Nowy numer 43/2020 Archiwum

Reguła karczmy

O historii pewnej nocy w gospodzie, dialogu z heretykami i mitach o wędrownym kaznodziejstwie z o. Tomaszem Gałuszką OP, z okazji jubileuszu 800-lecia dominikanów,

Jacek Dziedzina: Ile jest św. Dominika w dominikanach po 800 latach?

O. Tomasz Gałuszka: Nie zadajemy sobie tego pytania. Dominik jest dla nas towarzyszem w drodze, nauczycielem, ale wzorem jest Chrystus. Są takie zakony, gdzie postać założyciela była tak bardzo charyzmatyczna i wielka, że zakonników niejako wkładało się w gotowe „matryce”. U nas nigdy tak nie było.

Dominik nie zostawił też po sobie zbyt wielu pism, żadnej reguły zakonnej. Jezuici mają „Ćwiczenia duchowne” św. Ignacego, a dominikanie?

To, że nie zostawił po sobie pism, pokazuje raczej, jak bardzo był zaangażowany w organizację i dzieło głoszenia. Jego mobilność pokazuje też, że mamy do czynienia z innym modelem świętości. W XIII wieku ludzie zaczynają fascynować się Ewangeliami synoptycznymi, a szczególnie Ewangelią wg św. Mateusza. Odkrywają w niej wartość działania i to, że kontemplacja jest cudowna, ale że Jezus jednak chodził i głosił. Wiek XIII to wiek świętych, którzy wchodzą w nową aktywność. Dlatego Dominik nie pisał zbyt dużo.

Czy istnieje zatem coś takiego jak duchowość dominikańska?

Cóż, 800 lat pokazuje, że dominikanin może mieć w ręku miotłę jak św. Marcin de Porrès, może być św. Tomaszem z Akwinu z piórem w ręce, może być Fra Angelico z pędzlem, a może też trzymać krzyż jak Savonarola albo nawet fiolkę z chemią i wynaleźć substancję światłoczułą, jak św. Albert Wielki. Dominikanin ma zatem różne rzeczy w rękach. Ta różnorodność jest jednak możliwa na pewnym wspólnym fundamencie – to są nasze konstytucje i ściśle określony tekst, który jasno określa granice. To, co tworzy dominikanów, jest produktem połączenia kilku elementów: wspólnoty, rad ewangelicznych, liturgii, studium i obserwancji zakonnych ustalonych w konstytucjach. To wszystko daje nam ogromną wolność.

Już widzę urażonych jezuitów czy franciszkanów: to my niby mniej wolni?

Można się kłócić, co jest lepsze: zupa pomidorowa czy szarlotka. Każde z tych dań jest inne w swym gatunku i takie porównania nie mają sensu. Benedyktyni już w XIII wieku pytali dominikanów: dlaczego tak chodzicie, powinniście zamknąć się w murach i kontemplować. A wtedy dominikanie odpowiadali, że ich motto brzmi: „Kontemplować i dzielić się owocem kontemplacji”.

A dzisiaj dominikanie jakby trochę posłuchali benedyktynów – wędrownych braci kaznodziejów jak na lekarstwo…

Jest sporo mitów z tymi wędrującymi braćmi. Nasze konstytucje w średniowieczu bardzo ściśle określały, jak dominikanin ma głosić. W czasach Dominika i później bracia uważali, że kaznodziejstwo jest tak wielkim zadaniem, iż bracia, którzy szli, musieli być świetnie przygotowani. Nie wysyłano każdego, nie każdy dominikanin mógł iść w drogę. Wędrowne kaznodziejstwo istniało, ale żeby brat mógł iść głosić, musiał mieć renomę i nazwisko o. Jacka Salija, o. Andrzeja Kłoczowskiego czy – spoza dominikanów – na przykład ks. Jerzego Szymika. I to by była ekipa kaznodziejów wędrownych, których można spokojnie puścić w drogę. Najlepiej wykształceni, obyci z życiem. Nie można było wypuszczać kaznodziejów młodych, owszem, radosnych, pobożnych, ale którzy tylko robili wrażenie. Nasi wielcy generałowie, jak np. Humbert de Romans, to jasno mówili, że nie wolno, bo to zagrożenie dla duszy kapłana i ludzi. Już nie mówiąc, że z tego może się zrobić teatr, w którym kaznodzieja zbiera oklaski. A zatem wędrowne kaznodziejstwo z rozwianymi włosami, radosnymi twarzami, poszarpanymi habitami i woreczkiem na plecach to jest mit. Dominikanie byli świetnie przygotowani.

A żebraczy styl życia to też mit?

Ubóstwo nigdy nie było u nas celem samym w sobie, tylko narzędziem, które miało służyć działalności misyjnej. Dominik był realistą, a nie romantycznym braciszkiem. To był człowiek bardzo pobożny, ale mocno stąpający po ziemi. Wiedział, że jeśli zakonnicy i kaznodzieje będą większość swojej energii tracić na zastanawianie się, co mają włożyć do garnka, jak mają wykarmić młodych nowicjuszy i starszych ojców, którzy już nie mogą pracować, to nie będą mogli prawdziwie głosić. Wtedy doszedł do wniosku, że ubóstwo jest ważną obserwancją zakonną, która strzeże i chroni zakonnika przed pokusami, ale nie może stać się celem samym w sobie. Dlatego wspólnoty zakonne powinny mieć zapewnione właściwe środki utrzymania. To dlatego u nas nie było nigdy takich sporów i podziałów jak np. u franciszkanów.

Gdzie kolejne odłamy miały być bardziej radykalne, ubogie?

U nas tylko w XIV wieku były pomysły na ubożuchnych dominikanów, ale to szybciutko zostało sprowadzone do ram zakonnych. Dominik był cudownym realistą i normalnym człowiekiem. Wiedział, że życie z Bogiem jest życiem normalnym. Ten żebraczy charakter był bardzo rozsądny, bardzo umiarkowany. I on stał się później wzorem prawdziwej praktyki ubóstwa, m.in. papież Bonifacy VIII i inni papieże pokazywali dominikanów jako przykład racjonalnego i przykładnego ubóstwa zakonnego: bez bogactwa, ale też bez przesady, bez nędzy.

Zastanawia fakt, że dopiero 4 lata po założeniu zakonu Dominik przekonał się do jakiejś formy ubóstwa. Co takiego się stało?

Zobaczył, że to głoszenie początkowo nie daje żadnych efektów. A przecież dołączył do misji cysterskiej: jeździli wielkim wozem, otwierali go przed ludźmi, głosili słowo Boże. Wszyscy heretycy śmiali się jednak z nich i mówili: jak wy wyglądacie, jesteście bogaci, jesteście zaprzeczeniem Ewangelii. Dominik nie wiedział, o co im chodzi, przecież celem głoszenia miało być tylko to, żeby ci ludzie przyjęli prawdę. I w 1206 r. wspólnie z biskupem Diego z Osmy doszli do wniosku, że trzeba zacząć głosić w sposób ewangeliczny: zostawiamy wszystkie wozy, idziemy do tych ludzi jako ubodzy.

Dlaczego? Żeby Dominik i Diego zaczęli potrzebować tych ludzi. Dotąd to oni dawali ludziom: proszę, bierzcie od nas. A teraz to ci ludzie zobaczyli w Dominiku i Diego kogoś, kto potrzebuje ich pomocy: że jak im nie dadzą jeść, to umrą, jak im nie dadzą dachu nad głową, to nie będą mieli gdzie spać. Dominik po prostu obiektywnie zaczął tych ludzi potrzebować. Już nie był tylko tym, który pięknie i hojnie daje: bierzcie, biedacy, proszę – tylko zobaczył w tych ludziach braci. I tamci też zobaczyli w nich braci. Zaczęli nawzajem siebie potrzebować. To jest kluczowa rzecz w ewangelizacji. Dopóki idziemy do ludzi z nastawieniem: bierzcie od nas, my od was nic nie chcemy, jesteście dla nas nikim – dopóty będzie ciągle dystans. Natomiast ewangelizacja zaczyna się wtedy, gdy stajemy się równi z tymi ludźmi i konkretnie ich potrzebujemy.

Gdy Dominik to zrobił, nagle wszystko ruszyło. Tak samo my bardzo potrzebujemy naszych „heretyków”. Często ewangelizujemy bogatymi środkami: billboardy, nagłośnienie, wszystko wam damy, tylko przyjdźcie do nas. Ale ci ludzie widzą, że my ich w ogóle nie potrzebujemy. My im dajemy rekolekcje przez internet, płyty, książki, ale oni widzą, że my od nich nic nie chcemy. A przecież Chrystus potrzebował tych ludzi, do których przyszedł. Nawet Samarytankę prosił, żeby Mu dała się napić. Ciągle potrzebował ludzi. Ci ludzie widzieli, że On ich rzeczywiście potrzebuje, a nie tylko kokietuje. Pozwolić ludziom biednym sobie pomóc – to jest jeszcze do odkrycia w Kościele.

« 1 2 »
oceń artykuł Pobieranie..

Jacek Dziedzina

Dziennikarz działu „Świat”

W „Gościu" od 2006 r. Studia z socjologii ukończył w Katolickim Uniwersytecie Lubelskim. Pracował m.in. w Instytucie Kultury Polskiej przy Ambasadzie RP w Londynie. Laureat nagrody Grand Press 2011 w kategorii Publicystyka. Autor reportaży zagranicznych, m.in. z Wietnamu, Libanu, Syrii, Izraela, Kosowa, USA, Cypru, Turcji, Irlandii, Mołdawii, Białorusi i innych. Publikował w „Do Rzeczy", „Rzeczpospolitej" („Plus Minus") i portalu Onet.pl. Autor książek, m.in. „Mocowałem się z Bogiem” (wywiad rzeka z ks. Henrykiem Bolczykiem) i „Psycholog w konfesjonale” (wywiad rzeka z ks. Markiem Dziewieckim). Prowadzi również własną działalność wydawniczą. Interesuje się historią najnowszą, stosunkami międzynarodowymi, teologią, literaturą faktu, filmem i muzyką liturgiczną. Obszary specjalizacji: analizy dotyczące Bliskiego Wschodu, Bałkanów, Unii Europejskiej i Stanów Zjednoczonych, a także wywiady i publicystyka poświęcone życiu Kościoła na świecie i nowej ewangelizacji.

Kontakt:
jacek.dziedzina@gosc.pl
Więcej artykułów Jacka Dziedziny

 

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Zobacz także