Nowy numer 25/2018 Archiwum

Apetyt na władzę

Komisja Europejska, wszczynając postępowanie w sprawie „praworządności” w naszym kraju, sama wychyliła się ponad unijne prawo. Teraz Bruksela próbuje wyjść z twarzą ze sporu z Warszawą. Niech próbuje. Stawką jest przyszłość UE.

Dobrze, że Frans Timmermans przyjechał w zeszłym tygodniu do Warszawy. I sama jego wizyta, i słowa po spotkaniu z polską premier wróżą wycofanie się Komisji z politycznej gierki, w którą dała się wciągnąć. Przyznanie, że spór o Trybunał to sprawa, którą mają rozwiązać sami Polacy, jest – miejmy nadzieję – próbą naprawy nadszarpniętego wizerunku Komisji.

Ponad prawem

I tak już kiepski wizerunek Komisja pogorszyła dodatkowo nie tylko z powodu kompromitacji, jaką było mówienie jednym głosem z częścią polskiej opozycji. Bruksela, wszczynając postępowanie w sprawie „praworządności” w naszym kraju, sama wychyliła się ponad unijne prawo. Wynika to z niepohamowanej chęci komisarzy do odgrywania decydującej roli w Unii Europejskiej. Tymczasem według art. 7 Traktatu o UE w przypadku „systemowego zagrożenia” dla praworządności może zostać uruchomione postępowanie wobec danego kraju, a w ostateczności mogą zostać nałożone sankcje, łącznie z odebraniem prawa głosu – ale tylko za zgodą Rady Europejskiej, to znaczy przywódców państw członkowskich. Nie ma mowy o Komisji, która może co najwyżej wyjść z taką inicjatywą, ale sama nie może prowadzić żadnych postępowań.

Teoretycznie wszystko jest w porządku, bo przecież Komisja cały czas podkreślała, że nie prowadzi żadnego postępowania „przeciw” Polsce, tylko „prowadzi dialog” z jej władzami. Tyle że ten „dialog” to uprawnienie, które Komisja nadała sobie sama (z pominięciem traktatów) za pomocą komunikatu własnego autorstwa z marca 2014 roku. Komisarze nowe uprawnienie nazywali „uzupełnieniem” art. 7 w celu zapobieganiu „wyraźnemu ryzyku poważnego naruszenia” przez państwa członkowskie zasad demokratycznych.

Nie jest przypadkiem, że przyznanie sobie dodatkowych „uprawnień” miało miejsce w czasie, gdy Bruksela walczyła z Węgrami Viktora Orbána. I zanim doszłoby do ewentualnego straszenia sankcjami (co w praktyce byłoby niewykonalne, bo nie byłoby jednomyślności), Komisja znalazła sobie narzędzie pośrednie, służące w rzeczywistości do szantażowania i nękania niepokornego rządu, czyli wywierania nacisku, by ten zmienił „nieakceptowalne” ustawy i przepisy. Wobec Węgrów tej procedury ostatecznie nie uruchomiono, za to teraz Komisja pozwoliła sobie na ten krok w stosunku do Polski.

Bez ekspertyz

Zaangażowanie Komisji w „sąd nad Polską” okazało się jeszcze bardziej kuriozalne, gdy na jaw wyszedł brak jakichkolwiek analiz i ekspertyz prawnych, na podstawie których Komisja miałaby rozpocząć „dialog” z władzami w Warszawie. Jako pierwsi odkryli to dziennikarze „Dziennika Gazety Prawnej”. Powołali się na trwającą ponad trzy miesiące korespondencję osoby z kręgów rządowych z urzędnikami w Brukseli. Strona polska starała się wydobyć stamtąd dokumenty, ekspertyzy, które posłużyły komisarzom do wyrobienia sobie opinii na temat tego, co dzieje się wokół Trybunału w Polsce. Urzędnicy najpierw zasłaniali się rzekomą tajnością owych dokumentów, by na końcu, przyciśnięci do muru, przyznać, że żadnych ekspertyz nie było. Na podstawie czego w takim razie podjęto decyzję? Na podstawie „ogólnodostępnych komentarzy i informacji”. Czyli tzw. doniesień medialnych, które w Europie powtarzały wszystko, co w Polsce o sytuacji pisała nieprzychylna rządowi prasa (a nierzadko byli to ci sami autorzy). Zapewne wystarczającymi – obok prasy – źródłami informacji na temat sytuacji w Polsce byli też sami politycy opozycji, którzy zabiegali w Unii o zajęcie się „niedemokratycznym” rządem w Warszawie.

Komisja zatem, nie mając wystarczającej wiedzy nie tylko o genezie konfliktu (skok poprzedniej większości sejmowej na TK przez wybranie swoich sędziów tuż przed upływem kadencji i przy spodziewanej porażce wyborczej), ale również o działaniu Trybunału w Polsce w ogóle, podjęła kroki, które jednocześnie są wykroczeniem poza kompetencje, jakie Komisji nadaje Traktat o Unii Europejskiej. Chyba nie ma wątpliwości, że jeśli ktoś w tej sytuacji ma się tłumaczyć, to właśnie Komisja Europejska – wyjątkowo niedemokratyczne ciało w UE, próbujące szantażować demokratycznie wybrane władze kraju członkowskiego. Trudno nie powtórzyć za szefem polskiego MSZ: „Nie na taką obecność w Unii się umawialiśmy, nie za takim członkostwem głosowali Polacy w referendum”.

« 1 2 »
oceń artykuł

Ze względów bezpieczeństwa, kiedy korzystasz z możliwości napisania komentarza lub dodania intencji, w logach systemowych zapisuje się Twoje IP. Mają do niego dostęp wyłącznie uprawnieni administratorzy systemu. Administratorem Twoich danych jest Instytut Gość Media, z siedzibą w Katowicach 40-042, ul. Wita Stwosza 11. Szanujemy Twoje dane i chronimy je. Szczegółowe informacje na ten temat oraz i prawa, jakie Ci przysługują, opisaliśmy w Polityce prywatności.

Zamieszczone komentarze są prywatnymi opiniami ich autorów i nie odzwierciedlają poglądów redakcji