Nowy numer 25/2018 Archiwum

Na linii frontu

O pomysłach z piekła rodem i seksie, który jest Boski, z ks. Robertem Skrzypczakiem rozmawia Marcin Jakimowicz.

Marcin Jakimowicz: Żyjemy na pierwszej linii frontu?

Ks. Robert Skrzypczak: Z całą pewnością. Jesteśmy kolejnym pokoleniem dziedziczącym rewolucję seksualną, która przetoczyła się przez Zachód w 1968 r. Punktem wyjścia tego gigantycznego buntu było zniszczenie wszelkich dotychczasowych autorytetów, punktów odniesienia. Rewolucja ta uderzyła nie tylko w państwo (wysyłające młodych do Korei czy Wietnamu), ale i w instytucję Kościoła, ojca, rodziny. Zaangażowali się w nią na Zachodzie również duszpasterze akademiccy. To oni szli z młodymi na barykady, gdzie propaganda marksistowska mieszała się ze słowami katechizmu. Wykrzykiwano hasła wyzwolenia się spod prawa ograniczeń: „Zakazane zakazywać!”.
 

Polska żyła wówczas „Dziadami” Dejmka i antyżydowską nagonką Gomułki…

Mieliśmy inne problemy. Kościół walczył o przetrwanie, o zachowanie tożsamości w systemie totalitaryzmu. Mam jednak wrażenie, że dziś w Polsce mamy do czynienia z wtórną falą uderzeniową…
 

Dlaczego to atak w rodzinę jest strefą najbardziej krwawych działań wojennych?

Bo rodzina jest pomysłem Pana Boga. Trudno jest uzasadnić jej istnienie, jeśli nie weźmie się pod uwagę biblijnej wizji człowieka. To Bóg stworzył człowieka jako mężczyznę i kobietę.
 

A pierwszym błogosławieństwem, które usłyszał Adam, było: bądźcie płodni i rozmnażajcie się.

Tak! Dlatego haseł: „rodzina”, „małżeństwo”, „wierność”, „nierozerwalność”, „wielopokoleniowość”, „czystość”, „otwarcie na życie”, „hojność” nie można zrozumieć bez tego najważniejszego kontekstu: jesteśmy stworzeni na podobieństwo Boga. Nie mam wątpliwości: przystąpiono do walki z rodziną, by doprowadzić do sekularyzacji. W książce „Wiara i seks” próbuję udowadniać to na faktach. Nie jest tak, jak chciało niegdyś wielu socjologów, że to sekularyzacja doprowadza do rozpadu rodziny. Nie! Jest dokładnie odwrotnie: to rozbicie rodziny ma w efekcie doprowadzić do osłabienia w ludziach wiary, więzi, ufności.

Dlaczego media, alarmujące, że na Kowalskiego, który za kilkanaście lat pójdzie na emeryturę, „nie będzie miał kto pracować”, strzelają sobie w stopę, pisząc bzdury o przeludnieniu?

Im bardziej człowiek gubi Pana Boga i zaczyna służyć wielkiej Bogini Techne, Bogini Dobrobytu, tym bardziej zawężają się mu i wyobraźnia, i perspektywa. To dotyczy wszystkich: poczynając od wielkich tego świata, a kończąc na ojcu, który siada, by zrobić rodzinny budżet. Kiedyś taki człowiek myślał perspektywicznie, dokonywał wyborów, mając na uwadze dobro wnuków. Dziś kompletnie się o tym nie myśli. Liczymy na szybki rezultat, patrzymy na słupki poparcia, prognozujemy do kolejnych wyborów.
 

Krótki dystans…

Liczy się „tu i teraz”. Ważny jest tymczasowy dobrobyt. To zdumiewające: nie widzimy związku między dzisiejszym egoizmem (inwestowaniem, lokowaniem w siebie) a życiem przyszłych pokoleń. Wszystko staje się nietrwałe, kruche, tymczasowe. Młodzi decydując się na związki partnerskie, odkładanie urodzenia dziecka na później, nie wiążą tych decyzji z tym, że przełożą się one na ich bezpieczeństwo ekonomiczne. A przecież „by urosło, trzeba zasiać”! Młodzi ślepo wierzą we wszechpotęgę państwa, w to, że zapewni im ono bezpieczeństwo…
 

Nie zapewni?

Nie. Zapłatą za egoizm jest samotność. Zapłatą za grzech jest śmierć.
 

„Kto chce zachować swe życie, straci je” – powtarza Ksiądz za Jezusem. Kto dziś chce tracić życie? Trwa zabawa… Socjologowie, szukając wspólnego mianownika określającego to pokolenie, mówią: to ludzie uprawiający kult przyjemności.

To prawda. Dlatego Ewangelia jest bombą egzystencjalną. Podbiła ona świat pewną propozycją, która nie była prostą receptą na życie, rodzajem poklepania po ramieniu. Jezus z Nazaretu zaproponował paradoks: jeśli chcesz zachować życie, musisz je stracić. Jeśli chcesz zagarnąć je garściami jedynie dla siebie, pozostaniesz z pustymi rękoma. Cała nasza wiara w Jezusa jest jednym wielkim paradoksem. Do zmartwychwstania dochodzimy przez krzyż. Dzisiejszy człowiek, któremu zatrzaśnięto niebo nad głową i żyje pod betonowym sufitem własnej przewidywalności i możliwości, nie wie już, że „kto sieje w duchu, będzie oglądał życie, kto sieje w ciele – ujrzy śmierć”. To zawsze wiedzieli misjonarze, apostołowie, uczniowie Jezusa, którzy mówili: „Nawróć się od swoich bożków: powodzenia, pieniędzy, zdrówka, czy nawet religijności związanej z zabezpieczeniem swych potrzeb i zaryzykuj. Zainwestuj w Tego, który wrócił z cmentarza, który żyje na wieki”. Jeśli nie mamy tej perspektywy, wszystko się rozsypuje.
 

Dlaczego seks jest sferą tak mocno zawłaszczoną przez Złego? Akt, w którym powstaje życie, stał się najpopularniejszym wulgaryzmem. Konkret: rekolekcjonista pyta gimnazjalistów: „Czy seks jest grzechem?”. „Taaak!” – odpowiada zgodny chórek.

Ludzie często myślą, że zło to znaczy „dobro, ale zakazane”. Tak jak w anegdocie z hrabiną, która jedząc lody, westchnęła: „Szkoda, że lody nie są grzechem, bo byłyby jeszcze smaczniejsze”. Rajcuje nas taka transgresja, przekraczanie granic. Chrześcijański punkt widzenia jest jednak inny. Bóg mówi: „Nie grzesz, czyli… nie rób sobie krzywdy!”. Seks przez lata był obciążony pewnym niezdrowym moralizmem. Seksualność była traktowana po manichejsku, jako dziedzina kategorii B, jako niedowartość. Mówiło się, że sięgają po nią ci, którzy nie potrafią sobie poradzić z własną pożądliwością. Radzono: „By się nie potępić, ożeń się”. Ci bardziej „doskonali”, z bardziej wysublimowaną duchowością, szli do klasztorów czy seminariów. Wykształciła się duchowa klasa A. Dziś zbieramy niestety owoce tego myślenia. Tyle że w rozmowach o seksie przeakcentowaliśmy inne rzeczy; z seksu uczyniliśmy fetysz. I paradoksalnie seks, zamiast być drogą do pełnej samorealizacji człowieka, kochania się, darowania siebie drugiemu, stał się celem samym w sobie, psychoterapią, treningiem własnej sprawności, środkiem do nawiązania kontaktów w korporacjach, sposobem na stres, zabawą. Nic dziwnego, że diabeł mocno w to się wplątał. Żyjemy w epoce, w której toczy się potężna walka między wiarą a ateizmem, Kościołem a anty-Kościołem, Chrystusem a antychrystem.

« 1 2 »
oceń artykuł
  • Moria
    07.08.2015 09:01
    "Seks przez lata był obciążony pewnym niezdrowym moralizmem. (...) Radzono: „By się nie potępić, ożeń się”.

    ks. Robert Skrzypczak
    -----------------------------------

    "Lecz jeśli nie potrafiliby zapanować nad sobą, niech wstępują w związki małżeńskie! Lepiej jest bowiem żyć w małżeństwie, niż płonąć."

    1 List św. Pawła Apostoła do Koryntian 7,9
    doceń 6
  • W temacie
    07.08.2015 11:39
    Środki antykoncepcyjne są jak miecz nierozpajający miłość małżeńską i przez to zadający jej śmierć. Tak sobie myślę, że to rozerwanie przez środki antykoncepcyjne aktu miłości w sensie duchowym i emocjonalnym oraz w sensie prokreacji jest takim rozdwojeniem miłości, po którym ona już nie może przetrwać. W jego wyniku mamy z jednej strony akt seksualny zredukowany do czysto przyjemnościowego zachowania, a z drugiej strony niepowiązaną z tym aktem prokreację.

    Czyli akt, który był kiedyś aktem miłości, oddania, otwartości i daru z siebie, staje się aktem zaspokojenia, coś jak spożycie loda, aktem zamknięcia się na drugiego, na nowe życie. W ten sposób zabija się miłość w jej pełnym wymiarze i zabija się szacunek dla życia.

    No i mamy apoteozę "miłości" romantycznej i seksu, także tego pozamałżeńskiego i homoseksualnego. No i z drugiej strony, bezwzględne podejście do życia wyrażające się aborcją, eutanazją i in vitro.

    Jedyne, co może ochronić człowieka, to tak naprawdę miłość, przede wszystkim rodziców. Jeśli jednak aktowi poczęcia nie towarzyszy miłość, to życie nie będzie chronione.
    doceń 3
  • Krzysztof
    07.08.2015 11:41
    Uwaga: zdjęcie jest mylnie podpisane (chodzi o imię autora książki!)
    doceń 0
  • doświadczony
    07.08.2015 14:55
    Muszę ks Skrzypczaka w jednym, ale bardzo istotnym punkcie, sprostować. To nie rewolucja seksualna była przyczyną demoralizacji i rozpadu rodziny, ale ... PIGUŁKA.

    Do niedawna też myślałem, że rewolucja seksualna spowodowała demoralizację, zanik wiary, praktyk religijny i życia sakramentalnego, egoizm, zamykanie się na życie ... Statystyki pokazują jednoznacznie, że było dokładnie na odwrót

    Praprzyczyną jest mentalność antykoncepcyjna spowodowana użyciem antykoncepcji. Jeśli się przyjrzeć statystykom dotyczącym Niemiec i Austrii, krajów podobnych, to okazuje się, że w samym początku lat 60tych nastąpiło gwałtowne, wręcz dramatyczne, załamanie urodzeń:
    https://de.wikipedia.org/wiki/Pillenknick (1960 to rok wprowadzenia na rynki "pigułki")

    To jest drastyczne załamanie urodzin właśnie w latach 1960 - 1962, czyli zaraz po wprowadzeniu "pigułki", a jeszcze przed lewackimi ekscesami i rewolucją seksualną wiązaną z rokiem 1968.

    Z tych danych wynika, że rewolucja seksualna była spowodowana mentalnością antykoncepcyjną, a nie na odwrót. Rewolucja seksualna trochę przyśpieszyła spadek urodzeń Niemczech, ale tylko trochę! Ten gwałtowny spadek został zatrzymany potem na dzisiejszym poziomie urodzeń i nigdy się tak naprawdę nie odbił.

    Ciekawe jest zestawienie tego z faktami dotyczącymi religijności. Od lat 60 zaczął się gwałtowny spadek uczestnictwa we mszy świętej - spadek 5cio krotny. Oczywiście wtedy szalał też tzw. "Duch Soborowy", czyli nadużywanie soboru do różnych celów. Ale koincydencja jest jednoznaczna.

    A dzisiaj mamy
    - masową aborcję (także przez pigułki wczesnoporonne)
    - gender (jeśli seks to tylko przyjemność, nie prokreacja, to czemu nie zmienić ról, nie spróbować homo, ply...)
    - in vitro (skoro seks odłączono od prokreacji, to czemu nie dzieci z próbówki?)
    - masowe rozwody
    - rozprzestrzenianie się chorób wenerycznych.


    Kiedyś myślałem, że encyklika Humane Vitae była prorocza. Nie, ta encyklika była o parę dekad spóźniona pewnie ze względu na znane wewnątrz-kościelne sprzeciwy. Anglikanie już w roku 1910 się na ten temat wypadali negatywnie. Potem niestety zmienili zdanie.

    Tak, czy tak, jeśli chcemy przetrwać jako naród i jako chrześcijanie, to trzeba wrócić do tej spóźnionej, ale niesłychanie ważnej encykliki!!! Bez tego nic się nie uda!!! Ani zmaganie z genderyzmem, ani z aborcją, ani ze spadkiem przyrostu naturalnego, ani z rozwodami, ani z życiem bez zobowiązań w konkubinacie, ani ...
    doceń 5

Ze względów bezpieczeństwa, kiedy korzystasz z możliwości napisania komentarza lub dodania intencji, w logach systemowych zapisuje się Twoje IP. Mają do niego dostęp wyłącznie uprawnieni administratorzy systemu. Administratorem Twoich danych jest Instytut Gość Media, z siedzibą w Katowicach 40-042, ul. Wita Stwosza 11. Szanujemy Twoje dane i chronimy je. Szczegółowe informacje na ten temat oraz i prawa, jakie Ci przysługują, opisaliśmy w Polityce prywatności.

Zamieszczone komentarze są prywatnymi opiniami ich autorów i nie odzwierciedlają poglądów redakcji