Nowy numer 49/2020 Archiwum

Już nie chorują

O zdrowym rozsądku w zdrowym żywieniu, wyprawie, która zmieniła całą rodzinę, i codziennych wyborach matki z Julitą Bator

Agata Puścikowska: Jest Pani szaloną ekolożką?

Julita Bator: Ani szaloną, ani ekolożką. Jestem matką, która postanowiła zdrowo żywić całą rodzinę. Bo to się po prostu opłaca.

Nie kupuje Pani ekojedzenia w specjalnych sklepach i za ogromne pieniądze?

Nie stać mnie na takie zakupy. Zresztą zwykle nie ma nawet takiej potrzeby, bo żeby jeść zdrowo, niekoniecznie trzeba korzystać z tego typu sklepów.

Mam wrażenie, że w niektórych kręgach panuje moda na „ekożywienie” granicząca z fanatyzmem. Z drugiej strony w wielu rodzinach żywi się dzieci chipsami w hurtowych ilościach. Skrajności.

Tymczasem w żywieniu potrzebny jest po prostu zdrowy rozsądek. Nie powinno się wpadać ze skrajności w skrajność. Oczywiście jeśli kogoś stać na ekologiczne jedzenie, to jego wybór. Jednak większość ludzi na taki zakup nie może sobie pozwolić. Co nie oznacza, że skazuje ich to na jedzenie żywności, która szkodzi zdrowiu. Jeśli nie mogę kupować żywności ekologicznej, a chcę zdrowo żywić rodzinę, powinnam poszukać innej drogi. Zawsze mam wybór, tylko muszę włożyć w to nieco wysiłku.

Jest Pani dietetyczką? Chemikiem?

Jestem germanistką.

To dlaczego germanistka zmieniła się w dietetyka?

Gdy matka jest zdeterminowana, zrobi wszystko, by pomóc własnym dzieciom. Kilka lat temu, gdy trójka moich dzieci była mała, postanowiłam, że zrobię wszystko, co w mojej mocy, by dowiedzieć się, co dzieciom szkodzi. I korzystając ze zdobytej wiedzy, wyleczę je. Chciałam po prostu, by dzieci przestały chorować. A chorowały ponadprzeciętnie. Bywało, że zapalenie oskrzeli goniło rotawirusa, by następnie przejść w zapalenie płuc. I znów od początku, kolejna choroba. Oczywiście od trójki dzieci zarażaliśmy się my, rodzice. Więc w domu trwał chorobowy, koszmarny maraton.

To typowe w dużych rodzinach.

Niby tak. Tak też uspokajali nas lekarze, którzy twierdzili, że w częstym chorowaniu dzieci nie ma nic wyjątkowego. Jednak przypominałam sobie własne dzieciństwo, też w dużej rodzinie. Oczywiście chorowaliśmy. Jednak bez porównania rzadziej. Z tamtych czasów nie przypominam sobie również „chorobowych pasaży”, które trwały od października do maja, nie pamiętam ton leków, nebulizatora niemal w każdym domu, w którym mieszkają małe dzieci, sterydów i podobnych specyfików. Czy ktoś słyszał trzydzieści lat temu o alergiach? A jeśli nawet, to uczulenia były rzadkością.Różnica jest w jedzeniu. Kiedyś jedliśmy nieco inaczej i nieco inną żywność. Zauważyłam, że moje dzieci właśnie na określoną żywność reagowały negatywnie. Prosty przykład: gdy jadły owocowy jogurt, alergia się zaostrzała. Zaczęłam więc wprowadzać diety eliminacyjne, odstawiałam to jeden, to drugi produkt. Cały czas obserwowałam dziecięce reakcje, ale szczerze mówiąc – większej poprawy nie było. Wprowadzałam też konkretne diety: bezglutenową, bezmleczną czy bezcukrową, licząc, że w końcu będzie poprawa. Niestety, dzieci chorować nie przestawały.

« 1 2 3 4 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama