Nowy numer 28/2020 Archiwum

Pozwólcie dzieciom jeść…

W całej laktacyjnej awanturze padają skrajne argumenty. A zapomina się o... normalności.

W skrócie, dla niedoinformowanych. Pewna pani z maleńkim dzieckiem, poszła do restauracji. Ona jadła, a kiedy dziecko zgłodniało, też jadło. Jadło to, co niemowlakom smakuje najbardziej, nawet w najlepszej restauracji. Ale podszedł pan z obsługi i zaproponował matce "godniejsze" miejsce do nakarmienia dziecka, mianowicie toaletę. Nie tzw. pokój dla matki z dzieckiem, a (brutalnie rzecz ujmując) kibel. Matka postanowiła walczyć o swoje i podała restaurację od sądu. Moim zdaniem słusznie. Upodlenie macierzyństwa do potęgi braku elementarnej wrażliwości i zwykłego chamstwa.

Ta historia, od kilku dni rozgrzewa internety i dyskusje na wszelkich portalach społecznościowych. I to jest nawet dobre zjawisko, bo pokazuje, że o sprawach najistotniejszych: o macierzyństwie, rodzicielstwie, sposobie ich realizowania chcemy rozmawiać. To, w którą stronę dyskusja zmierza, to oczywiście kolejny temat. Nieco bardziej zawiły.

Bo oto pojawiły się dwa obozy: afirmujących karmienie i potępiających karmienie. Walczą więc jak lwy czy też lwice, zadając pytanie: "wolno karmić w miejscach publicznych?". Nie sposób się nie odnieść do najgłośniejszej chyba wypowiedzi przeciw, którą popełnił (puścił?) niegdyś polityk, a obecnie energiczny użytkownik Twittera oraz dziennikarz, Marek Migalski. Otóż pan ów przyrównał karmienie piersią do... puszczania wiatrów i mikcji. Czynności te nazywając wszak bardziej kolokwialnie. W jaki sposób, jakimi kategoriami trzeba myśleć (?), by popełnić ową paralelę? Pytanie zostawiam otwarte, bo chyba lepiej by wyobraźnia nie sięgała tak daleko.

Jednak wypowiedzi przeciw jest i więcej. I pochodzą z przedziwnych opcji: od lewa do prawa. Niektóre poniższe zdania to niemal cytaty. Inne to oryginalne wypowiedzi, w nieco krzywym zwierciadle. Uczulonym na laktozę, odradzam dalszą lekturę. Oto skrót:

 1. Publiczne karmienie piersią, obnażanie prowokuje mężczyzn. I jest nieskromne. Matka Boża oczywiście karmiła Jezusa. Nawet i obrazki z Madonną Karmiącą wiszą w wielu domach. Ale to była Święta Matka i Święte Dziecko. Nie to, co zwykłe dzieciary i ich matki. Że papież Franciszek nawet w kościołach zachęca do karmienia dzieci? A co on tam wie!

2. Publiczne karmienie piersią jest prowokacyjne i ostentacyjne. Panoszą się te matki, zamiast wycofać do własnych czterech kątów. Gdzie ich miejsce.

3. Publiczne karmienie piersią jest obrzydliwe i mnie mdli jak patrzę. A oderwać wzroku nie mogę.

4. Publiczne karmienie piersią zapewne gorszy dziatwę. Co z tego, że sama niedawno ssała. Pewnie (szczęśliwie) już zapomniała.

5. Publiczne karmienie piersią to przeżytek. Można sobie butlę kupić, mieszankę i dzieciakowi podać. Nie po to płacę dużą kasę w świetnej restauracji, żeby na biust patrzeć.

 6. Publiczne karmienie piersią to zamach na moją wolność i swobody obywatelskie, bo w miejscach publicznych jest miejsce li tylko na gołe biusty na bilbordach. Wtedy to sztuka.

Koniec laktacyjnych żartów.

Warto jednak zastanowić się, co spowodowało że matka i karmione dziecko, powodują w części społeczeństwa tak skrajne reakcje. Wydaje się, że można mówić, w jakiś sposób oczywiście upraszczając, o dwóch płaszczyznach, dwóch powodach. Powodzie osobistym, prywatnym i szerokim - społecznym.

Prywatne powody, to często zaszłości rodzinne, jakieś mniej lub bardziej przykre doświadczenia osobiste, które spowodowały, że zupełnie naturalny stan, jakim jest kamienie piersią, wydaje się niektórym obrzydliwy. Tu pewnie psycholog dobry mógłby indywidualnie problem zdiagnozować, ocenić i sprawę wyjaśnić. Pomóc potrzebującemu! Przypuszczalnie tyle bowiem powodów traum laktacyjnych, ilu ludzi negujących karmienie piersią.

Powodów społecznych, szerszych, jest co najmniej kilka. Po pierwsze to spuścizna po latach PRL, w którym kobieta i dziecko były spychane na margines, upychane w domach, zamykane w przestrzeni własnego M2. Bo tylko tam, jeśli w ogóle, ich miejsce. Matka i dziecko to osoby drugiej kategorii. Lepiej było przecież oddać dzieciaka do państwowego żłobka, butelkę z mieszanką w buzię włożyć i na traktor wrócić. Ideał macierzyństwa i kobiecości.

Drugi powód wyda się niektórym kontrowersyjny, ale warto się nad opisywaną tezą głębiej zastanowić. Można bowiem zapytać: czy dyskryminowanie matek i dzieci - w tym naturalnego karmienia - to nie dalsza konsekwencja wieloletniej dostępności aborcji "na życzenie"? W społeczeństwie, w którym w tzw. zabiegi były wykonywane wśród ogromnej liczby kobiet, związana z tym trauma nie ulatnia się od razu. Długo nie przemija. Raczej przechodzi, w różnych formach, na kolejne i kolejne pokolenia. Na kobiety i mężczyzn. Jedną z form okazywania tej traumy jest być może niechęć czy wręcz agresja do dzieci i ich matek. W szczególe do czynności naturalnych i fizjologicznych, związanych z dziećmi. Wtedy dziecko, które po prostu je, traktowane jest jak intruz.

I w końcu kolejny powód: wszechobecna seksualizacja, brutalna erotyzacja przestrzeni publicznej, mediów, filmów, reklamy, etc., z którą mamy do czynienia w ostatnich latach. Niszczy wszystkich: starych i młodych. Jednak młodzi ludzie formują się w konkretnej przestrzeni, w której z każdego plakatu wyziera biust ponętnej blondynki, a dezodorant reklamuje się metodą nagich skojarzeń. Nie mówiąc już o gigantycznym pornobiznesie, który rozpanoszył się wszem i wobec, i który zbiera potężne żniwo: zabija godność kobiet, zmienia mężczyzn. Tak naprawdę konfliktując jednych z drugimi. Jeśli więc wyrasta się w podobnym pornonieuporządkowaniu, nawet nie powinno dziwić, że części panów i pań (!), matka karmiąca też  "odpowiednio się kojarzy". Człowiekowi, który nie ma skrzywionej seksualności, karmiąca matka nigdy nie będzie kojarzyła się z (mniej lub bardziej wulgarną) erotyką. Matka karmiąca jest po prostu aseksualna.

To teraz będzie o tych "na tak".

Bo na przeciwległym biegunie reakcji na karmienie, jest absolutna afirmacja i gloryfikacja tegoż. Że karmić można wszędzie, w każdej sytuacji, że to tak naturalne i wspaniałe. Ochy i achy. I oczywiście, sporo w tym racji. Lepsza afirmacja niż brutalna negacja. Osobiście jednak wolałabym, by karmienie piersią po prostu było traktowane... normalnie i zwyczajnie. Bez skrajności.

Bo oto, a te słowa kieruję do szczególnie opornych, karmienie piersią dziecka to karmienie... człowieka. Małego. Ot, taka to zaskakująca prawda, że jeśli człowiek jest mały, potrzebuje mleka. By żyć. Potrzebuje tego pokarmu "na żądanie", a nie w określonych przez postronnych oraz "ciotki dobre rady", porach.

I kolejna prawda: matka karmiąca to taki sam człowiek jak bezdzietny politolog, tudzież histeryczna paniusia, którą "karmienie piersią obrzydza". Skoro matka to też człowiek, to ma takie same prawa jak reszta społeczeństwa. Więc i może zabierać dziecko tam, gdzie uważa za słuszne. No, chyba że są to miejsca z definicji i z zasady wykluczające pojawienie się w nim niemowlaka. Ale to już inna historia.

Na koniec, trzecia prawda. A piszę te słowa bardzo osobiście, bo i sama karmiłam dzieci naturalnie. Pięć razy. Nie jest komfortowo i super fajnie karmić przy ludziach obcych, w miejscach publicznych. Nie oznacza to jednak, że macierzyństwo powinno oznaczać zamknięcie się w czterech ścianach. O niedoczekanie! Dlatego większość kobiet, jeśli nie wszystkie, gdy wychodzi z maluchem z domu, a musi nakarmić dziecko, subtelnie się przykrywa lub (jeśli może) znajduje ustronne miejsce. I wcale nie dlatego, że stado gapiów wokół się ślini (takie sytuacje pewnie się zdarzają, ale to absolutny margines i patologia. Osobiście się NIE spotkałam). Matki karmiące w miejscach publicznych robią to subtelnie, bo po prostu karmienie to czynność osobista, bardzo intymna, dziejąca się między matką, a niemowlęciem. Część z matek, chętnie skorzystałaby z tzw. pokojów dla matki i dziecka. Ale tych ostatnich jak na lekarstwo. I tu jest poważny problem, godny publicznej dyskusji. Jeśli takich pokoi nie ma, matki mają prawo karmić głodne dzieci tam, gdzie akurat się znajdują.

Podsumowując: pozwólmy dzieciom jeść. A matkom karmić. Bez histerii, pokazywania palcem i alergii na macierzyństwo. Bez nadawania zwyczajnej, choć pięknej czynności, przedziwnych znaczeń. Karmienie to... normalność.

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Agata Puścikowska

Dziennikarz działu „Polska”

Absolwentka dziennikarstwa i komunikacji społecznej na Uniwersytecie Warszawskim. Od 2006 r. redaktor warszawskiej edycji „Gościa”, a od 2011 dziennikarz działu „Polska”. Autorka felietonowej rubryki „Z mojego okna”. A także kilku wydawnictw książkowych, m.in. „Wojenne siostry”, „Wielokuchnia”, „Siostra na krawędzi”, „I co my z tego mamy?”, „Życia-rysy. Reportaże o ludziach (nie)zwykłych”. Społecznie zajmuje się działalnością pro-life i działalnością na rzecz osób niepełnosprawnych. Interesuje się muzyką Chopina, książkami i podróżami. Jej obszar specjalizacji to zagadnienia społeczne, problemy kobiet, problematyka rodzinna.

Kontakt:
agata.puscikowska@gosc.pl
Więcej artykułów Agaty Puścikowskiej

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Zobacz także