Nowy numer 43/2020 Archiwum

Umysł sfederalizowany

W czasie prac, które poprzedziły powołanie nowej Komisji Europejskiej, szczególnie uderzający był kontrast między zróżnicowaną polityką państw Unii Europejskiej a w istocie jednolitym stanowiskiem kandydatów do Komisji Europejskiej.

Kontrast tym silniejszy, że w końcu kandydaci ci zostali desygnowani przez swoje własne państwa. Jak się jednak okazuje – nie po to, by realizować politykę wspólną, będącą syntezą czy kompromisem między stanowiskami krajów Europy, ale by wciągnąć je w „główny nurt” pod nadzorem lewicowo-liberalnej większości Parlamentu Europejskiego. To ta większość stoi od lat na straży, by ktoś w rodzaju prof. Buttiglionego nie zasiadł w Komisji, to ona stanowi barierę oddzielającą Komisję Europejską od krajów, które desygnowały jej członków. W efekcie na przykład Tibor Navracsics czy lord Hill wyraźnie dystansowali się od polityki własnych państw, w sprawach zupełnie zasadniczych – jak zmiany ustrojowe na Węgrzech czy przekonanie o pożytkach własnej waluty dla przyszłości gospodarki narodowej. Ktoś powie – te rządy na to się zgadzały. Zapewne, ale to niczego nie wyjaśnia. Pozostają trzy zasadnicze pytania. Dlaczego musiały się na to zgadzać? Czy zgadzają się na to ich (czyli po prostu – nasze) narody? I wreszcie to trzecie, najważniejsze: dokąd nas to wszystko prowadzi?

Co bowiem oznacza naprawdę eurofederalizm? Bynajmniej nie mechanizm współpracy państw europejskich, w których wspieramy stanowisko innych – by oni wspierali nasze, a zawsze wspieramy to, co potrzebne wszystkim: bezpieczeństwo narodowe, prawa rodziny, rozwój gospodarczy. Każdy mógł się o tym przekonać, śledząc aferę luksemburską. Okazało się, że Jean-Claude Juncker, jako premier swojego kraju, dla podniesienia jego konkurencyjności uczynił z Luksemburga raj podatkowy, obiecywał po cichu międzynarodowym koncernom zwolnienie z podatków, czasami wręcz ułatwiał niepłacenie podatków należnych innym krajom. Ten sam Jean-Claude Juncker, choć występujący tym razem jako przewodniczący Komisji Europejskiej, jest zwolennikiem „zharmonizowania” podatków, czyli mówiąc prościej – podwyższenia podatków krajom zbyt konkurencyjnym, na przykład w Europie Środkowej. Sprzeczność? Moralna, owszem, ale nie logiczna. Od ćwierć wieku przywódcy liberalnych państw Europy Zachodniej martwią się, jak wyhamować konkurencję ze strony państw, które odzyskały wolność w Europie Środkowej. W czasie wysłuchań przed powołaniem na stanowisko przewodniczącego JCJ wielokrotnie się obruszał, że nie chce w ogóle słuchać o nowych państwach w Unii, bo przecież nie ma żadnych nowych państw – są tylko państwa-równi-członkowie Unii Europejskiej? Ktoś mógłby zarzucić Junckerowi obłudę, ale jego słowa były wówczas szczere, tylko trzeba je dobrze rozumieć.

Twierdzenie, że nie ma nowych państw w Unii Europejskiej oznacza, że dla Unii Junckera nie istnieją specyficzne problemy Europy Środkowej, szczególnie znacznie niższy poziom życia niż w krajach, które nie zaznały dominacji sowieckiej. Nowych państw UE nie ma – tak jak w świadomości eurokracji nie było ani dominacji sowieckiej w Europie Środkowej (był tylko „podział Europy”), ani w ogóle komunizmu. O tym faktycznym negacjonizmie świadczy najzupełniej obojętność wobec komunistycznej przeszłości najważniejszych członków Komisji Europejskiej. Zaznaczę wyraźnie – obojętność, nie tolerancja. Tolerancja jest rzeczą dobrą, w końcu to uproszczona formą chrześcijańskich cnót współczucia i wyrozumiałości. Ale obojętność to co innego. To dziwne, że w czasach nieustającego tropienia ekstremizmu, dyskryminacji i wszelkiego rodzaju „fobii” nikt nie zwraca najmniejszej uwagi na młodość spędzoną przez najważniejszych ludzi Europy w formacjach takich jak Federacja Włoskiej Młodzieży Komunistycznej czy francuska Rewolucyjna Liga Komunistyczna. A w końcu to ciekawe, choćby jako element socjologii eurokracji.

Wróćmy jednak do Junckera. Jego działalność w Luksemburgu musi zasługiwać na potępienie. Nie można w czasach współpracy europejskiej podstępem (a nie w drodze jawnej konkurencji podatkowej) działać na szkodę innych państw. Konkurencja to fundament rynku, ale fundamentem samej konkurencji są zasady konkurencji uczciwej, definiowanej i gwarantowanej przez każdy cywilizowany system prawny. Jednak od uchybienia jej zasadom jest znacznie gorszy element afery luksemburskiej. Gorsze od tego, co robili, jest to, co mówią i do czego dążą. Afera luksemburska bowiem to afera wiarygodności. To potwierdzenie całkowicie złej woli, całkowitego lekceważenia zasad solidarności europejskiej, z jakim program ujednolicenia podatków forsowany jest przez kierownictwo Unii Europejskiej. Tu nie chodzi o interes wspólny, ale o ładnie pomalowany parawan, za którym tłumić się będzie konkurencyjność państw Europy Środkowej.

Jeśli mamy jako Rzeczpospolita temu się oprzeć, jeśli mamy otwarcie przypominać, na czym naprawdę polegają zasady solidarności europejskiej i jeśli mamy skutecznie domagać się praw należnych Polsce i innym państwom naszego regionu – musimy mieć silne państwo. Państwo kierowane przez ludzi zdolnych myśleć w kategoriach polskiej racji stanu, zdolnych pokazywać prawa Polski i jej znaczenie dla solidarności narodów Europy, zdolnych myśleć w ogóle. Polska i Europa potrzebuje ludzi, którym umysłów jeszcze nie sfederalizowano.

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama