Nowy numer 42/2020 Archiwum

Siły czerpię z modlitwy

O trudnej drodze do prawdy, która trwa już 5 lat, z Ewą Błasik rozmawia Agata Puścikowska

Agata Puścikowska: Co utkwiło Pani najmocniej w pamięci po katastrofie smoleńskiej?

Ewa Błasik: Pamiętam, że gdy czekałam na ciało męża na lotnisku, wojskowi, personel lotniska, przyjaciele, rodzina, wszyscy, którzy mnie otaczali tego dnia, byli przekonani, że tupolew lecący do Smoleńska nie miał prawa tak po prostu spaść i się rozbić. Mówili wręcz o zamachu, a to potwierdzało moje wewnętrzne przeczucia. Podobnie myślała część społeczeństwa. Zewsząd słychać było pytanie: co się naprawdę stało? Jednak na tę dość zdroworozsądkową reakcję szybko zaczęła nakładać się narracja polskiej strony rządowej. Już 10 kwie- tnia 2010 r. politycy partii rządzącej rozsyłali między sobą SMS-a o treści: „Katastrofę spowodowali piloci, którzy zeszli we mgle poniżej 100 m. Do ustalenia pozostaje, kto ich do tego zmusił”. Ta SMS-owa „instrukcja” miała za zadanie obciążyć polską stronę już w dniu katastrofy. Dla rządzących wszystko było proste i jasne. Wszyscy, którzy podawali tę narrację w wątpliwość, szukali prawdziwego wytłumaczenia przyczyn katastrofy, zostali nazwani sektą smoleńską. Kto chce być w sekcie? Nikt. Dlatego wielu z Polaków uwierzyło w...
 

...brak profesjonalizmu polskich pilotów.

Właśnie. I cóż z tego, że kapitan Protasiuk miał doskonałą opinię, a cała załoga to byli dobrze wyszkoleni lotnicy? Już nie żyją. Nie mogą się bronić. Podobnie jest z moim mężem, który był tylko pasażerem, jednym z wielu gości zaproszonych na pokład tego samolotu. W wyniku długiej oszczerczej kampanii został zniesławiony i ciężko obrażony. Zbrukany został honor munduru naszych lotników. Mój mąż zawsze godnie reprezentował swój kraj. A podróż do Katynia w jego sercu miała szczególne miejsce, leciał tam z zamiarem modlitwy i oddania należnej czci i hołdu bestialsko zabitym jego poprzednikom. Mój Andrzej na pokładzie tupolewa z całą pewnością był wsparciem, a nie obciążeniem dla załogi. Zawsze stawał w obronie swoich pilotów i wymagał od nich przestrzegania procedur bezpieczeństwa. Krytykował polityków ze wszystkich opcji za próby wywierania presji na personel lotniczy. To bardzo przykre, że po oczyszczeniu mojego męża z bezpodstawnych zarzutów nikt z rządu do tej pory oficjalnie go nie zrehabilitował.

Pod koniec marca prokuratura wojskowa ponownie stwierdziła, że winni byli piloci.

Zupełnie mnie to przybiło. Ubolewam, że w obecnej chwili, gdy już bardzo dużo wiadomo o przebiegu katastrofy, wraca się do retoryki oskarżania pilotów. Prokuratura wojskowa winą za katastrofę obarczyła pilotów, a jednocześnie nie zakończyła śledztwa. To jakaś niekonsekwencja. Poza tym wszystko, co mówiono, to niemal kopia raportu Millera, który powiela raport Anodiny. Wniosek jest prosty: polscy prokuratorzy wojskowi przychylają się do raportów, które nie bronią się naukowo, są niespójne i nieprawdopodobne. Raporty nie wyjaśniają merytorycznie wielu kwestii. Choćby nie odpowiadają na bardzo ważne pytanie: dlaczego samolot, podchodząc do lądowania, zniżał się w przeraźliwie szybkim tempie. Wciąż nieuczciwie podaje się, że piloci chcieli lądować. Tymczasem zapis z czarnej skrzynki wyraźnie świadczy o tym, że piloci mówili o odejściu na drugi krąg. Próbowali podnieść maszynę, ale ona spadała trzy razy szybciej niż powinna. Dlaczego w końcu nikt nie oskarża strony rosyjskiej o to, że nie zamknęła lotniska? Przecież w fatalnych warunkach pogodowych lotnisko powinno być zamknięte. Pytań jest bardzo wiele. Należy dochodzić do prawdy. Gdy rok temu potwierdzono, że mój mąż nie był w kokpicie, nie był też pod wpływem alkoholu, zaczęłam odzyskiwać nadzieję, że prawda o katastrofie zacznie się powoli wyłaniać. Teraz mam wątpliwości, czy to nastąpi. A bolesne wspomnienia z roku 2010 wracają na nowo.
 

Była Pani w Smoleńsku zaraz po katastrofie?

Nie. Byłam gotowa do wylotu, jednak wiele osób odradzało mi tę podróż. Jako żona pilota nieraz stykałam się z katastrofami lotniczymi. Wiedziałam, że dla rodzin ofiar to wielka trauma: ciała bliskich są zwykle bardzo uszkodzone. Nie żałuję tej decyzji. Przyszłość pokazała, że Rosjanie i tak by mi niczego nie wyjaśnili. Wielu rodzinom ofiar nie pokazywano nawet ciał bliskich. To, że nie pojechałam, oszczędziło mi dodatkowego bólu i emocji z tym związanych. Zresztą ciało mojego męża (wersja oficjalna) zostało zidentyfikowane bardzo późno i przyjechało do Polski dopiero 23 kwietnia. I szybko rozpoczęło się tworzenie scenariusza, w którym to mój mąż miał odpowiadać za katastrofę. Już podczas pogrzebu 28 kwietnia na Powązkach doszło do skandalu. Minister obrony narodowej Bogdan Klich w mowie nad trumną zwrócił się do męża słowami: „Drogi Andrzeju, mieliśmy się spotkać ponownie w innych okolicznościach. 3 maja miałeś otrzymać kolejną gwiazdkę. Tę, która ci się należała! Miałeś być generałem broni ze względu na to, co zrobiłeś w ciągu swojej kadencji”. Wszyscy byli zaszokowani, bo wiedzieli, że mój mąż od trzech lat był już generałem trzygwiazdkowym!
 

Może zwykła pomyłka, przeoczenie?

Minister obrony jest na pogrzebie swojego generała i nie zna jego stopni wojskowych? Nie mam wątpliwości, że to był wyrafinowany początek publicznej próby zdyskredytowania mojego męża. Kolejne kroki, czyli oskarżenie o naciski na pilotów, a potem rzekomy alkohol, dopełniły całości. W okresie komunizmu niepisaną zasadą w armii było to, że w sytuacji katastrofy lotniczej oskarżało się nieżyjącą załogę. Aby żyjących, często winnych, nie pociągać do odpowiedzialności.

« 1 2 3 4 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama