Nowy numer 42/2019 Archiwum

Księdza uszanowali

44 dni w niewoli u rebeliantów w buszu środkowoafrykańskim wspomina ks. Mateusz Dziedzic

Beata Zajączkowska: Liczył Ksiądz dni spędzone w niewoli?

Ks. Mateusz Dziedzic: Liczyłem przez pierwsze trzy tygodnie. Potem straciłem rachubę czasu. Myślałem, że niewola potrwa krócej, najwyżej tydzień. Na początku buntowałem się wewnętrznie przeciwko temu, co się wydarzyło. Przyszedł jednak dzień, kiedy powiedziałem: „Bądź wola Twoja” i wtedy do mojego serca wrócił pokój, przebaczyłem moim porywaczom i miałem siłę, by wspierać pozostałych więźniów. Mówiłem już tylko: „Panie Boże, Ty znasz dzień i godzinę mego wyjścia”.

Czy wcześniej cokolwiek zapowiadało, że możecie znaleźć się w niebezpieczeństwie?

Nie, nie było żadnych oznak. W miarę spokojnie przeżyliśmy całą krwawą rebelię, jaka przetoczyła się przez Republikę Środkowoafrykańską. Strony konfliktu szanowały misjonarzy. Wiedzieliśmy jednak o porwaniach, porwano też mojego parafianina. Kiedy tamtej nocy usłyszałem łomot do drzwi, myślałem, że to napad rabunkowy. Zerwaliśmy się z ks. Leszkiem Zielińskim na równe nogi. W drzwiach zobaczyliśmy uzbrojonych mężczyzn. Przedstawili się: „Jesteśmy ludźmi Miskine’a i żądamy jego uwolnienia”. Powiedzieli, że nie chcą nas zabijać ani niczego kraść.

Mówiłem, że jesteśmy obywatelami Polski, że przyjechaliśmy pracować dla nich. Te wyjaśnienia nic nie dały. Wyprowadzili nas w noc. Szliśmy w kierunku buszu, a ja myślałem tylko o tym, że jeden z nas musi zostać, bo ludzie potrzebują księdza. Zacząłem z nimi pertraktować w lokalnym języku sango. Mówiłem, że jeśli zabiorą nas obu, a później przyjdą złodzieje, to wina spadnie na ludzi Miskine’a, którzy nie tylko uprowadzili misjonarzy, ale jeszcze okradli misję. Ten argument ich przekonał. Później, gdy odpoczywaliśmy w lesie, ich szef mówił mi, że miałem rację: „Dobrze, że ten drugi został, bo byłoby na rebeliantów, że są złodziejami”. Postanowiłem, że to ja pójdę, ponieważ byłem dłużej w Afryce i miałem większe doświadczenie. Ks. Leszek wszczął alarm, misja dostała ochronę. Powiedział mi, że ludzie bardzo przeżyli moje uprowadzenie. Cały czas się modlili, bym szczęśliwie do nich wrócił i pościli w tej intencji.

Dlaczego napadli właśnie na Waszą misję?

W promieniu 150 km od granicy z Kamerunem byliśmy jedynymi białymi. A im zależało na porwaniu nie tyle księdza, ile białego człowieka. Zdawali sobie sprawę, że wtedy sprawa zyska międzynarodowy rozgłos. Tak też się stało. Pamiętam, jak kilka miesięcy wcześniej oglądałem relację z uwolnienia porwanego w Kamerunie francuskiego misjonarza. Widziałem jego radość, słuchałem słów o znaczeniu wolności. Nie myślałem jednak, że przeżyję coś podobnego.

Po porwaniu trafił Ksiądz do buszu…

Najpierw szliśmy 5 km drogą asfaltową w kierunku Kamerunu. Potem skręciliśmy w busz. Szliśmy wąskimi ścieżkami, czasem maczetami torowali drogę, żebyśmy mogli przejść. Roślinność rozcinała mi ciało. Na pewnym etapie dali mi kurtkę, bym mógł się trochę ochronić. Rozpadało się. Przeszliśmy w bród kilka rzek. Pokonaliśmy tak ponad 35 km. Morderczy marsz trwał kilkanaście godzin. Kiedy dotarliśmy do bazy, widziałem przerażenie na twarzach pozostałych jeńców: byłem wycieńczony, brudny... Powiedzieli mi później, że obecność białego dała im nadzieję, że ich dramat szybko się skończy. Ja z kolei z przerażeniem spojrzałem na łańcuchy, którymi po dwóch byli skuci za nogi mężczyźni. Leżeli na wytartych afrykańskich matach. Mnie nie skuli łańcuchami. Uszanowali, dlatego że jestem księdzem i że jestem biały.

Co w ciągu tych 44 dni w buszu było najtrudniejsze?

Warunki były bardzo prymitywne. Na początku tak jak inni spałem na wyplatanej afrykańskiej macie, potem zrobili mi łóżko z gałęzi. Wszyscy więźniowie byli w dwóch namiotach, w jednym 20 osób, a w drugim pięć. Ja miałem oddzielny namiot i „anioła stróża” z karabinem, który nie odstępował mnie ani na krok, nawet jak szedłem za potrzebą. Jedzenie dostawaliśmy dwa razy dziennie. Rano dawano nam kawę. Afrykańczycy dostawali maniok z sosem, a ja codziennie ryż z sardynkami. Kiedy wyszedłem z malarii i byłem bardzo osłabiony, dali mi kilka razy kurę. Każdego dnia dostawałem wiaderko wody, żebym mógł się umyć. Było jedno dla wszystkich. Bez pytania nie mogłem zrobić kroku. Na każdą rozmowę musiałem uzyskać pozwolenie. Także gdy rozmawiałem przez telefon, ktoś przy mnie stał i uważnie słuchał, co mówię. Dozwolony był tylko francuski i język lokalny. Strzegło nas piętnastu ludzi. Tuż obok znajdowała się baza partyzantów Miskine’a. Tam było ich kilkuset. Nie byli agresywni. Cały czas jednak chodzili z bronią i obawialiśmy się, że może dojść do jakiegoś wypadku.

« 1 2 3 »
oceń artykuł Pobieranie..

Zobacz także

  • Savonarola
    06.12.2014 05:02
    Jak na b/niewolnika to ks.Mateusz wyglada zupelnie dobrze.Cos mi sie wydaje,ze to 44-o dniowe meczenstwo,to za malo ,aby oglosic go swietym?
    doceń 0

Ze względów bezpieczeństwa, kiedy korzystasz z możliwości napisania komentarza lub dodania intencji, w logach systemowych zapisuje się Twoje IP. Mają do niego dostęp wyłącznie uprawnieni administratorzy systemu. Administratorem Twoich danych jest Instytut Gość Media, z siedzibą w Katowicach 40-042, ul. Wita Stwosza 11. Szanujemy Twoje dane i chronimy je. Szczegółowe informacje na ten temat oraz i prawa, jakie Ci przysługują, opisaliśmy w Polityce prywatności.

Zamieszczone przez internautów komentarze są prywatnymi opiniami ich autorów i nie odzwierciedlają poglądów redakcji

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama

Sponsorowane

Https://Www.AUTOdoc.PL