Nowy numer 43/2020 Archiwum

Zranione serce Italii

To było jedno z najpiękniejszych włoskich miasteczek. Przyciągało perłami architektury, bajkowymi krajobrazami i znanym na całym świecie spaghetti all’amatriciana. Dziś Amatrice praktycznie nie istnieje.

Wskazówki zegara na miejskiej wieży zatrzymały się 24 sierpnia na godz. 3.36. To wówczas po raz pierwszy ziemia się zatrzęsła. Potem przyszło ponad 2200 wstrząsów wtórnych, na tyle silnych, że obróciły w pył również to, co po pierwszym trzęsieniu ocalało. Znacznie też utrudniły niesienie pomocy poszkodowanym.

Watykańscy strażacy w akcji

Pierwszymi ratownikami byli sami mieszkańcy. Gołymi rękami przeszukiwali ruiny w nadziei, że ich bliscy ocaleli. W Amatrice pierwszą pomoc zaczął organizować tamtejszy proboszcz ks. Fabio Gammarota. Zaraz po wstrząsach zebrał grupę mężczyzn i razem z nimi wyciągał ludzi spod gruzów. Później zastąpili go wyspecjalizowani ratownicy. Obecnie zajmuje się tymi, którzy stracili najbliższych. Podkreśla, jak ważny jest godny pogrzeb ofiar i to, by ich bliscy mimo szoku mogli przeżyć żałobę. Tragiczny bilans wciąż rośnie. W momencie oddania tego numeru „Gościa” do druku potwierdzono śmierć 291 ludzi (najwięcej w Amatrice), kilkanaście osób wciąż uznaje się za zaginione. W szpitalach jest 260 rannych, których wydobyto spod gruzów. Zniszczenia dotknęły 60 miejscowości w regionach Lacjum, Umbria i Marche. Większość z nich znajduje się w trudno dostępnym górskim terenie, z dala od głównych dróg.

Najbardziej ucierpiały Amatrice, Accumoli i Arquata del Tronto. Te miasteczka praktycznie już nie istnieją. – Naszym oczom ukazały się tylko ruiny, po których krążyli zszokowani ludzie. Wydawało się, że miasto dopiero co zostało zbombardowane – mówi Fabio di Canio, szef watykańskich strażaków. Na życzenie papieża Franciszka wyruszyli oni na miejsce tragedii zaledwie 3 godziny po pierwszych wstrząsach, które były odczuwalne także w Rzymie. Następnie dołączył do nich oddział watykańskiej żandarmerii. Udało im się uratować 3-letnie dziecko, które pod gruzami spędziło dwie doby. – Jesteśmy tylko małą kroplą w tym oceanie solidarności – mówi di Canio, dodając, że ludzie są wdzięczni papieżowi za to, że nie tylko się za nich modli, ale także pospieszył z konkretną pomocą. Franciszek zapowiedział, że jak tylko to będzie możliwe, przyjedzie na tereny dotknięte kataklizmem, aby „osobiście zanieść pociechę wiary i wsparcie nadziei chrześcijańskiej”.

Dlaczego to nas Bóg uratował?

Martina Turco Sciasciara cudem przeżyła trzęsienie ziemi w Abruzji przed 7 laty. Wspomnienia związane z tym dramatem sprawiły, że wyprowadziła się stamtąd. Do miasta Arquata, jak wielu, przyjechała na wakacje. Kiedy ratownicy wydobyli ją spod gruzów, pytała tylko o córkę. Nikt nie miał odwagi jej powiedzieć, że półtoraroczna Marisol nie żyje. Wyczytała to z twarzy ratowników.

Dom Giuseppe stał na obrzeżach Amatrice. – Kiedy się przebudziłem, uświadomiłem sobie, że zarwała się pod nami podłoga i łóżko właśnie zleciało do piwnicy. Po chwilowym szoku moje myśli pobiegły ku dzieciom i mojej mamie, która z nimi spała w pokoju obok. W kompletnej ciemności zacząłem ich szukać. Po ich pokoju nie było śladu. Myślałem, że to koniec. Nagle usłyszałem wołanie starszej córki: „Tato, gdzie jesteś?”. Okazało się, że cała trójka, nie wiadomo jakim sposobem, znalazła się w przydomowym ogrodzie. Nic im się nie stało – opowiada mężczyzna. Zginęli jednak wszyscy jego sąsiedzi. – Wiem, że to był cud. Do końca życia będziemy się pytać, dlaczego to nas Bóg uratował – wyznaje Giuseppe.

To pytanie często słychać z ust ocalonych: „Nie mogę zrozumieć – dlaczego ktoś zginął, a ja przeżyłem?”. Stawiała je sobie, także cudem wyciągnięta spod gruzów, albańska zakonnica Marjana Lleshi. Przez kilka godzin wołała o pomoc. – Gdy oddałam Bogu swoje życie, usłyszałam głos ratownika. Dla mnie był aniołem – opowiada. I dodaje: – Zginęły trzy moje współsiostry. Ja ocalałam, a wcale nie jestem od nich lepsza czy bardziej święta. Miłosierny Bóg ma dla każdego swą drogę – mówiła przed kamerami. To właśnie zdjęcie jej leżącej na ulicy z zakrwawioną twarzą obok przykrytego kocem ciała jednej z ofiar obiegło świat, stając się jednym z symboli tego kataklizmu.

– Jestem przekonany, że dzisiaj narodziłem się na nowo. Cud to moje czwarte imię. Kto tego nie przeżył, nie zrozumie – mówił wydobyty spod gruzów ks. Krzysztof Kozłowski. Ten pochodzący z Pszczyny kapłan jest proboszczem w Accumoli. Z jego mieszkania ocalała jedynie sypialnia i pokój dzienny. Najbliżsi sąsiedzi, czteroosobowa rodzina, zginęli na miejscu. Na ich dom zawaliła się przykościelna dzwonnica. Cudem ominęła jego mieszkanie.

Ocalona
figura Maryi

Zimą w Amatrice mieszka 2,5 tys. ludzi. Teraz było ich pięciokrotnie więcej. Rodzice przywieźli dzieci na wakacje do dziadków, przygotowywano się do 50. kulinarnego festiwalu spaghetti 
all’amatriciana, które przez prosty sos wymyślony w kuchni ubogich pasterzy owiec rozsławiło to miasteczko na cały świat. Ten makaron stał się też symbolem akcji solidarności. W niedzielę w całym kraju organizowano zbiórki na pomoc ofiarom tragedii, którym towarzyszyło wspólne konsumowanie tego popularnego dania, przygotowywanego w tym dniu przez najwybitniejszych mistrzów kuchni. Wielu restauratorów zapowiedziało też, że od każdej sprzedanej amatriciany przekażą 2 euro na odbudowę Amatrice. Oddźwięk był niesamowity. Tak samo jak zdecydowanie większy napływ zwiedzających do muzeów, które całkowity dochód ze sprzedaży biletów przeznaczyły na odbudowę bezcennego dziedzictwa architektoniczno-kulturowego obróconego w pył. Lista najważniejszych zniszczeń liczy 300 pozycji i obejmuje kościoły, muzea, archiwa, wieże, mury obronne, zameczki i klasztory. Minister kultury wysłał na miejsce specjalnie wyszkolone oddziały mające zapobiec rozgrabieniu tych skarbów i zapewnić uratowanie ich dla przyszłych pokoleń. W gruzach odnaleziono m.in. relikwiarz Madonny z Filetta, patronki Amatrice. Historia dedykowanego Jej sanktuarium oddaje charakter mieszkańców tego miasteczka, odważnych i nieugiętych, zapowiadających, że odbudują swe domy. Opowiada się, że w V wieku wypasająca owce Chiara Valente schroniła się przed deszczem pod dębem. Znalazła tam kameę pochodzącą z czasów rzymskich przedstawiającą twarz kobiety. Wzięła ją do domu i schowała w kredensie. Następnego dnia pokój rozjaśnił się tak niebywałym światłem wypływającym z kamei, że pasterka zaczęła obawiać się jakichś nieczystych mocy. Oddała ją miejscowemu księdzu, który nakazał ją zniszczyć. Mimo że wrzucono ją do pieca, nie spłonęła, nie poddała się też sile kowalskiego młota. Po modlitwie uznano w niej wizerunek Madonny, a w miejscu, gdzie kamień został znaleziony, wybudowano sanktuarium.

Trzęsienie ziemi przetrwała niezniszczona figurka Matki Boskiej. Znaleziono ją stojącą pośród zawalonych ścian kościoła w Pescara del Tronto. Podobnie było w czasie kataklizmu w Abruzji. W najbardziej zniszczonym mieście Onna na gruzach kościoła znaleziono nietkniętą figurkę Matki Bożej z Dzieciątkiem.

Tragedia 
na ziemi świętych

Obecny kataklizm dotknął regiony popularnie zwane sercem Italii i ziemią świętych. Ucierpiały miejsca związane z Katarzyną ze Sieny, Ritą z Cascii, Franciszkiem i Klarą, a także rodzinna miejscowość patrona Europy św. Benedykta. Gdy pierwszy raz zatrzęsło, benedyktyni w Nursji właśnie zbierali się na poranne modlitwy. Wybiegli na plac przed klasztorem, gdzie zaczęli przybywać też inni mieszkańcy miasteczka. Wszyscy spontanicznie zgromadzili się przed stojącą tam figurą św. Benedykta. Opat klasztoru rozpoczął Różaniec, dziękując Bogu, że ocalił ich życie. Choć wstrząsy były dużo silniejsze od tych, które nawiedziły to miasto w 1979 r.
i spowodowało śmierć kilkunastu ludzi, tym razem obyło się bez ofiar. Jest to zasługa starannie wcielanych w życie wskazań antysejsmicznych przy budowie i remoncie domów. Tego zabrakło w innych miejscach.

Choć na pierwszy rzut oka wydawało się, że Nursja nie ucierpiała, okazało się, że powtarzające się wstrząsy poważnie uszkodziły bazylikę św. Benedykta. Fasada oddzieliła się od reszty budynku. Pękła jedna ze ścian za ołtarzem, zawaliła się też część sufitu. – Bardzo często o tej porze któryś z nas odprawia już Mszę Świetą. Gdyby stał przy ołtarzu, na pewno by zginął – mówi opat benedyktyńskiego klasztoru o. Cassian Folsom.

Przez pierwsze noce benedyktyni spali na materacach w przyklasztornej warzelni piwa, z której utrzymują klasztor. Następnie wspólnota przeniosła się do Rzymu, zostawiając na miejscu dwóch zakonników, mających pilnować klasztoru i doglądać prac konserwatorskich, które potrwają nawet kilkanaście miesięcy. – Są dwie symboliczne lekcje, które możemy wyciągnąć z tej historii – mówi opat benedyktynów. – Przede wszystkim uszkodzone są bazylika św. Benedykta i ołtarz. Katolicka kultura zachodniego społeczeństwa zaczyna się walić. Wszyscy jesteśmy tego świadkami. Drugim symbolem jest zjednoczenie się ludzi na modlitwie wokół figury patrona Europy. To jedyna metoda odbudowy – podkreśla o. Folsom.

Nie opuszczajcie 
nas

– Od ludzi słyszę najczęściej: „nie opuszczajcie nas, niczego już nie mamy” – mówi ordynariusz Ascoli, bp Giovanni D’Ercole, który od początku jest wśród poszkodowanych. W pierwszych godzinach po trzęsieniu chwycił za łopatę i odgarniał gruz. Przed 7 laty przeżył trzęsienie ziemi w Akwilei. Jest wśród rodzin ofiar, pociesza, rozmawia, błogosławi ciała zmarłych, przewodniczy kolejnym pogrzebom i odprawia Msze św. w prowizorycznych namiotowych osiedlach, które nie wiadomo na jak długo staną się domem dla mieszkańców zniszczonych miejscowości. Dba o to, by w każdym z takich miejsc mieszkał też ksiądz. Podczas jednej z polowych liturgii nie było nawet krzyża, by powiesić go nad ołtarzem. Ratownicy związali więc wężem strażackim dwie drabiny i powiesili na nich swe hełmy. Jak mówią ocaleni – hełmy ich aniołów.

Gdy w Pescara del Tronto zatrzęsła się ziemia, 10-letnia Giulia osłoniła ciałem swoją młodszą siostrzyczkę. Ratownicy dotarli do przysypanych gruzami dzieci po 16 godzinach. Starsza dziewczynka już nie żyła, ale dzięki jej poświęceniu udało się uratować 4-letnią Giorgię. Jeden ze strażaków napisał do zmarłej poruszający list. Położył go na trumnie dziewczynki: „Wydobyliśmy cię z więzienia, z gruzu. Przepraszam, że przybyliśmy zbyt późno, niestety, już przestałaś oddychać. Chcę, żebyś wiedziała, że zrobiliśmy wszystko, co mogliśmy”.

– Nie bójmy się opłakiwać naszych zmarłych – mówił bp D’Ercole w sali, gdzie obok siebie stało kilkadziesiąt takich samych trumien. I apelował: – Proszę, nie traćcie odwagi. Tylko razem możemy odbudować domy i kościoły. Obecny na pogrzebie prezydent Włoch zapewniał: „Nie zostawimy was samych”. A osamotnienia w tej dramatycznej sytuacji właśnie najbardziej boją się poszkodowani. Nauczeni bolesnymi lekcjami zapomnienia, jakie nastąpiły we Włoszech po wcześniejszych kataklizmach, wiedzą, że po trwającym właśnie zainteresowaniu, pomocy i solidarności zostaną sami ze swoim nieszczęściem.

– Dla tego regionu jest to przerażający cios. Po latach stagnacji wreszcie ruszyła turystyka, ludzie przestali uciekać do dużych miast, kolejne opuszczone domy znajdowały nabywców – mówi ordynariusz Rieti bp Domenico Pompili, koordynujący kościelną pomoc, która płynie szerokim strumieniem. Episkopat Włoch przeznaczył milion euro, kolejne 100 tys. na pierwszą pomoc przekazała włoska Caritas. Wsparcie płynie także z innych krajów, m.in. z Nepalu, który sam podnosi się z ruin po niedawnym trzęsieniu ziemi, a także z Polski. We wszystkich kościołach Włoch odbędzie się też narodowa zbiórka.

O niełatwym losie, który czeka teraz 2,5 tys. ocalałych z kataklizmu, w symboliczny sposób przypomniał Franciszek. Dzień po trzęsieniu odprawił w Watykanie Mszę św. w intencji ofiar. Zaprosił na nią siostry klaryski z klasztoru w Spello niedaleko Asyżu. Na własnej skórze doświadczyły one, co to znaczy borykać się ze skutkami takiej tragedii. Po trzęsieniu ziemi w 1997 r. przez 14 lat ich klasztorem był kontener, w którym mieszkały i modliły się. •

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama