Nowy numer 43/2020 Archiwum

Ocalona

Mama ją odrzuciła. Najpierw wzięła pigułkę. Potem chciała ją usunąć operacyjnie. Urodziła się ze zdeformowanym ciałem. Dzisiaj jest już emerytką. W jej opowieści uderza spokój i wielkie zawierzenie.

Październik ubiegłego roku. Helena Ciempka wybrała się do sanktuarium Bożego Miłosierdzia w Łagiewnikach na zjazd Bractwa Szkaplerznego. Przy okazji chciała też odwiedzić znajomą siostrę zakonną. W drzwiach klasztoru wpadają na siebie z Mary Wagner, obrończynią życia z Kanady. – Dziękuję za to, co pani robi, wspieram ruch obrony życia. Sama jestem niedokończoną ofiarą aborcji – wyznaje Helena. Urodziła się jako najmłodsza, dziewiąta z rodzeństwa. Gdy na przełomie roku 1952 i 1953 matka czuła, że może być w ciąży, wzięła pokątnie kupioną tabletkę poronną. W latach 50. dopiero zaczynały się próby kliniczne nad nią. Nikt nie mógł powiedzieć, jak zadziała. Heleny nie zdołała zabić. Zdeformowała ją natomiast zewnętrznie i naznaczyła. To jednak dopiero początek całej historii, którą sama główna bohaterka poznawała stopniowo. – Prawa ręka to całkowita proteza – mówi i na dowód tego stuka w drewniany stolik. Lewa ręka od góry do łokcia jest naturalna. Od łokcia w dół brakuje kości promieniowej. Nie mogły się tam rozwinąć żadne mięśnie. – Jednocześnie rosła kość przedramienia, wskutek czego z ręki robiła mi się taka kołyska – pokazuje. Żeby mogła się nią w miarę sprawnie posługiwać, potrzebnych było aż sześć operacji rekonstrukcyjnych. Operowany miała również obojczyk, bo inna kość rosła tak niefortunnie, że mogła negatywnie wpłynąć na normalne poruszanie się. Pewnie ani połowa z tych medycznych spraw nie doszłaby do skutku, gdyby nie stryj z Warszawy, ważny urzędnik w resorcie zdrowia.

Odrzucona

Zaraz po urodzeniu w szpitalu w Dąbrowie Górniczej bardzo krzyczała. – Nawet lekarz był zdumiony, że niekompletny zewnętrznie organizm, a taka siła w nim drzemie – śmieje się pani Helena. Szybko jednak poważnieje i zaczyna dalej opowiadać. – Gdy pielęgniarki pokazały mnie mamie, pierwszą reakcją była prośba do lekarza, czy nie mógłby mnie jakoś zlikwidować. Lekarz obruszył się i odpowiedział, że nie ma mowy, bo ten zdrowy, donośny krzyk niemowlaka chodziłby za nim do końca życia. Miesiąc spędziła w inkubatorze. Lekarz miał koleżankę pediatrę, która pracowała w domu dziecka w Częstochowie.

Widząc zachowanie matki, jej całkowitą niechęć do dziecka, załatwił tam miejsce dla dziewczynki. Trzeba było tylko troszeczkę poczekać. – Do tego czasu lekarz nakazał zabranie mnie do domu. Matkę ostrzegł bardzo poważnie, że jeśli dziecku coś się stanie, to będzie wiedział, że to ingerencja osób trzecich i zawiadomi organy ścigania – opowiada pani Helena. Drugi miesiąc swojego życia spędziła w domu rodzinnym, chociaż w rozmowie nie nazwała go tak ani raz. Potem matka z ojcem wczesnym rankiem, żeby nikt nie widział, zawieźli ją do Częstochowy. Kilka miesięcy później matka rozpuściła informacje, że jej najmłodsze dziecko zmarło. Tajemnicę znali tylko rodzice i siostry Heleny. W ośrodku, w którym przebywała, prawo pozwalało przebywać dzieciom tylko do czwartego roku życia. Ją trzymano sześć lat, naginając przepisy. Wspomniana lekarka z domu dziecka zorganizowała dla niej dom ze szkołą podstawową u sióstr miłosierdzia, też w Częstochowie.

« 1 2 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama