Nowy numer 49/2020 Archiwum

Z pamiętnika Marii

Sztylet z serca wyszedł bardzo boleśnie. Razem z siedmioma złymi duchami. Teraz w sercu jest miejsce dla Niego.

Maria na dnie

Do czasu. Kiedy „chłopak” pił już tak, że zagrażał dziecku, Maria musiała się wyprowadzić ze wspólnej meliny. Zabrała dziecko, uciekła. Wynajęła małe mieszkanie. Ledwie starczało na czynsz, nie mówiąc o utrzymaniu dziecka i siebie. – Miałam jedną tzw. dobrą koleżankę. Przyjechałam do niej w odwiedziny, do mojego rodzinnego miasta. Oniemiałam. Pięknie urządzone mieszkanie, superciuchy, fajne życie. Powiedziała mi: „Czy ty jesteś głupia? Te twoje fotki na nic. Ładna jesteś, to naprawdę zacznij z tego korzystać”. Sama korzystała. Od dwóch lat miała „przyjaciela”, bogatego i wpływowego, który przez cały tydzień robił biznesy i był dobrym ojcem i mężem. A dwie noce w tygodniu, czasem nawet mniej, rezerwował sobie na uciechy. Koleżanka mówiła: „Znieczulisz się winem i łatwo pójdzie”.

Poszło. Maria również postarała się o „sponsora”. Jednego, potem drugiego. Panowie byli bardzo grzeczni, kulturalni. Ustawieni. Nawet winem nie trzeba było się znieczulać. Maria zaczęła odbijać się od dna, sięgając dna. – Czy byłam prostytutką? – Maria wbija wzrok w podłogę. – Chyba nie. Prostytutki mają jakąś cenę. Ja nigdy nie wyznaczałam sumy za noc, czy godziny.

Wolta

I kolejny życiowy niefart. Maria spotkała dawnego kolegę ze szkoły. On się zakochał, bez pamięci. Jej było wszystko jedno. Więc jedna, druga noc, bez zobowiązań. On zerwał z narzeczoną. Maria powiedziała: „To koniec”. On popełnił samobójstwo. – To był dla mnie niewyobrażalny cios. Życiowa wolta. Nie dawałam mu niby złudzeń, byłam z nim szczera. A mimo to czułam się tak winna, czułam się jak śmieć, chciałam sama umrzeć. Przy życiu trzymało mnie chyba tylko dziecko...

Ból, żal, samotność. Przepaść. I początek poszukiwań spokoju. Prawdziwa chęć odnowy życia. A tu, niemal za rogiem, piękne ogłoszenie: wspaniała grupa zaprasza na świetny kurs, który uzdrowi relacje, emocje, doświadczenia. Jak tu nie uzdrowić życia? I to za darmo? – To byli ludzie z Hare Kriszna. Cudowni, ciepli, czuli. Współczujący. Poczułam się z nimi jak w prawdziwej rodzinie. Naprawdę bombardowali miłością. Chodziłam na spotkania z dzieckiem. Byliśmy akceptowani i traktowani wspaniale.

Kiedyś wspólnie medytowali. Instrumenty, kadzidła, nastrój. – W pewnym momencie, zupełnie nie wiem, w jaki sposób, poczułam, jakbym oderwała się od własnego ciała. Byłam w jakiejś dziwnej przestrzeni, jak w kosmosie. Ocknęłam się po jakimś czasie, przerażona. Powiedziałam im, że się boję, że nie chcę. Zapewnili, że jestem na dobrej drodze, że to jest dar i należy go przyjąć.

« 1 2 3 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama