Nowy numer 43/2020 Archiwum

Trzy wigilie biskupa

O obchodzeniu świąt, znaczeniu domu rodzinnego dla powołania oraz problemach współczesnej rodziny z bp. Arturem Mizińskim

Bogumił Łoziński: Jak wyglądały święta Bożego Narodzenia w rodzinnym domu Księdza Biskupa?

Bp Artur Miziński: Pochodzę z wioski pod Opolem Lubelskim. Rodzice byli rolnikami i sadownikami. Na wieczerzę wigilijną wyczekiwaliśmy już od samego rana. Ubieraliśmy choinkę, mama krzątała się przy kuchni, przygotowując potrawy. Nie potrafię teraz powiedzieć, czy było ich 11, czy 13. Gdy ukazała się pierwsza gwiazda, rozpoczynaliśmy wigilię. Spędzaliśmy ją w szerokim gronie rodzinnym – jednego roku u nas, drugiego u kuzynów. Rozpoczynaliśmy kolędą „Wśród nocnej ciszy”, czytaliśmy fragment Ewangelii, odmawialiśmy „Ojcze nasz”, dzieliliśmy się opłatkiem i siadaliśmy do wieczerzy. Do późna śpiewaliśmy kolędy, a przed północą pieszo szliśmy na Pasterkę. Nie było to takie proste, gdyż drogi często były zasypane śniegiem, a nasz kościół parafialny był oddalony o prawie 8 km.

A prezentów nie było?

Były. Zdarzało się, że odkryłem je wcześniej i nie były już dla mnie niespodzianką. Prezenty były symboliczne. Dostawaliśmy pomarańcze lub czekoladę. Wówczas w moim rodzinnym domu były to rarytasy.

A teraz Ksiądz Biskup spędza Wigilię w rodzinnym domu?

Mam szczęście, że udaje mi się. Nawet gdy byłem wikariuszem w parafii oddalonej od domu o ok. 150 km, przyjeżdżałem w tym dniu na wieczerzę do rodziców, a potem wracałem do parafii na Pasterkę. Także w trakcie studiów w Rzymie zazwyczaj wracałem do domu na święta. Teraz też jestem na wigilii w domu, ale nie spotykamy się już całą rodziną, bo jedna z moich sióstr jest w zakonie i tam spędza święta. W tym roku na przykład mam trzy wieczerze wigilijne.

Jak to trzy?

Pierwsza z bezdomnymi zaczyna się w południe, w ośrodku przy kościele św. Judy Tadeusza w Lublinie. Po południu, wraz z księżmi biskupami, udajemy się na wigilię do domu księży emerytów. Trzecią wieczerzę wigilijną przeżywam z rodzicami, siostrą i jej rodziną. A o północy idziemy razem na Pasterkę do kościoła parafialnego.

Ksiądz Biskup jest duchownym, jedna z dwóch sióstr zakonnicą, na ile dom rodzinny wpłynął na Wasze powołanie?

To, kim jestem, to, oprócz Pana Boga, zasługa rodziny, z której wyszedłem i która nadal otacza mnie opieką. A jeśli coś we mnie szwankuje, to dlatego, że czasem nie udaje mi się dochować wierności temu, co zostało mi przekazane w rodzinie, szczególnie przez rodziców – głównie przez mamę. Dotyczy to także mojej relacji do Boga.

Na czym polega to niedochowywanie wierności?

Gdybym był w stanie zachować to, co wpojono mi w rodzinie, moje życie byłoby bogatsze duchowo.

Jakie wartości zostały przekazane Księdzu Biskupowi w rodzinie?

Nie chodzi o coś nadzwyczajnego, bo nasze życie było proste. Kard. Wyszyński mówił, że rodzina powinna być Bogiem silna, i tak było u nas. To jest szczególna wartość mojego domu. Wspólnie modliliśmy się wieczorem. Czasem, jak to dzieci, kombinowaliśmy, jak się wymigać, ale mama zawsze nas zwoływała. Ta modlitwa łączyła nas z Bogiem i między sobą. Drugi element to wspólna niedzielna Msza św. Chodziliśmy razem, nie każdy z osobna. Wspólne życie, praca, posiłki, modlitwa i Msza św. konsolidowały rodzinę. Poza tym mama zachęcała nas, abyśmy wiedli uczciwe życie. Ta zachęta rodziła we mnie poczucie odpowiedzialności. Rozmawiałem z mamą o swoich problemach i działaniach. Moi rodzice mają wykształcenie podstawowe, ale mądrości życiowej do dziś mogę się od nich uczyć.

Jak w takiej atmosferze zrodziło się powołanie do kapłaństwa?

W czasie wspólnej wieczornej modlitwy bardzo często pojawiało się wezwanie o powołania kapłańskie i zakonne. Mama często dodawała prośbę, aby zrodziło się ono z naszej rodziny. Dzięki temu byłem wrażliwy na kwestię powołania, nosiłem je w sobie.

Można powiedzieć więc, że mama wymodliła powołanie Księdza Biskupa?

Myślę, że tak. Pierwsza myśl o kapłaństwie zrodziła się już w wieku 13 lat, po jednej z lekcji religii w siódmej klasie szkoły podstawowej. Powiedziałem o tym mamie, ale wtedy stwierdziła: synu, młody jesteś, jeszcze kilkanaście razy zmienisz zdanie. Do liceum chodziłem w Kraśniku Fabrycznym. Mieszkałem w internacie, po szkole wiejskiej pojawiły się różnice poziomu edukacyjnego, wszedłem w zupełnie inne środowisko. Te trudności przybliżyły mnie do Boga. Dla mojego wzrostu duchowego ważne były również relacje z tamtejszymi kapłanami oraz udział w budowie kościoła – pierwszego w Kraśniku Fabrycznym, gdyż miasto to w zamyśle władz komunistycznych miało być ateistyczne.

« 1 2 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama