Nowy Numer 25/2019 Archiwum

Złapał Kozak Tatarzyna…

Mimo „zamachu stanu” dokonanego przez PiS, jeszcze do połowy 2017 roku większość składu sędziów Trybunału Konstytucyjnego będzie pochodziłA z rekomendacji poprzedniego parlamentu.

Przyjęta 19 listopada ustawa, która umożliwiła posłom PiS wybór pięciu nowych sędziów TK, wywołała wiele protestów dotyczących zarówno treści, jak i tempa jej uchwalenia. Były prezes Trybunału prof. Jerzy Stępień mówił wręcz o zamachu stanu i przyrównywał Polskę do Białorusi, a prof. Andrzej Zoll w głośnym wywiadzie dla „Gazety Wyborczej” ogłosił koniec państwa prawa. Sytuacja jest niewątpliwie skomplikowana (choć nie aż tak dramatyczna), ale nie tylko z powodu decyzji posłów PiS. Obecny kryzys konstytucyjny ma źródło w złamaniu prawa przez poprzednią większość sejmową, czyli PO, PSL i SLD. Takiego zdania jest praktycznie całe środowisko prawnicze, choć nie wszyscy głośno o tym mówią. Ale np. prof. Robert Hernand, zastępca prokuratora generalnego (wciąż niezależnego), w oficjalnej opinii dla Trybunału uznał za niekonstytucyjny zapis ustawy z 25 czerwca, który umożliwił poprzedniemu Sejmowi wybór dwóch sędziów TK w miejsce tych, których kadencje wówczas wciąż trwały.

Nie ma więc powodów do paniki, bo nie zmieniła się kluczowa pozycja Trybunału ani jego funkcja. Co więcej, aż do 2017 roku większość sędziów tworzących gremium rozstrzygające o zgodności ustaw z konstytucją będzie pochodziło z wyboru poprzedniego parlamentu. Nie ma też ryzyka, że skład będzie niekompletny lub że sędziów uprawnionych do orzekania będzie nie 15, a 20.
 

Kalendarz zmian

Zajęcie ośmiu miejsc w Trybunale przez sędziów posiadających rekomendację PiS potrwa jeszcze kilkanaście miesięcy. A gdyby nie przyjęta w trybie błyskawicznym ustawa, trwałoby o wiele dłużej, bo na początku listopada skończyły się kadencje trojga sędziów wybranych przez prawicową większość w 2006 roku: Marii Gintowt-Jankowicz, Wojciecha Hermelińskiego oraz Marka Kotlinowskiego. Mieli ich zastąpić kandydaci wskazani przez PO, PSL i SLD.

W grudniu pożegnają się z Trybunałem Teresa Liszcz oraz Zbigniew Cieślak, także rekomendowani za poprzednich rządów PiS. Próba zajęcia ich foteli „awansem” przez poprzedni Sejm sprawiłaby, że w TK z „prawicowym rodowodem” zostałby jedynie sędzia Mirosław Granat. Ponieważ to jego mandat wygasa w kwietniu 2016 r., układ sił: 14 do 1 na korzyść aktualnej opozycji mielibyśmy aż do grudnia 2016 r., gdy kończy się kadencja prezesa Andrzeja Rzeplińskiego. Teraz sytuacja wygląda mniej spektakularnie. Po przyjęciu przez prezydenta ślubowania pięciu sędziów, wybranych przez obecną większość, statystyka oddająca polityczny klucz rekomendacji wynosić będzie 9 do 6, wciąż na korzyść obecnej opozycji. Przewagę będzie mieć ona aż do czerwca 2017 r., gdy skończy się kadencja sędziego Stanisława Biernata.

Oczywiście wprowadzenie do nowej ustawy przepisu o skróceniu kadencji przewodniczącego i wiceprzewodniczącego może jeszcze dać te stanowiska sędziom rekomendowanym przez PiS (bo następców wskaże prezydent RP). Jest to ważne o tyle, że przewodniczący ma wpływ na agendę i skład zespołów orzekających.
 

Jak to ze skargami bywa

Trybunał Konstytucyjny bywa często trafnie określany jako „negatywny ustawodawca”. Negatywny, bo nie wprowadza do prawa nowych rozwiązań, tylko eliminuje z niego przepisy wadliwe i niezgodne z konstytucją. Trybunały o takim charakterze działają w każdym cywilizowanym państwie, jest to wręcz symbol demokracji. Ale samo istnienie TK nie przesądza jeszcze o jakości demokracji. W Polsce Trybunał pojawił się w ustawie z… 1982 r., w najciemniejszym czasie stanu wojennego, a pierwsze orzeczenia zaczął wydawać w 1986 roku.

Co ciekawe, możliwość odrzucania przez Sejm większością dwóch trzecich głosów orzeczeń o niekonstytucyjności ustaw utrzymała się w polskim prawie aż do uchwalenia konstytucji z 1997 roku. Po wejściu Polski do UE Trybunał rozszerzył swoją funkcję kontrolną o badanie zgodności naszego prawa nie tylko z konstytucją, ale także z regulacjami unijnymi i normami prawa międzynarodowego (które Polska ratyfikowała).

Trybunał bada sprawy zgłaszane przez wszystkie organa władzy. Każdy sąd rozstrzygając sprawę, może także zwrócić się do TK z pytaniem prawnym. Istnieje również możliwość złożenia obywatelskiej skargi konstytucyjnej już po zapadnięciu prawomocnego wyroku, jeśli istnieje uzasadnione podejrzenie, iż narusza on prawa obywatelskie zapisane w konstytucji. Najnowsza historia zna przypadki, gdy taka skarga wpływała nawet na zmianę obowiązującego prawa. Ale normą jest i to, że zwykli obywatele czekają na werdykt TK nawet po dwa, trzy lata.

W marcu 2007 r. Trybunał Konstytucyjny rozpatrywał wstępnie skargę Damiana Żmudy, górnika z Rudy Śląskiej, który przegrał z Kompanią Węglową w kolejnych instancjach proces o wysokość wynagrodzenia. Ponieważ orzecznictwo w podobnych jak jego sprawach było różne, chciał wystąpić z kasacją do Sądu Najwyższego. Dowiedział się, że nie może, bo chodzi o zbyt małą kwotę. Uznał to za dyskryminację i zdecydował się na skargę obywatelską do TK. Trybunał odmówił nadania sprawie biegu, uzasadniając, że kasacja nie mieści się w konstytucyjnym prawie do sądu.

Dwa miesiące później ten sam Trybunał wydał inny, głośny wyrok w sprawie lustracji. Jednym z powodów uznania ustawy autorstwa PiS za niezgodną z konstytucją było „pozbawienie osoby lustrowanej prawa do wniesienia kasacji od prawomocnego orzeczenia sądu”. Mamy więc dwa orzeczenia wydane nieomal równocześnie i dwie różne wykładnie. W dodatku dające pole do interpretacji, że górnik walczący o godziwą płacę ma w III RP mniejsze prawa niż tajny współpracownik SB, którego kłamstwo lustracyjne potwierdził sąd w dwóch instancjach.
 

Polityka za drzwiami

Skargę górnika rozpatrywał jednoosobowo sędzia Bohdan Zdziennicki, który rok później został prezesem TK i był nim do końca swojej kadencji w 2010 roku. Zanim posłowie wybrali go do Trybunału, pełnił funkcję wiceministra sprawiedliwości w rządzie SLD, zresztą w tym resorcie pracował już w latach 70. Czy mogło to mieć jakiś wpływ na jego orzeczenia – np. w sprawie lustracji? Pytanie równie zasadne jest w odniesieniu do sędziego Jerzego Stępnia (prezesa TK przed Zdziennickim), który publicznie domagał się w 2007 r. Trybunału Stanu dla Zbigniewa Ziobry. Trudno podobnych wątpliwości nie mieć także w odniesieniu do obecnego prezesa Andrzeja Rzeplińskiego, rekomendowanego przez PO (wcześniej także na funkcję Rzecznika Praw Obywatelskich), często i jednoznacznie wypowiadającego się w mediach na tematy polityczne.

Sędziowie TK są zawsze rekomendowani przez konkretne partie. Każdy z nich ma oczywiście poglądy polityczne, czasem nawet w CV pracę dla jakiejś ekipy rządzącej. Do tego dochodzi lojalność wobec własnej korporacji lub środowiska akademickiego. Założenie jest jednak takie, że po wyborze wszystkie te powiązania powinny pozostawać za drzwiami Trybunału. Niezależności nie sprzyja także rekordowo długa, 9-letnia kadencja i bardzo wysokie wynagrodzenie. Ale czy rzeczywiście sędziowie w momencie zaprzysiężenia odcinają jakiekolwiek związki ze środowiskami, które ich rekomendowały? Znów można mieć wątpliwości, śledząc, jak kto głosował w poszczególnych sprawach.

« 1 2 »
oceń artykuł Pobieranie..

Zobacz także

Ze względów bezpieczeństwa, kiedy korzystasz z możliwości napisania komentarza lub dodania intencji, w logach systemowych zapisuje się Twoje IP. Mają do niego dostęp wyłącznie uprawnieni administratorzy systemu. Administratorem Twoich danych jest Instytut Gość Media, z siedzibą w Katowicach 40-042, ul. Wita Stwosza 11. Szanujemy Twoje dane i chronimy je. Szczegółowe informacje na ten temat oraz i prawa, jakie Ci przysługują, opisaliśmy w Polityce prywatności.

Zamieszczone komentarze są prywatnymi opiniami ich autorów i nie odzwierciedlają poglądów redakcji