Nowy numer 43/2020 Archiwum

Niedokończona żałoba

O skutkach katastrofy smoleńskiej z Janem Ołdakowskim, dyrektorem Muzeum Powstania Warszawskiego rozmawia Piotr Legutko

Piotr Legutko: Podobno Paweł Kowal był przekonany, że wsiadł Pan na pokład samolotu lecącego do Smoleńska.

Jan Ołdakowski: Mam do dziś w biurku pismo Władka Stasiaka, szefa Kancelarii Prezydenta, zapraszające na pokład samolotu. Miałem lecieć nim wraz z Leną Cichocką i Dariuszem Gawinem. Minister Maciej Łopiński poprosił jednak, by ktoś z muzealników zrobił miejsce rodzinom zamordowanych w Katyniu. Ponieważ trzy lata wcześniej byliśmy już z prezydentem Lechem Kaczyńskim na podobnej uroczystości, zrezygnowaliśmy wszyscy. Lecieliśmy wówczas tym samym tupolewem, pamiętam bardzo nieprzyjemne wrażenie przy lądowaniu w Smoleńsku, obijania o betonowe płyty, którymi jest ono wyłożone. Gdy dotarł do mnie 10 kwietnia rano pierwszy SMS, że jest jakiś problem z samolotem, przypomniałem sobie tamto wrażenie sprzed lat i pomyślałem, że może doszło do jakichś problemów przy lądowaniu. Dzwoniłem więc rano na wszystkie możliwe numery i z wrażenia wyszedłem na taras. Wtedy zobaczyłem, że z sąsiedniego domu macha do mnie siostra. Właśnie dzwoniła do niej z kondolencjami żona Pawła Kowala. Siostra odpowiedziała, że z tego, co widzi, to  Jankowi nic nie jest. W ten sposób Paweł dowiedział się, że nie poleciałem do Smoleńska.
 

Jak można opisać tamtą stratę? Same liczby niewiele mówią, bo przecież każda z ofiar to osobna historia, a wszyscy to wspaniali ludzie, którzy pozostawili po sobie ogromną pustkę.

Oglądałem niedawno w telewizji amerykański serial „Pozostawieni”. Akcja zaczyna się, gdy z niewyjaśnionych do końca powodów z powierzchni Ziemi znika nagle 2 proc. populacji. USA pokazane są z perspektywy małego miasteczka, bo tu widać, jak wielkie zniszczenia poczyniła ta katastrofa we wszystkich wymiarach życia.

Oglądając film, zrozumiałem, że jest on także o Polsce po Smoleńsku. O traumie i jej skutkach. O tym, jak nie jesteśmy gotowi na pewne sytuacje i jak trudno się z nich wychodzi. W serialu też są ludzie, którzy domagają się, by o wszystkim zapomnieć i żyć jak dawniej. Są i inni, którzy wierzą w mistycyzm tej sytuacji, a jedni z drugimi kompletnie nie potrafią się porozumieć. Problemów pojawia się wiele, a najgorszym ze sposobów na ich rozwiązanie jest przyjęcie założenia, że nic nadzwyczajnego się nie stało.
 

Od początku porażał symboliczny wymiar tragedii z 10 kwietnia 2010 r. Data, miejsce, powód, dla którego leciała tam polska delegacja. Prymas Glemp powiedział wtedy: „Otworzyło się nasze okno do wieczności”.

Myślę, że gdyby to nie był Katyń, to miejsce, ten czas i tak dramatyczne okoliczności, to pewnie nie byłoby i Wawelu jako miejsca wiecznego spoczynku prezydenta. Bo w jakimś sensie Wawel został wybrany po to, by hołd dla pary prezydenckiej był dopełnieniem hołdu dla pomordowanych oficerów, który miał im być oddany 10 kwietnia.
 

Paradoks polega na tym, że prezydent leży na Wawelu, a zarazem stał się persona non grata dla wielu Polaków. Został w pewnym sensie „sprywatyzowany”.

Lech Kaczyński nie jest niestety wspólny, bo używa się go do walki politycznej. Myślę, że za radnymi Bydgoszczy długo będzie się ciągnęła ta wstydliwa historia, że najpierw nazwali jego imieniem most, a potem tę decyzję zmienili. To było małostkowe, bo przecież nie chodziło o śp. prezydenta, chcieli po prostu dopiec politycznej konkurencji. Powinniśmy zachowywać Lecha Kaczyńskiego we wdzięcznej pamięci, bo był głową państwa, a nie dlatego, że na niego głosowaliśmy, albo mimo to, że nie głosowaliśmy. Wspominając go jako prezydenta Rzeczypospolitej, który zginął w spektakularnych okolicznościach, składając hołd ofiarom Katynia niejako w imieniu każdego z nas.
 

Wielu ludzi tak tego nie widzi. I wciąż domagają się, byśmy Smoleńsk opisywali wyłącznie w kategoriach katastrofy lotniczej, a Lecha Kaczyńskiego wspominali jako jednego z braci, liderów PiS.

Olbrzymim dramatem dzisiejszej Polski jest to, że pięć lat temu nie udało nam się godnie zamknąć żałoby, właściwie przeżyć tej śmierci, dopełnić wspólnotowego rytuału, który by nas zjednoczył. Z jednej strony byli ci, którzy chcieli to jak najszybciej zakończyć – jak widać za szybko. Z drugiej ci, którzy nie chcieli z tej żałoby w ogóle wychodzić. A przecież obie te drogi są błędne. Należało koniecznie znaleźć język i formę, w jakiej można by się z ofiarami katastrofy pożegnać.
 

Taki język i forma były – przez kilka dni po katastrofie – na Krakowskim Przedmieściu.

Ludzie mieli wtedy autentyczne poczucie, że są uczestnikami narodowej żałoby. Że nie tylko oddają hołd pasażerom tupolewa, ale i Polsce, czyli w pewnym sensie samym sobie. Że biorą udział w pewnym przeżyciu wspólnotowym, godnym i wzniosłym, będąc razem.

« 1 2 3 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama