Nowy numer 21/2022 Archiwum

Love majowe

Różo duchowna, Domie złoty – takie komplementy płyną w niebo w najpiękniejszym z miesięcy. W czasie tonącego w kwiatach, skąpanego w promieniach słońca nabożeństwa.

Jest tak jak na tej fotografii. Jest rozpędzony pędzący na oślep świat, w którym trudno o stałość, wierność, stabilność, a niemal wszystko zmieniane jest na nowy model. A tuż obok trwałość, pewność, oddech.

Wielokrotnie widziałem w maju podobne obrazki. Na wschodzie Polski czy w beskidzkich wioskach wierni gromadzą się przy maryjnych kapliczkach i przydrożnych figurach. Słyszałem, jak każdego dnia w Istebnej przy kapliczce na Wilczym dzieci wyśpiewywały komplementy dedykowane Matce Jezusa.

Majowe to nie skansen, ale żywa tradycja. Wystarczy zerknąć na frekwencję na tych popularnych nabożeństwach. Nad Wisłą zwyczaj ów trwa dopiero od połowy XIX wieku. Kościoły toną w kwiatach (to czas Pierwszych Komunii Świętych), a w muskanych przez majowe słońce witrażach grają pastelowe barwy.

Maj to miesiąc, w którym świat zatrzymuje się, by oddać chwałę Tej, która – jak woła Akatyst – „dźwiga Tego, co wszystkie dźwiga rzeczy”. Dlaczego właśnie maj? Odpowiedź przychodzi sama: to najpiękniejszy z miesięcy. Eksplozja życia i piękna. Kolorów i zapachów. W starożytności był to miesiąc związany z kultem Artemidy, bogini płodności, zwierząt, lasów, gór i roślinności. Już od V wieku, gdy ogłoszono pierwszy dogmat maryjny w Efezie, „ochrzczono” ten miesiąc i poświęcono go najpiękniejszej z niewiast. Sama potwierdziła, że to dobry wybór, gdy w maju 1917 roku ukazała się w Fatimie zdumionym pastuszkom.

Łąki umajone, góry, doliny zielone

Pierwszy był bizantyjski Akatyst – przepiękny hymn Wschodu wychwalający cnoty Maryi. Archanioł Gabriel, oczarowany pięknem i pokorą Matki Jezusa, miał zakrzyknąć: „Witaj, Matko Baranka i pasterza, Witaj, gwiazdo Słońce nam ukazująca, Witaj, moście wiodący z ziemi ku niebiosom”. Akatyst to hymn śpiewany na stojąco (słowo akathistos znaczy „nie siadając”). Przed laty spotkałem profesorkę moskiewskiego uniwersytetu, która opowiadała mi, że gdy rosyjska telewizja po raz pierwszy emitowała nabożeństwo ze śpiewem Akatystu, wzruszeni ludzie stali na baczność przed... telewizorami.

„Zdrowaś bądź Maryjo, kładko nad głębiami, W Loreto i w Gorcach bądź, módl się za nami” – te słowa „Nieszporów Ludźmierskich” wpadają w ucho i długo z niego nie wylatują. Śpiewana w czasie nabożeństw majowych Litania Loretańska powstała na przełomie XII i XIII w., a w 1558 r. została po raz pierwszy opublikowana. Początkowo popularna była jedynie nad Morzem Śródziemnym, ale w XIX w. śpiewała ją już cała katolicka Europa. Wzorowano ją na Litanii do Wszystkich Świętych, spopularyzowanej przez irlandzkich mnichów. Większość komplementów dedykowanych Maryi zaczerpnięto z Biblii i hymnów Kościoła greckiego. Nazwa litanii pochodzi od włoskiego miasteczka, gdzie według tradycji znajduje się przeniesiony z Ziemi Świętej domek, w którym na świat przyszła Matka Boska. Przez wieki szczerze wierzono, że „Sancta Casa” znajduje się właśnie w Loreto.

Gdy litania stawała się coraz bardziej popularna, a w wielu kościołach samowolnie dodawano do komplementów wysyłanych w stronę Królowej nieba nowe wezwania, w 1631 r. Święta Kongregacja Obrzędów zakazała tego procederu. Ustaliła kanon i zabroniła dokonywania w tekście zmian. Wszystkie wezwania, które dodano później, zatwierdzała Stolica Apostolska. Do tekstu doszły nowe: Królowo Różańca Świętego (1675), Królowo bez zmazy pierworodnej poczęta (1846), Królowo pokoju (1917), Królowo wniebowzięta (1950), Matko Kościoła (1980).

W litanii wymieniane są kolejne tytuły Maryi. Co ciekawe, jest ich w sumie 49, w Polsce 50, a na Górnym Śląsku o jeden więcej. Po historycznych zawirowaniach potopu szwedzkiego powracający ze Śląska król Jan Kazimierz ogłosił 4 kwietnia 1656 roku we Lwowie Najświętszą Maryję Pannę Królową Korony Polskiej, a 93 lata temu, po zatwierdzeniu tej liturgicznej uroczystości, dołączono wezwanie: Królowo Polskiej Korony. Po II wojnie światowej zmieniono je na: Królowo Polski.

– Jesteśmy wybrani. Uspokajam, to nie jest nasz pomysł. To nie Polacy wymyślili. Nie ma w tym żadnej naszej zasługi – uśmiecha się Skald Jan Budziaszek. – Maryja objawia się w 1608 roku w Neapolu Giulio Mancinellemu i mówi: „Słuchaj, a dlaczego nie nazywasz mnie Królową Polski?”. I mówi to do jakiegoś Włocha, a nie faceta z Krakowa! „Ja ten naród wybrałam przed wiekami, mam dla niego wspaniały plan”. Dostaliśmy tę łaskę. To zero naszej zasługi.

Ponieważ na Górnym Śląsku wierni czczą od wieków Matkę Boską Piekarską, na nabożeństwach majowych można usłyszeć zwrot: Matko Miłości i Sprawiedliwości Społecznej.

Cieniste gaiki, źródła i kręte strumyki!

Publiczne odmawianie w maju hymnów pochwalnych wychwalających Maryję zaproponował król hiszpański Alfons X (1239–84). Nie dość, że często uczestniczył w tych wiosennych nabożeństwach, to jeszcze sam pisywał wiersze sławiące piękno Maryi. Nazywał ją w nich „Królową wiosny”.

Błogosławiony Henryk Suzo (ur. 1295 r. w Konstancji) wstąpił do klasztoru dominikańskiego już jako trzynastolatek. Ten uczeń mistyka Jana Eckharta i przyjaciel Jana Taulera opowiadał, że często jako dziecko zbierał w maju kwiaty, plótł z nich wieńce i wkładał je na głowy maryjnych figur. Gdy jako dorosły mnich doświadczył mistycznego spotkania z niebem, miał usłyszeć od samej Maryi podziękowania za te pokorne gesty.

W wydanej w 1549 roku w Niemczech książeczce pod tytułem „Maj duchowy” po raz pierwszy zamieszczono zwrot „miesiąc Maryi”. W 1725 r. wydano w Weronie dzieło jezuity o. Hannibala Dionisio stanowiące poręczny spis modlitw maryjnych. Książeczka stała się niezwykle popularna i miała w ciągu 70 lat aż 18 wydań. Za największego apostoła nabożeństw majowych uważa się jezuitę o. Muzzarellego. W 1787 roku wydał on broszurkę, w której propagował to nabożeństwo. Rozesłał ją do wszystkich biskupów Italii, a sam prowadził nabożeństwo majowe w słynnym rzymskim kościele Il Gesú. Pius VII obdarzył majowe pierwszymi odpustami. W 1859 r. Pius IX zatwierdził obowiązującą do naszych czasów formę nabożeństwa (litania, krótka nauka kapłana i błogosławieństwo Najświętszym Sakramentem).

W Polsce pierwsze nabożeństwo majowe poprowadzili w 1838 roku jezuici w Tarnopolu. Po roku jezuita ks. Wincenty Buczyński wydał we Lwowie książeczkę o tych nabożeństwach, a jedenaście lat później podobna broszura ukazała się we Wrocławiu. Wydał ją były powstaniec listopadowy ks. Aleksander Jełowicki, ten sam, który w październiku 1849 r. spowiadał tuż przed śmiercią Fryderyka Chopina i usłyszał wówczas od kompozytora: „Bez ciebie, mój drogi, byłbym zdechł jak świnia”.

Pokój!

Przed stu laty słowo „Fatima” katolikowi znad Sekwany, Renu czy Wisły nie kojarzyło się absolutnie z niczym. Tajemnicą pozostaje to, dlaczego niebo dokonało ekspansji na ziemię w tym właśnie miejscu. Na nikomu nieznanej, kamienistej, rdzawej spalonej słońcem ziemi Dziś Fatima stała się sanktuarium obleganym przez 6 milionów ludzi rocznie.

– Benedykt XV tuż przed objawieniami w Fatimie zabiegał o pokój i zakończenie I wojny światowej – opowiada mariolog Wincenty Łaszewski. – Była ona, jak sam mawiał, samobójstwem współczesnej Europy. Stary Kontynent wykrwawiał się, a Benedykt XV podjął wiele inicjatyw duchowych, by zatrzymać tę jatkę. Nieustannie apelował o pokój i pojednanie. Prosił dzieci komunijne, by modliły się w tej intencji.

W czasie objawień Maryja zapowiedziała wizjonerom, że „niebawem wybuchnie wojna jeszcze bardziej krwawa”, a „Rosja zaleje świat swymi błędnymi naukami”.

Nic dziwnego, że w czasie II wojny światowej Pius XII wielokrotnie zachęcał do oddawania w maju szczególnej czci Maryi. W listach słanych do kardynała Alojzego Maglione gorąco polecał, by nabożeństwo majowe ofiarować dla uproszenia zakończenia wojny światowej. W wydanej 1 maja 1948 encyklice „Auspicia quae eam” raz jeszcze przypomniał, by w czasie nabożeństw majowych modlić się o trwały pokój na świecie.

Wystarczy zerknąć na newsy spływające każdego dnia ze świata, na informacje o wyrzynaniu chrześcijan Bliskiego Wschodu i politycznych zawirowaniach naszych wschodnich sąsiadów, by zauważyć, że ta intencja wydaje się bardzo na czasie.

Dlaczego kocham to nabożeństwo? Bo nie jest ono litanią próśb, rodzajem „katolickiej książki skarg i zażaleń”, w której skupiamy się na sobie, na naszych problemach i potrzebach. Jest laurką. Oddaniem chwały Bogu za najpokorniejszą z pokornych. Za Tę, która na informację o wyniesieniu, jakiego nie doznała żadna inna kobieta, odpowiedziała: „Oto ja, służąca”.

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Marcin Jakimowicz

Dziennikarz działu „Kościół”

Absolwent wydziału prawa na Uniwersytecie Śląskim. Po studiach pracował jako korespondent Katolickiej Agencji Informacyjnej i redaktor Wydawnictwa Księgarnia św. Jacka. Od roku 2004 dziennikarz działu „Kościół” w tygodniku „Gość Niedzielny”. W 1998 roku opublikował książkę „Radykalni” – wywiady z Tomaszem Budzyńskim, Darkiem Malejonkiem, Piotrem Żyżelewiczem i Grzegorzem Wacławem. Wywiady z tymi znanymi muzykami rockowymi, którzy przeżyli nawrócenie i publicznie przyznają się do wiary katolickiej, stały się rychło bestsellerem. Wydał też m.in.: „Dziennik pisany mocą”, „Pełne zanurzenie”, „Antywirus”, „Wyjście awaryjne”, „Pan Bóg? Uwielbiam!”, „Jak poruszyć niebo? 44 konkretne wskazówki”. Jego obszar specjalizacji to religia oraz muzyka. Jest ekspertem w dziedzinie muzycznej sceny chrześcijan.

Czytaj artykuły Marcina Jakimowicza


Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się