Nowy numer 42/2020 Archiwum

Eksperci: Nie spieszmy się z przyjęciem euro

Przyjęcie euro powinno nastąpić dopiero po wzmocnieniu polskiej gospodarki, żeby nie doprowadzić do zmniejszenia jej konkurencyjności, wzrostu cen, bezrobocia i podatności na globalne kryzysy - zgodzili się podczas środowej debaty w Warszawie eksperci rynku pracy i ekonomiści.

Szybkie przyjęcie euro może spowodować gwałtowne pogorszenie się konkurencyjności polskiej gospodarki, która opiera się na niskich kosztach pracy i płacach, a wzrost cen może nie nadążyć za wzrostem płac - podkreślono podczas debaty "Strefa euro a rynek pracy w Polsce", zorganizowanej przez Centrum Partnerstwa Społecznego "Dialog" i Instytut Pracy i Spraw Socjalnych.

"Jeśli ujednolicenie cen i płac nastąpi po wprowadzeniu euro, a doświadczenie innych państw podpowiada, że tak się stanie, to nasza konkurencyjność obniży się. Krótko mówiąc, może to przełożyć się na zwiększenie nierównowagi zewnętrznej z negatywnymi konsekwencjami dla rynku pracy" - mówił prof. Eugeniusz Kwiatkowski z Uniwersytetu Łódzkiego.

Zdaniem Kwiatkowskiego, przyjęcie euro mogłoby wyeliminować ryzyko zmian kursu walut i zmniejszyć koszty kredytu ze względu na niższe stopy procentowe w strefie euro. To z kolei mogłoby spowodować zwiększenie zatrudnienia. Zwrócił jednak uwagę, iż nie jest to pewne, ponieważ zmienianie kursu euro jest niemal niemożliwe, co zwiększa podatność naszej gospodarki, a szczególnie rynku pracy, na wstrząsy i kryzysy ekonomiczne.

"Polska gospodarka nie przeszła kryzysu lat 2008-2009 tak gwałtownie. Myślę, że m.in. dzięki temu, że w tym okresie nastąpiło bardzo silne osłabienie złotówki. Doświadczenie to pokazuje, że w pewnych sytuacjach mechanizm zmiany kursu własnej waluty może w dużej mierze pomagać gospodarce" - powiedział.

Prof. Uniwersytetu Warszawskiego i poseł Prawa i Sprawiedliwości Jerzy Żyżyński zgodził się z Kwiatkowskim, że przyjęcie euro po cenie rynkowej może negatywnie odbić się na rynku pracy przez wzrost cen, za którymi nie nadąży wzrost płac. Zauważył też, że kluczową kwestią jest to, po jakim kursie nastąpi zmiana waluty. Jego zdaniem wymiana złotówek na euro powinna nastąpić po tzw. kursie parytetu siły nabywczej (wynikającego z różnic w cenach podstawowych towarów), który jest znacznie korzystniejszy - nieco ponad 2 złote za euro, podczas gdy kurs rynkowy wynosi ok 4,2 zł do euro.

"Oczywiście wejdziemy na podstawie kursu rynkowego. To znaczy, że ilość euro, jakie dostaniemy, będzie mniej więcej dwa razy mniejsza, niż gdybyśmy wchodzili po kursie parytetowym. Stawiam więc tezę, że moglibyśmy przejść na euro dopiero wtedy, kiedy oba kursy zbliżą się do siebie, a to może nastąpić tylko w drodze naturalnego umocnienia gospodarki" - dodał Żyżyński.

Prof. Tomasz Gruszecki z Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego mówił, że niebezpiecznym byłoby przystępowanie do unii walutowej w jej obecnym stanie, ponieważ jest ona niekompletna i oparta przede wszystkim na politycznym dążeniu do przyspieszenia integracji europejskiej. Jego zdaniem niemożliwe jest budowanie stabilnej strefy euro bez unii fiskalnej, czyli wspólnego unijnego budżetu.

"Praktycznie uniemożliwia to pokrycie pieniądza podatkami, które są oddzielnie zbierane przez państwa członkowskie. Budżet Unii Europejskiej to tylko 1 proc. jej PKB. Po drugie: Europejski Bank Centralny (EBC) nie jest w pełni bankiem centralnym, ponieważ nie może on kredytować zagrożonych banków" - zaznaczył Gruszecki.

Gruszecki przekonywał też, że wspólna waluta stwarza duże ryzyko nierównowagi pomiędzy państwami, ponieważ odbiera ich bankom centralnym możliwość emisji i wpływania na jej kurs. Dlatego unia walutowa powinna być, jego zdaniem, uzupełniona unią polityczną, bankową oraz wspólnym budżetem. Dodał jednak, że w dającym się przewidzieć czasie klasy polityczne państw europejskich nie zgodzą się na tak dalekie ograniczenie swojej suwerenności.

Zagrożenia dla rynku pracy - według Kwiatkowskiego - można w pewnym stopniu wyeliminować jeszcze przed przystąpieniem do strefy euro. Zarekomendował on m.in. przestawienie z niskich kosztów zatrudnienia na elastyczny czas pracy i podaż siły roboczej. Dodał, że należy przede wszystkim zredukować liczbę umów na czas określony, zleceń i samozatrudnienia, ponieważ nie dają one możliwości rozwoju pracowników.

Kwiatkowski postulował też zmniejszenie różnic na rynku pracy, wynikających z istnienia mniej i bardziej stabilnych form zatrudnienia, zwiększenie zasięgu, ale przede wszystkim efektywności polityki państwa na rynku pracy, oraz oparcie konkurencyjności naszej gospodarki na jakości i innowacyjności produkcji oraz na badaniach i rozwoju.

« 1 »

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama