Nowy numer 30/2021 Archiwum

Trzeba iść do Galilei

O wielkiej nadziei, głodzie nieba oraz życiowym pustym grobie, który prowokuje dobre działania, z ks. prof. Dariuszem Kowalczykiem rozmawia Agata Puścikowska.

Tu również nie chodzi tylko o uczucia. Wolę używać pojęcia „widzieć sercem”, „rozumieć sercem”, bo jest pełniejsze. Kiedy czytamy o spotkaniach ze Zmartwychwstałym, to najpiękniejsze są Jego spotkania z kobietami. Mają w sobie niebywały żar, ogromną gamę emocji. Spotkanie Jezusa z Marią Magdaleną już po zmartwychwstaniu. Ona kocha Go jako mistrza, kocha, jak może kochać kobieta mężczyznę. Widzimy scenę pełną czułości, ale zarazem twardości. Ona na poziomie serca rozpoznaje ukochanego mistrza. Jezus wita ją w sposób bardzo ciepły. Ale potem dodaje: „Nie zatrzymuj mnie, Magdaleno”. W ten sposób stanowczo prosi, by nie przywiązywała się do tego rodzaju Jego obecności, która wcześniej miała miejsce. Od tej chwili Jego obecność będzie już inna. Jezus zaprasza do mocnej wiary.

To przesłanie i dla mężczyzn.

Oczywiście, uniwersalne. Jezus pokazuje, że musimy trwać mimo okoliczności, czasem bardzo trudnych. Bywa, że czujemy się bezpiecznie, mocno czujemy Jego obecność blisko nas. Ale innym razem ta radość znika, pojawiają się mrok i strach. I również w takich momentach trzeba iść za Jezusem, opierając się na samej wierze, bez żadnych pocieszeń. Wierzący przywiązują się czasem zbyt mocno do pozytywnych doświadczeń. Potem, w momentach trudnych, tracą wiarę.

Tamte kobiety niosły Dobrą Nowinę. Jaka jest misja współczesnych kobiet – pojmujących sercem?

To nadal pomoc w niesieniu Dobrej Nowiny: dzieciom, innym kobietom, mężczyznom. To pokazywanie Jezusa na poziomie relacji osobowej wyrażającej się w uczuciach. Święty Ignacy Loyola bardzo dowartościowywał uczucia w wierze. Był świadom, że wybór, rozeznanie na poziomie intelektualnym, bez korelacji ze sferą uczuciową, prędzej czy później się rozsypie. Nie damy rady utrzymać takiej konstrukcji intelektualnej. I to się dzieje nierzadko, kiedy człowiek nie dotknął własnych uczuć. Jeśli chcemy naprawdę iść za Jezusem, musimy dokonywać wyborów trwałych. I musimy być stabilni, zintegrowani. Intelekt, wola i uczucia powinny być w harmonii.

Mam wrażenie, że o taką harmonię coraz trudniej. Choćby w rodzinach, począwszy od małych dzieci...

...po starsze. Takie dorosłe dzieci pukają potem do drzwi seminaryjnych i widać jak na dłoni, że chociaż są ludźmi doskonale wykształconymi, sfera uczuciowa jest u nich słabiutka. Chciałoby się więc, by wierzące kobiety, matki, mocno zintegrowane przez Pana Jezusa na poziomie uczuć, umiały przekazywać dzieciom wiarę. Aby ich dzieci, jako dorośli ludzie, nie miały problemów z uczuciami. Uczestniczyłem kiedyś w rekolekcjach. Jeden z uczestników, profesor filozofii, był niezmiernie zaskoczony i wzruszony. W trakcie medytacji o Ukrzyżowanym wyobrażał sobie, jak stoi pod krzyżem. Płakał. Obudziły się w nim uczucia, o których zapomniał. Potrzeba nam czasem właśnie i takiej formacji, która podprowadzi pod łzy. To jest niebywale oczyszczające. Św. Ignacy, co wynika z jego zapisków, miał dar łez. Jakiś mazgaj? Nie, gdy trzeba, był bardzo twardy i działający. Ale jednocześnie jego sfera uczuciowa była bardzo żywa. Działał i tworzył, ale potrafił wręcz szlochać podczas Mszy.

Ojciec czasem... szlocha?

Trzeba wiedzieć, kiedy można. Niedawno wzruszyłem się podczas Mszy św. koncelebrowanej. Pamiętam też rekolekcje z nowicjatu: byliśmy wręcz zachęcani do proszenia o płacz. By Pan dał nam łaskę łez. Zresztą podczas takich rekolekcji to i do śmiechu blisko. Kiedy szanujemy uczucia, gdy są one zintegrowane z wolą i rozumem, człowiek po prostu staje się bardziej wrażliwy i do śmiechu, i do łez.

« 1 2 3 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama