Nowy numer 25/2022 Archiwum

Lekcja łaciny

Do Lichenia zjechali miłośnicy tradycyjnej liturgii z całej Polski. Ćwiczą się w śpiewie, służbie ołtarza i celebracji Mszy swoich rodziców i dziadków.

Jest rano, z kościoła św. Doroty w Licheniu dochodzą śpiewy: najpierw „Kiedy ranne wstają zorze”, później stare polskie pieśni nabożne. Nic dziwnego, w końcu to sanktuarium ma bardzo polski, ludowy charakter. Jednak gdy wchodzę do środka, widzę coś niecodziennego. Ksiądz, ubrany w rzadko dziś wykorzystywany ornat skrzypcowy, stoi przodem do ołtarza, ale jednocześnie tyłem do wiernych. Gdy wierni przestają śpiewać, odwraca się do nich i odmawia modlitwy po łacinie. – To tzw. polska Msza, w jakiej często uczestniczyli nasi dziadkowie i babcie. Czyli Msza św. w nadzwyczajnej formie rytu rzymskiego, ale ze śpiewem ludowym zamiast chorału – tłumaczy mi później wysoki chłopak, który brał udział w liturgii. – „Polska Msza” to dowód na to, że i stara liturgia miewała lokalną specyfikę – dodaje.

Odkurzanie mszałów

Ten chłopak to Dawid Gospodarek. Ma 27 lat, za sobą burzliwą młodość, nawrócił się podczas Przystanku Woodstock. Dziś jest sekretarzem redakcji miesięcznika „List”, a do Lichenia przyjechał na warsztaty tradycyjnej liturgii „Ars Celebrandi”, organizowane przez Stowarzyszenie Una Voce Polonia w trzecim tygodniu sierpnia. Oprócz niego jest tu około 200 uczestników warsztatów. To księża (około 50), ministranci, chórzyści, zwykli wierni świeccy, którzy chcieli poszerzyć swoją wiedzę na temat Mszy św. w nadzwyczajnej formie rytu rzymskiego. – Odkrycie starej liturgii pomogło mi uformować neoficką pobożność. Ta forma Mszy zachwyciła mnie logiką, spójnością, niezwykle bogatą symboliką. Gdy studiowałem dogmatyczne traktaty, odkryłem, że stanowi też idealną katechezę o właściwej relacji Boga i człowieka i o tym, czym rzeczywiście jest Eucharystia – tłumaczy Gospodarek.

Do Lichenia przyjechali przede wszystkim młodzi ludzie, którzy zachwycili się starą formą. Adam z Poznania o „starej Mszy” dowiedział się podczas diecezjalnego kursu ministranckiego. – Usłyszałem wtedy, jak poprawnie powinna być odprawiana liturgia, i byłem w szoku, ile nadużyć występuje w naszych kościołach. Ktoś powiedział coś o nadzwyczajnej formie i chciałem ją poznać. Teraz służę i w jednym, i drugim rycie, do Lichenia przyjechałem, by doszkolić się w ministranturze – opowiada. Jeszcze niedawno taka sytuacja byłaby chyba niemożliwa. Stare mszały odłożono na półki w 1969 roku, w trakcie posoborowej reformy liturgicznej. Tam kurzyły się i powoli odchodziły w zapomnienie. Gdzieniegdzie odprawiano Mszę w starym rycie, choć wymagało to specjalnego pozwolenia biskupa. Nie przejmowali się tym np. lefebryści, dlatego odprawianie mszy w ten sposób kojarzone było przez wielu głównie z kontestacją Soboru Watykańskiego II. Sytuacja zmieniła się w 2007 roku, kiedy Benedykt XVI ogłosił motu proprio „Summorum Pontificum”. Od tego czasu dostęp do Mszy w rycie trydenckim jest o wiele łatwiejszy, teoretycznie wystarczy bowiem, by grupa wiernych poprosiła proboszcza o pozwolenie na odprawianie Mszy św. w formie nadzwyczajnej. I jeśli nie ma ku temu jakichś szczególnych przeciwwskazań, ten powinien na to pozwolić. Dziś Msza św. w formie nadzwyczajnej odprawiana jest, mniej lub bardziej regularnie, w prawie 90 kościołach w całej Polsce – m.in. w katedrze wawelskiej czy bazylice prymasowskiej w Gnieźnie.

Jedna ze wspólnot

Co ciągnie tych ludzi do starej formy? W rozmowach powtarzają się argumenty estetyczne, a także krytyka współczesnego liturgicznego niechlujstwa. Ks. Bartosz Gajerski OPS z parafii Łubno-Opace w diecezji przemyskiej wskazuje przede wszystkim na korzyści duchowe, jakie czerpie z odprawiania Mszy św. w ten sposób. – Sprawowanie Eucharystii w tym rycie nauczyło mnie pieczołowitości – mówi GN. Tacy ludzie tworzą w swoich parafiach lokalne środowiska. Koordynator warsztatów Tomasz Olszyński jest ceremoniarzem w Gdańsku i jednym z liderów tamtejszego Środowiska Tradycji Katolickiej. – Msze święte odbywają się w Gdańsku, Rumi, Gdyni, niedługo ruszają w Sopocie. Ale nasza wspólnota nie spotyka się tylko na Eucharystii. Przykładowo w Gdańsku mamy scholę, wspólnotę ministrantów, duszpasterstwo akademickie czy Żywy Różaniec. Nie zamykamy się w swoim gronie – niedawno z okazji peregrynacji figury MB z Lourdes zaprosił nas proboszcz parafii w Żukowie, innym razem gościliśmy z przygotowaną przez nas Mszą św. na rekolekcjach oazy – opowiada GN. Podobne środowiska funkcjonują też w wielu innych miejscach, choćby w Opolu, Poznaniu czy Bydgoszczy. W niektórych diecezjach – np. w Szczecinie czy we Wrocławiu – miejscowi biskupi ustanowili nawet duszpasterstwa dla miłośników „starej Mszy”. Często funkcjonują podobnie jak inne wspólnoty przy parafiach. – Istnieje ryzyko, że niektórzy wierni mogą utracić kontakt z parafią. Nie powinno tak być, każdy z nich powinien włączać się w życie parafii. Niestety czasami dzieje się tak z powodu duszpasterzy, którzy nie chcą lub nie potrafią stworzyć im przestrzeni działania – mówi ks. Gajerski.

« 1 2 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama