Nowy numer 43/2020 Archiwum

Wybór Ani

Nie wszyscy Polacy chcą z Mariupola wyjechać.

Przyleciał właśnie samolot z grupą Polaków ewakuowanych z Mariupola, portowego miasta nad Morzem Azowskim. Byłem tam na początku listopada i rozmawiałem z kilkoma z nich, zarówno z tymi, którzy zdecydowali się na wyjazd, jak i tymi, którzy pozostali. W Mariupolu od dawna nie było tak spokojnie, jak jest dzisiaj.

Walki w rejonie miasta nie toczą się od sierpnia. Wcześniej trwały z różną intensywnością praktycznie bez przerwy, od września ub. roku. Linia frontu zatrzymała się kilkanaście kilometrów przed miastem. W styczniu jedno z osiedli zostało ostrzelane rakietami Grad.  Zginęło kilkanaście osób, wiele było rannych. Dzisiaj takiego zagrożenia nie ma. Nikt jednak nie zagwarantuje, że w przyszłości miasto znów nie znajdzie się w strefie działań bojowych.

Jednak to nie wojna jest powodem, dla którego miejscowi Polacy stamtąd wyjeżdżają. Przede wszystkim uciekają przed biedą. Sytuacja ekonomiczna na Ukrainie pogarsza się z miesiąca na miesiąc i wielu nie ma nadziei, aby kiedykolwiek było tu lepiej. Pan Piotr wyjaśniał mi, że jeszcze przed rokiem jego emerytura miała równowartość 300 dolarów. Dzisiaj to zaledwie  100 dolarów, a wszystkie ceny idą systematycznie w górę. W jego przypadku sytuacja jest przewidywalna. Ma w Polsce rodzinę, która obiecała mu pomóc.

Inni nie znają u nas nikogo, wielu nie zna języka polskiego. Liczą, że zostaną przygarnięci przez samorządy i otrzymają wsparcie od organizacji społecznych. Spora grupa Polaków, bardzo zaangażowanych w życie parafialne czy polskich organizacji, postanowiła jednak zostać. Ania jest w klasie maturalnej, mieszka na osiedlu, na które w styczniu spadły Grady. Gdy rozmawiałem z nią krótko po tym ataku, jeszcze była w szoku. Pocisk uderzył w budynek, w którym mieszkała. Widziała ciała zabitych, m.in. swych sąsiadów. Gdy teraz spotkałem ją w namiocie-kaplicy, stojącym w centrum Mariupola, byłem pewny, że razem z mamą zdecydowały się na wyjazd. Obie mają kartę Polaka i rodzinę w Polsce. Ania dobrze się u nas czuje, ale nie chce wyjeżdżać. Mówi, że tutaj jest jej ojczyzna. Czuje się Polką, ale jest także ukraińską patriotką i nie chce zostawiać swojego świata, przyjaciół i znajomych. Chodzi więc o to, abyśmy problemu Polaków na Wschodzie nie sprowadzali wyłącznie do repatriacji.

Oczywiście należy stworzyć taką możliwość tym, którzy chcą z tego skorzystać. Ale ważniejsze od spektakularnych przylotów kolejnych grup jest stworzenie wieloletniego programu wsparcia dla tych, którzy zdecydowali się pozostać. Oni są także ważną częścią lokalnego Kościoła katolickiego, który w bardzo trudnych warunkach trwa nadal w Donbasie. Rozumiem wybór pana Piotra, który dzisiaj jest już w Polsce. Chciałbym jednak, abyśmy pamiętali także o takich jak Ania. Ludziach z kresowym charakterem, którzy chcą pozostać w swych małych ojczyznach na wschodzie Ukrainy i wierzą, że Polska o nich nie zapomni.

Więcej o przylocie Polaków:

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Andrzej Grajewski

Dziennikarz „Gościa Niedzielnego”, kierownik działu „Świat”

Doktor nauk politycznych, historyk. W redakcji „Gościa” pracuje od czerwca 1981. W latach 80. był działaczem podziemnych struktur „Solidarności” na Podbeskidziu. Jest autorem wielu publikacji książkowych, w tym: „Agca nie był sam”, „Trudne pojednanie. Stosunki czesko-niemieckie 1989–1999”, „Kompleks Judasza. Kościół zraniony. Chrześcijanie w Europie Środkowo-Wschodniej między oporem a kolaboracją”, „Wygnanie”. Odznaczony Krzyżem Pro Ecclesia et Pontifice, Krzyżem Wolności i Solidarności, Odznaką Honorową Bene Merito. Jego obszar specjalizacji to najnowsza historia Polski i Europy Środkowo-Wschodniej, historia Kościoła, Stolica Apostolska i jej aktywność w świecie współczesnym.

Kontakt:
andrzej.grajewski@gosc.pl
Więcej artykułów Andrzeja Grajewskiego

Zobacz także

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się