Nowy numer 47/2022 Archiwum

Mahomet spotyka Jezusa

W linii ciągłej potomek Alego, zięcia Mahometa. Członek najznakomitszego rodu w Iraku. Stracił wiarę w islam po dokładnej lekturze… Koranu. Został chrześcijaninem dzięki koledze z koszar, którego wcześniej chciał „przyprowadzić do Allaha”. Za zdradę islamu rodzeni bracia strzelali do niego na pustyni. To prawdziwa historia, której nie pokażą w Hollywood.

Chrzest w Jordanii

Teraz oboje zaczęli dojeżdżać co niedzielę do kościoła. Trafili w końcu do ojca Gabriela, który zaczął ich przygotowywać do chrztu. Jednak to nie on go udzieli. Wkrótce każe im wyjechać do bardziej tolerancyjnej Jordanii, żeby nie ściągać niebezpieczeństwa na wspólnoty chrześcijańskie w Iraku.

Zanim jednak doszło do ucieczki, Mohammed przeszedł próbę ognia. Bracia, którzy chyba nigdy nie wybaczyli mu jego uprzywilejowanej pozycji w relacjach z ojcem, zaczęli podejrzewać go o związki z chrześcijanami. Pod nieobecność Mohammeda weszli do jego domu i zobaczyli tam Biblię. Zapytali syna, gdzie tata jeździ w niedzielę. Syn zrobił znak krzyża...

– Ojciec wezwał mnie do domu. W salonie siedzieli on i moi bracia. Założyli mi kajdany na ręce i na nogi. Powiedzieli, że pojedziemy do muftiego, żeby ten wydał wyrok zgodny z szarijatem. Mufti wydał wyrok na piśmie, z pieczęcią, ogłosił fatwę: zostałem skazany na śmierć. Wieźli mnie od niego samochodem, byłem przekonany, że zastrzelą mnie gdzieś na pustyni, ale okazało się, że zawieźli mnie do więzienia – opowiada. W celi spędził 14 miesięcy. Przez 3 miesiące był torturowany i zmuszany do wyrzeczenia się wiary w Chrystusa, pytany o kontakty i duchownych, którzy go prowadzą. Bez skutku. Pytam, czy wie, dlaczego nie zabili go od razu, choć mieli taką możliwość. – Przypuszczam, że jako Musawi byłem traktowany specjalnie, może liczyli na to, że pod wpływem tortur szybko się wycofam i wrócę do islamu – przyznaje. Wiedział, że fatwa ciągle na nim ciąży, dlatego po wyjściu z więzienia znowu jak najszybciej chciał przyjąć chrzest, żeby umrzeć jako chrześcijanin. Wtedy usłyszał od o. Gabriela nakaz, jak wspomina, wypowiedziany „w imieniu Kościoła”: musisz wyjechać z Iraku.

Tak zrobił. Z żoną i dwójką dzieci wyjechał do Jordanii. W Ammanie, stolicy kraju, 22 lipca 2000 roku cała czwórka przyjmuje chrzest, który Mohammed (odtąd Jusuf) niemal wymusił na tamtejszym biskupie. Kościół, należący do jednego z zakonów, wskazał ks. Bassam Rabah. Wybrał dużą świątynię, która miała wiele wejść z różnych stron – to ze względów bezpieczeństwa. Sam ks. Rabah nie przyjeżdża jednak na uroczystość, w której uczestniczy w sumie 9 osób. Kilka dni po chrzcie na ulicy w Ammanie drogę nowo ochrzczonemu Jusufowi zastępuje... czterech jego braci i wuj.
 

Koran groźny dla muzułmanów

Odnaleźli go w Jordanii i przyjechali wypełnić polecenie ojca: nawrócić na islam albo zabić. Obowiązek wykonania fatwy, w tym wypadku zabicia za zdradę islamu, w pierwszej kolejności ciąży na najbliższej rodzinie. Napadli na niego na ulicy, wsadzili do samochodu i wywieźli poza miasto. – Przez trzy godziny rozmawialiśmy, mówiłem im o miłości Chrystusa. To ich jeszcze bardziej rozsierdziło. W końcu brat wyciągnął pistolet i powiedział, że muszą wykonać fatwę, bo sprawdza się powiedzenie, że kto jest zarażony chrześcijaństwem, na tego nie ma lekarstwa. Zaczął biec, oni strzelali za mną, w końcu upadłem, straciłem przytomność, obudziłem się w szpitalu. Miałem zranioną tylko jedną nogę. Znajomy zakonnik przyjechał po mnie, a potem przez 8 miesięcy tułałem się od domu do domu, każdego dnia zmieniając miejsce zamieszkania – ciągnie opowieść.

Przez kilka miesięcy stara się o wizę do Francji. W końcu wylatują całą rodziną. Minęło już 14 lat, ale nawet tam nie może czuć się swobodnie. – Od czasu do czasu policja nakazuje nam zmienić miejsce zamieszkania ze względów bezpieczeństwa. Z tego powodu dzieci muszą często zmieniać szkołę. Teraz upłynęły już 2 lata od czasu ostatniej przeprowadzki – dodaje. Po latach zadzwonił do brata, który do niego strzelał. Zadzwonił z Belgii, żeby nie namierzyli żadnego francuskiego numeru. Brat powiedział mu tylko, że ojciec i matka już nie żyją. Żadnych rozmów o religii.

– Muzułmanie są normalnymi ludźmi, nie można powiedzieć, że wszyscy są opanowani przez nienawiść – mówi. – Dopiero w Koranie znajdują inspirację do zabijania. Zamachowcy robią to w imię Koranu i tam znajdują nakaz, żeby tak się zachowywać. I ci z Państwa Islamskiego są wzorem muzułmanina zaangażowanego. Wszystko, co robi Państwo Islamskie, jest usprawiedliwione przez Koran. Muzułmanie jako ludzie są tacy jak wszyscy, ale to, co ich deformuje, to Koran. Koran jest zagrożeniem dla samych muzułmanów.

« 1 2 3 »
oceń artykuł Pobieranie..

Jacek Dziedzina

Dziennikarz działu „Świat”

W „Gościu" od 2006 r. Studia z socjologii ukończył w Katolickim Uniwersytecie Lubelskim. Pracował m.in. w Instytucie Kultury Polskiej przy Ambasadzie RP w Londynie. Laureat nagrody Grand Press 2011 w kategorii Publicystyka. Autor reportaży zagranicznych, m.in. z Wietnamu, Libanu, Syrii, Izraela, Kosowa, USA, Cypru, Turcji, Irlandii, Mołdawii, Białorusi i innych. Publikował w „Do Rzeczy", „Rzeczpospolitej" („Plus Minus") i portalu Onet.pl. Autor książek, m.in. „Mocowałem się z Bogiem” (wywiad rzeka z ks. Henrykiem Bolczykiem) i „Psycholog w konfesjonale” (wywiad rzeka z ks. Markiem Dziewieckim). Prowadzi również własną działalność wydawniczą. Interesuje się historią najnowszą, stosunkami międzynarodowymi, teologią, literaturą faktu, filmem i muzyką liturgiczną. Obszary specjalizacji: analizy dotyczące Bliskiego Wschodu, Bałkanów, Unii Europejskiej i Stanów Zjednoczonych, a także wywiady i publicystyka poświęcone życiu Kościoła na świecie i nowej ewangelizacji.

Kontakt:
jacek.dziedzina@gosc.pl
Więcej artykułów Jacka Dziedziny

 

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się