Nowy numer 42/2020 Archiwum

Trzęsienie ziemi

Widział ją po raz pierwszy. Uklękła i powiedziała: „Znam księdza. Pokazał mi księdza Pan Jezus”. Nastała kłopotliwa cisza. Zakłuło go serce? Zimny pot oblał mu plecy? Przeraził się? Musiał rozeznać, czy ta ruda piegowata zakonnica jest wariatką, czy… świętą.

To było jedno najważniejszych spotkań w historii świata. Choć stało w cieniu rokowań pokojowych i odbywających się w świetle kamer politycznych rozmów na szczycie, to właśnie tu, w lichym konfesjonale przy wileńskiej ulicy Senatorskiej 25 (dziś Grybo 29), dokonywały się przełomy i zapadały niezwykle ważkie decyzje dotyczące przyszłości świata.

Czwartek 1 czerwca 1933 roku. Prawdopodobnie wtedy. Wszystko na to wskazuje. To właśnie w czwartki do drewnianych chatek, w jakich mieszkały siostry Matki Bożej Miłosierdzia, przychodził „spowiednik zwyczajny”. Skromny, urodzony na Wileńszczyźnie 45-letni ks. Michał Sopoćko. Przyszedł i tego dnia. Na jego widok jedna z sióstr (28-letnia, średniego wzrostu, ruda, piegowata, w wileńskim klasztorze zaledwie od tygodnia) dostała rumieńców. Była wyraźnie poruszona. Rozpoznała go, choć widziała tego księdza po raz pierwszy w życiu. Była podekscytowana, a siostry, które to zauważyły, z pewnością zaczęły ją strofować.
 

Ja już księdza… widziałam

Zakonnica, która przed tygodniem zjechała tu z Krakowa, podeszła do konfesjonału. To była jej pierwsza spowiedź w klasztorze na Antokolu. Uklękła i drżącym głosem wyszeptała: „Znam księdza od dawna. Pokazał mi księdza dwukrotnie sam Pan Jezus”. Co poczuł ks. Michał? Jakie myśli rozsadzały mu głowę, gdy słyszał dosadne: „Jezus powiedział mi o księdzu: »Oto wierny sługa mój, on ci dopomoże spełnić wolę moją tu, na ziemi« i zapewnił mnie, że to ksiądz właśnie ma ogłosić światu o miłosierdziu Bożym”. Nastała kłopotliwa cisza? Zakłuło go serce? Zimny pot oblał plecy? Przeraził się? Potraktował opowieści jako historyjkę osoby nawiedzonej, w potocznym, nie dosłownym znaczeniu tego słowa?

Miał niewiele czasu, by rozeznać, czy osoba, która mówi: „Opowiedział mi o księdzu Jezus”, postradała zmysły, czy jest rzeczywiście Tą-która- -rozmawia-z-Najwyższym.

Był rozdarty – to wiemy na pewno. „Zwróciła moją uwagę na siebie niezwykłą subtelnością sumienia i ścisłym zjednoczeniem z Bogiem – wspominał po latach. – Przeważnie nie było materii do rozgrzeszenia, a nigdy nie obraziła Boga grzechem ciężkim. Już na początku oświadczyła mi, że zna mnie od dawna z jakiegoś widzenia, że mam być jej kierownikiem sumienia i muszę urzeczywistnić jakieś plany Boże, które mają być przez nią podane. Poddałem ją pewnej próbie, która spowodowała, że za pozwoleniem przełożonej siostra Faustyna zaczęła szukać innego spowiednika. Po jakimś czasie powróciła do mnie i oświadczyła, że zniesie wszystko, ale ode mnie już nie odejdzie”.

Pełen wątpliwości ks. Sopoćko zamierzał nawet zrezygnować z funkcji spowiednika zgromadzenia. Nikomu nie pisnął o tym słówka, był więc zdumiony, gdy podeszła do niego Faustyna, by… odwieść go od tej decyzji. Zrozumiał, że ta siostra widzi i czuje więcej niż pozostałe mieszkanki klasztoru. Zgodził się zostać jej kierownikiem duchowym. Decyzja ta była prawdziwym skokiem w ciemność, wejściem na niezwykle grząski teren.

 

Dlaczego ja?

Na początku nie uwierzył – przyznawał się do tego otwarcie. Wątpliwości rozsadzały mu głowę, a zdrowy rozsądek dyktował surowe reguły. Czy słyszał agresywne kpiny podejrzliwych sióstr, które nie dostrzegały w pracującej w ogrodzie Faustynie zapowiedzi „najpopularniejszej świętej naszych czasów” i „największej mistyczki XX wieku”? Lubiła opowiadać o duchowości, wcielać się w rolę kierowniczki duchowej, co bardzo drażniło siostry. Nazywały ją nawet ironicznie „królewną”, na co Faustyna odpowiadała: „Owszem, jestem królewną, bo płynie we mnie królewska Krew Chrystusa”.

„Drażniła mnie długa spowiedź siostry Faustyny i jej słodka mina, z jaką po niej wracała” – opowiadała bez owijania w bawełnę s. Wiesława Effenberg. Ksiądz Michał wyjaśniał po latach: „Siostra Faustyna powiedziała, że mam głosić światu o miłosierdziu Bożym. Nie przywiązywałem do tego powiedzenia żadnego znaczenia i nie traktowałem tego poważnie”. „Częściowo nie dowierzałem, zastanawiałem się, modliłem i badałem, jak również radziłem się kilku kapłanów światłych, co czynić, nie ujawniając, o co i o kogo chodzi” – wspominał błogosławiony.

Dlaczego spotkało to właśnie mnie? – musiał zadawać sobie to pytanie. Miał za sobą 19 lat kapłaństwa, kończył pisać rozprawę habilitacyjną z teologii pastoralnej, sporo widział. Oszczędność, zwięzłość, asceza, delikatny uśmiech – to cechy, które wymieniają na jednym oddechu ci, którzy znali go osobiście. Był wyciszony, niemal nieobecny. Nie dbał o siebie, zajmował ostatnie miejsca. Jak można tak ubogo mieszkać? − dziwili się odwiedzający jego wileński, a później białostocki pokój.

Ksiądz Michał zdawał sobie sprawę, że zaufanie słowom prostej siostry drugiego chóru byłoby szaleństwem. Albo odpowiedzią na Jezusowe: „Wypłyń na głębię”. W czasie spowiedzi spokojnym głosem powiedział: „Siostro, konieczna jest konsultacja u lekarza psychiatry. Proszę jednak nie zniechęcać się i wszystkie swe wizje opisywać szczegółowo”. Tak powstał „Dzienniczek”, najbardziej rozchwytywana lektura duchowa świata. Napisała go prosta uboga dziewczyna, która pytając, dlaczego przez tak kruchą osobę Bóg chce objawić prawdę o niezmierzonych głębiach swej miłości, usłyszała: „Córko Moja, właśnie przez taką nędzę chcę okazać moc miłosierdzia swego”.
 

Jego słowa są słowami Moimi

Faustyna posłuchała spowiednika i wykonała upokarzające polecenie: poszła do psychiatry. Badająca ją dr Helena Maciejewska wydała niezwykle pochlebną opinię: ta siostra nie jest psychicznie chora.

« 1 2 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama