Nowy numer 44/2020 Archiwum

Choroba Niemiec

Elity RFN traktują imigrantów instrumentalnie, jako narzędzie do budowy nowego porządku społecznego – przekonuje publicysta Tomasz Gabiś w rozmowie ze Stefanem Sękowskim

Stefan Sękowski: Co się dzieje z Niemcami? Brytyjski politolog Anthony Glees nazwał je „państwem hippisów kierujących się uczuciami”. Są nimi?

Tomasz Gabiś: Władzę w mediach, kulturze i częściowo w polityce sprawują pokolenie rewolty ’68 i jego wychowankowie. Ta elita jest w tym sensie „hippisowska”, że jej podejście do polityki, co jest szczególnie widoczne w mediach, cechuje superhumanitaryzm, patologiczny altruizm i przerost moralności. Polityka przesunęła się na lewo, nawet chadeków można dziś nazwać partią centrolewicową. W polityce głównego nurtu prawie zupełnie brakuje dziś odwołania zarówno do konserwatywnych tradycji realizmu i pragmatyzmu, jak i konserwatywnego systemu wartości.

Angela Merkel nie wywodzi się z pokolenia ’68.

Ale wywodzi się ze środowiska lewicowego protestantyzmu. To nurty pokrewne, podzielające socjalistyczne wartości. Należy też wziąć pod uwagę stałe obniżanie się jakości niemieckiej klasy politycznej. Nie ma tu już ludzi formatu Konrada Adenauera czy Willy’ego Brandta. Współcześni niemieccy politycy, łącznie z Angelą Merkel, nie potrafią właściwie rozpoznać przyczyn kryzysów trapiących Europę ani zastosować właściwych środków zaradczych. Ich podejście do tzw. kryzysu imigracyjnego jest całkowicie irracjonalne.

Niemcy od ponad 40 lat mają ujemny przyrost naturalny, brakuje im rąk do pracy.

Absurdem jest przyjmowanie milionów niewykształconych i niewykwalifikowanych osób z odległych kręgów kulturowych, spośród których prawie 20 proc. to analfabeci. Taka imigracja powoduje o wiele wyższe koszty niż zyski. Jeśli chodzi o kwestie demograficzne, to np. burmistrz Goslaru w Dolnej Saksonii ogłosił, że cieszy się z napływu imigrantów, ponieważ liczba mieszkańców miasta kurczy się. Efekt będzie taki, że liczba ludności Goslaru wprawdzie się nie zmieni, ale nie będzie to już ludność niemiecka. Niemiecka lewica i część chadecji od ponad 30 lat rozwijają projekt „społeczeństwa wielokulturowego” i otwarcie mówią, że jego budowie służy właśnie masowa imigracja. Niedawno Daniel Cohn-Bendit i Claus Leggewie, ikony niemieckiej lewicy, opublikowali artykuł, w którym oznajmiają, że masowa imigracja z Afryki i Azji jest narzędziem do zbudowania „nowych Niemiec”.

Czym „nowe Niemcy” miałyby się różnić od „starych Niemiec”?

Mają być wielokulturowe, wielonarodowe, wielorasowe, bez przewodniej kultury i tradycji narodowej, pozbawione składników konserwatywnych, z islamem równoważącym wpływy religii i kultury chrześcijańskiej. Zmianie miałyby ulec styl życia, stosunki społeczne, edukacja. To, co dla jednych jest tylko idealizmem, dla innych jest zimną kalkulacją. Taki układ pozwala stosować zasadę „dziel i rządź” i manipulować różnymi grupami. Ponadto po otrzymaniu praw wyborczych imigranci z reguły głosują na centrolewicę, na cały kartel władzy. To ma zabetonować „na zawsze” dominującą pozycję polityczną owej, jak się ją niekiedy określa, Zielonej Partii Jedności Niemiec.

Wygląda na to, że uchodźcy są przez niemieckie elity traktowani dość przedmiotowo.

Jedni naprawdę wierzą w proimigracyjne slogany i wizję „tęczowego narodu”. Dla innych imigranci to zastępczy proletariat, instrument do przeprowadzenia głębokich zmian społecznych zgodnych z lewicowymi ideałami, dla jeszcze innych to wyłącznie pionki w grze o zachowanie i rozbudowę zakresu władzy. Do tego dochodzi tzw. przemysł imigracyjny i azylowy, czerpiący zyski z „opieki nad imigrantami”.

« 1 2 3 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama