, konserwatysta czy – jak twierdzą krytycy – bankrut?

Nie mogę uznać się za bankruta. Pełniłem służbę przez osiem lat. W tym czasie dużo się wydarzyło, choćby skandal z pedofilią, nieszczęsny przypadek Williamsona czy nawet Vatileaks. Ale w ogólności był to okres, kiedy wiele osób na nowo odkryło wiarę i doszło do bardzo pozytywnej aktywności.

Reformator czy konserwatysta?

Należy działać w obie strony. Odnawiać – stąd też odwołując się do nowoczesnej refleksji nad wiarą, próbowałem wskazywać nowe drogi. Jednocześnie zaś potrzebna jest kontynuacja, aby wiara nie utraciła fundamentu, nie runął jej gmach.

Bycie papieżem sprawiało satysfakcję?

(Śmiech) Powiem tak: wiedziałem, że mam wsparcie, dlatego jestem wdzięczny za wiele wspaniałych przeżyć. Ale nie brakowało też ciężarów.

Biorąc pod uwagę obecną sytuację, jaka w takim kształcie nie zaistniała jeszcze w historii Kościoła, czy słuszne jest stwierdzenie: Joseph Ratzinger, papież Benedykt, poszukiwacz, śmiały myśliciel, jako mnich i kontemplator dotarł na koniec tam, gdzie sam intelekt już nie wystarcza?

Tak, to prawda. (…)

Według określenia samego Ojca nastała ostatnia faza jego życia. Czy da się przygotować na śmierć?

Myślę, że nawet się musi – nie w sensie dokonywania określonych aktów, ale żyjąc wewnętrznie ku temu, że kiedyś zda się przed Bogiem ostatni egzamin; że opuści się ten świat i będzie się przed Nim, przed świętymi, przed przyjaciółmi i nieprzyjaciółmi; że, powiedzmy, przyjmuje się skończoność tego życia i wewnętrznie dochodzi ku temu, by stanąć przed obliczem Boga.

Jak to wygląda w Ojca wykonaniu?

Po prostu medytacja. Wciąż wracam myślą ku temu, że zbliża się koniec. Próbuję przygotować się do tego, a przede wszystkim trwać w obecności Boga. Najważniejsze właściwie jest nie samo wyobrażenie, lecz życie w świadomości, że cała egzystencja zmierza ku spotkaniu.

Jakie epitafium powinno znaleźć się na Ojca nagrobku?

(Przekorny uśmiech) Chyba żadne! Jedynie imię.

Przychodzi mi na myśl Ojca motto biskupie: „Współpracownik prawdy”. Skąd się ono wzięło?

Wygląda to tak: od dawna stawiano prawdę poza nawiasem, ponieważ wydawała się zbyt wielka. Na stwierdzenie: „Znam prawdę!” rzadko kto się właściwie porywa, więc nawet w teologii zrezygnowaliśmy w dużej mierze z pojęcia prawdy. W latach siedemdziesiątych, latach przełomu, dotarło do mnie, że jeśli pominiemy prawdę, to po co właściwie wszelkie nasze zabiegi? A więc nie obejdziemy się bez prawdy. Nie możemy wszakże powiedzieć: „Mam prawdę”, ale to ona bierze nas w posiadanie, ona nas dotyka, a my próbujemy poddać się jej przewodnictwu. Przypomniały mi się słowa z Trzeciego Listu św. Jana, że jesteśmy „współpracownikami prawdy”. Z prawdą można współpracować, ponieważ jest osobą. Można też zagłębiać się w prawdę i próbować zapewnić jej skuteczność oddziaływania. To wreszcie wydało mi się właściwą definicją fachu teologa, że on, którego prawda dotknęła, który poniekąd ją ujrzał, jest gotowy wstąpić na jej służbę, współpracować z nią i dla niej.

„Współpracownik prawdy” – to właściwie dobry epigram na własny nagrobek.

Owszem. Skoro to moje motto, to mogłoby się tam znaleźć.

Ostatnie pytanie tych ostatnich rozmów: miłość to jeden z głównych tematów podejmowanych przez Ojca jako studenta, profesora, papieża. Gdzie było na nią miejsce we własnym życiu? Jak się ją odczuwało, doznawało, przeżywało? Była głębszym uczuciem czy też pozostała teoretycznym, filozoficznym problemem?

Nie, nie. Nie odczuwszy, nie potrafiłbym o niej mówić. Odczułem ją najpierw w domu, u ojca, matki, rodzeństwa. I, no cóż, nie chciałbym teraz wchodzić w prywatne szczegóły, w każdym razie zostałem nią dotknięty w różnych wymiarach i formach. Być kochanym i oddawać innym miłość uznawałem zawsze za podstawowe dla życia – żeby można było zaakceptować siebie i innych. Wreszcie stawało się dla mnie coraz oczywistsze, że sam Bóg to nie tylko, powiedzmy, tytaniczny władca i daleka potęga, lecz miłość. I mnie miłuje – stąd życie zostaje ukierunkowane przez Niego, przez tę siłę, która zwie się Miłość.

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama