Nowy numer 43/2020 Archiwum

Dziki półwysep

Półwysep Synaj. To tu, tuż za opłotkami turystycznych kurortów, kwitnie terroryzm spod znaku Państwa Islamskiego.

Wczesnym rankiem 31 października z lotniska najbardziej znanego egipskiego kurortu Szarm el-Szejk wyleciał do Petersburga samolot Airbus A321 rosyjskich linii lotniczych Metrojet. Pasażerami byli wracający z urlopu turyści: Rosjanie, Ukraińcy i Białorusin. Ledwie 22 minuty po starcie samolot rozbił się na półwyspie Synaj, 35 kilometrów od miejscowości el-Arish nad brzegiem Morza Śródziemnego. W tragedii zginęły wszystkie 224 osoby na pokładzie. Niestety, każdy kolejny dzień upływający od katastrofy nie przybliża do wyjaśnienia jej przyczyny, a jedynie mnoży znaki zapytania. W pierwszych godzinach śledztwa najbardziej prawdopodobny był wariant awarii technicznej. Obecnie coraz poważniej bierze się pod uwagę zamach terrorystyczny, szczególnie że odpowiedzialność za spowodowanie wypadku wzięli na siebie terroryści z działającego na Synaju odłamu Państwa Islamskiego. Niezależnie od tego, czy rzeczywiście stali oni za tymi wydarzeniami, faktem jest, że półwysep Synaj, na którego brzegach działają najpopularniejsze egipskie ośrodki wypoczynkowe, to wciąż bardzo niebezpieczne miejsce. Mimo zaangażowania znacznych sił rządowa armia już od prawie pięciu lat nie jest w stanie odzyskać całkowitej kontroli nad tym terenem. Stanowi on dla terrorystów niezwykle wygodny przyczółek, z którego mogą trzymać w szachu zarówno Egipt, jak i Izrael.

Cztery warianty

Badający wypadek rosyjscy i egipscy eksperci biorą pod uwagę cztery możliwe przyczyny rozbicia się samolotu: awarię techniczną, błąd załogi, zestrzelenie airbusa odpalonym z lądu pociskiem lub eksplozję bomby schowanej na pokładzie. Utrudniony dostęp do miejsca wypadku i skąpo udzielane informacje przez władze zainteresowanych krajów sprawiają, że praktycznie z dnia na dzień zmienia się narracja, które okoliczności tragedii są najbardziej prawdopodobne. Raczej wyklucza się popełnienie błędu przez pilotów.

Mieli oni za sobą bardzo dużą ilość wylatanych godzin, a do ostatniego momentu podróży nie zgłaszali kontroli lotów żadnych problemów lub nieprzewidzianych manewrów. Istnieją poważne przypuszczenia, że mimo oświadczenia terrorystów wypadek mógł być spowodowany usterką techniczną. Wicedyrektor linii lotniczych Metrojet Aleksandr Smirnov na specjalnie zwołanej konferencji prasowej już dzień po katastrofie solennie zapewniał: „Absolutnie wykluczamy usterkę techniczną samolotu i absolutnie wykluczamy błąd pilota lub czynnik ludzki”. Kolejne ujawniane informacje o rozbitym Airbusie A321 stoją jednak w sprzeczności z deklaracjami przedstawiciela Metrojet. Wdowa po pilocie powiedziała w rosyjskiej telewizji NTV, że jej mąż w rozmowie telefonicznej przed odlotem martwił się, iż „stan samolotu przedstawia wiele do życzenia”. W 2001 roku doznał on zresztą poważnej awarii. Lądując na lotnisku w Kairze, uderzył ogonem o pas startowy. W historii awiacji były już podobne przypadki, gdy wadliwe naprawy konstrukcji ogona przyczyniały się do katastrof. W 1985 roku w ten sposób rozbił się Boeing 747 linii Japan Airlines, który uległ dekompresji w locie. Zginęło aż 520 osób. Z kolei w 2002 roku analogiczne okoliczności spowodowały wypadek boeinga China Airlines i śmierć 225 pasażerów. Wiele przesłanek wskazuje na techniczne przyczyny wypadku lotniczego, równie dużo poszlak świadczy jednak o dokonaniu zamachu. Głównym dowodem jest wzięcie na siebie winy przez ekstremistyczne ugrupowanie Prowincja Synaj. Nietrudno też znaleźć powód ataku na Rosjan, wszak kilka tygodni temu Władimir Putin zdecydował o bezpośrednim zaangażowaniu w walkę w Syrii swoich żołnierzy i lotnictwa.

« 1 2 3 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama