Nowy numer 42/2019 Archiwum

Mamy wadliwe procedury

O tym, dlaczego ostatnie wybory samorządowe budzą tyle wątpliwości, z dr. Pawłem Kowalem

Andrzej Grajewski: Ostatnie wybory samorządowe zostały, Pana zdaniem, sfałszowane?

Paweł Kowal: Aby twierdzić, że wybory zostały sfałszowane, trzeba dysponować realnym materiałem dowodowym. Mogę to wyjaśnić obrazowo. O tym, czy pacjent zaraził się w gabinecie lekarskim, możemy się dowiedzieć, badając go. Jeśli były złe procedury medyczne, mógł się zarazić. Rolą państwa jest dbanie o przestrzeganie określonych zasad podczas wyborów, gdyż wówczas procent „zakażeń” jest mniejszy. Jeszcze jedno chciałbym podkreślić. Na świecie nie ma fałszowania wyborów w skali 40, 50 proc. Najczęściej jest to rząd kilku procent głosów. Problem polega więc na tym, aby tak wyśrubować jakość procedur wyborczych, aby obniżyć procent wszystkich fałszerstw bądź nieprawidłowości poniżej błędu statystycznego. Nie można sprawy bagatelizować twierdzeniem, że nieprawidłowości dotyczyły zaledwie kilku procent. Te kilka procent bowiem często rozstrzyga o końcowym wyniku całości.
 

Co wzbudzało największą Pana wątpliwość w sposobie przeprowadzenia ostatnich wyborów i liczenia głosów?

Dwie kwestie, które można było wcześniej sprawdzić i wyjaśnić. Po wyborach w 2010 r. ukazała się analiza wyborów samorządowych dokonana przez prof. Przemysława Śleszyńskiego. Sporządzona przez niego mapa pokazywała wzrost głosów nieważnych, ale tylko w powiatach województwa mazowieckiego. Państwowa Komisja Wyborcza, jako organ odpowiedzialny za rzetelne przeprowadzenie wyborów, powinna była ustalić przyczyny pojawienia się tak wielkiej liczby głosów nieważnych. Być może już wtedy należało sprawdzić korelację między głosami nieważnymi a tzw. książeczkami, które otrzymali wtedy tylko wyborcy na Mazowszu. Inna kwestia dotyczy problemu, który wystąpił podczas wyborów w 2011 r. Otóż jednej z partii, co przyznał nawet w swoim orzeczeniu Sąd Najwyższy, nie było na części kart do głosowania. Sąd stwierdził, że faktycznie nazwa tej partii nie została wypisana na wszystkich kartach wyborczych. Ale ponieważ nie badał skali występowania tego zjawiska, a jedynie orzekał na podstawie przedstawionych mu jednostkowych dowodów, uznał, że fakt ten nie miał wpływu na końcowy wynik wyborów. Był to błąd, należało próbować dociec przyczyny tego zjawiska. Były więc sygnały alarmowe. PKW zaniedbała te sprawy. To oznacza, że wielu sędziów może nie rozumieć, że kwestia czystości wyborów, wręcz sterylności procedur wyborczych w demokratycznym kraju powinna być traktowana na równi z prawami człowieka.
 

Czego jeszcze nie zrobiono?

Nie zadbano o odpowiednie upowszechnienie procedur wyborczych, na przykład tego, jak ma wyglądać urna wyborcza. Urna może być przezroczysta, a w każdym razie sporządzona według określonych w całym kraju standardów. Powinno być wiadome, kto ma prawo ją zamykać i jak jest pieczętowana. Chodzi w tym przypadku o dwa aspekty, praktyczny, czyli bezpieczeństwo głosów i przejrzystość procedur, oraz o coś, co bym określił jako godność głosów. Skandalem wyjątkowym było w tym roku to, że za urnę w jednym z lokali wyborczych służył kosz na śmieci, na który naklejono godło. Powinno być tak jak w laboratorium medycznym czy szpitalu, gdzie opisane są procedury. Powinniśmy wiedzieć, jak się liczy głosy i kto ma być przy tym obecny. Oczywiście później powinno to być realizowane. Wszyscy uczestnicy procesu wyborczego, a więc zarówno członkowie komisji wyborczych, obserwatorzy, jak i dziennikarze, jeśli są do tego dopuszczeni, powinni otrzymać specjalny podręcznik, w którym precyzyjnie, według zasad określonych przez PKW, będzie opisane, jak się liczy głosy. To kluczowa sprawa, czy głosy liczą wszyscy, czy można je liczyć w grupach lub pojedynczo, a później wyniki podsumować.
 

A jaka jest praktyka?

Różna. Słyszę, że często głosy były liczone w grupach, a później je wspólnie podliczano. To jest nieprawidłowe, gdyż oznacza, że nie było kolegialnego przeglądania głosów.
 

Od tego są mężowie zaufania, aby protestować w przypadkach nasuwających wątpliwości co do czystości procedur.

Mężowie zaufania powinni być tak samo przeszkoleni jak członkowie komisji. W demokratycznym kraju to nie obecność mężów zaufania, choć pożądana i pożyteczna, powinna gwarantować czystość procedur wyborczych. One powinny być transparentne i bezpieczne ze swej istoty.
 

Jaka jest więc praktyka liczenia głosów w Polsce?

Nie wiem, gdyż wymaga to skrupulatnego zbadania. Mówiąc ludziom: „Idźcie do sądów”, politycy trochę ich bujają. Dlatego że nikt, kto złamał procedury albo dobre obyczaje, nie będzie się do tego chętnie przyznawał. Jednak, z punktu widzenia czystości przyszłych wyborów, warto przeprowadzić takie badania, aby wyeliminować wszystkie mankamenty z procedur wyborczych.
 

A co z problemem ginących głosów? Dotyczy to głównie mniejszych ugrupowań, ale także dowodzi poważnych niedostatków w procedurach wyborczych.

Ten problem można skutecznie wyeliminować, koncentrując się jedynie na kwestii głosów nieważnych. Po  doświadczeniach ostatnich wyborów uważam, że nie powinno się stawiać krzyżyków, ale naklejać naklejki z hologramem. Jeśli więc ktoś chce świadomie oddać głos nieważny, może to uczynić, nie przyklejając hologramu na karcie wyborczej. Wszyscy inni zaś będą mogli trwale przykleić naklejkę przy wskazanym przez siebie kandydacie. Naklejka zaś powinna być tak wykonana, aby można ją było przykleić tylko raz. Inna metoda to skanery w urnach, tak by już przy wrzucaniu głos był liczony – tak jest w niektórych stanach USA.
 

Czy w europejskich wyborach występuje problem głosów nieważnych w tej skali?

To zazwyczaj jest margines, 1–3 proc., który nie ma wpływu na końcowy wynik. Jeżeli u nas padło blisko 18 proc. głosów nieważnych, co oznacza, że w niektórych powiatach nawet połowa głosów została unieważniona, to trzeba poważnie zastanowić się nad przyczynami zjawiska.

« 1 2 »
oceń artykuł Pobieranie..

Andrzej Grajewski

Zastępca redaktora naczelnego „Gościa Niedzielnego”, kierownik działu „Świat”

Doktor nauk politycznych, historyk. W redakcji „Gościa” pracuje od czerwca 1981. W latach 80. był działaczem podziemnych struktur „Solidarności” na Podbeskidziu. Jest autorem wielu publikacji książkowych, w tym: „Agca nie był sam”, „Trudne pojednanie. Stosunki czesko-niemieckie 1989–1999”, „Kompleks Judasza. Kościół zraniony. Chrześcijanie w Europie Środkowo-Wschodniej między oporem a kolaboracją”, „Wygnanie”. Odznaczony Krzyżem Pro Ecclesia et Pontifice, Krzyżem Wolności i Solidarności, Odznaką Honorową Bene Merito. Jego obszar specjalizacji to najnowsza historia Polski i Europy Środkowo-Wschodniej, historia Kościoła, Stolica Apostolska i jej aktywność w świecie współczesnym.

Kontakt:
andrzej.grajewski@gosc.pl
Więcej artykułów Andrzeja Grajewskiego

Zobacz także

Ze względów bezpieczeństwa, kiedy korzystasz z możliwości napisania komentarza lub dodania intencji, w logach systemowych zapisuje się Twoje IP. Mają do niego dostęp wyłącznie uprawnieni administratorzy systemu. Administratorem Twoich danych jest Instytut Gość Media, z siedzibą w Katowicach 40-042, ul. Wita Stwosza 11. Szanujemy Twoje dane i chronimy je. Szczegółowe informacje na ten temat oraz i prawa, jakie Ci przysługują, opisaliśmy w Polityce prywatności.

Zamieszczone komentarze są prywatnymi opiniami ich autorów i nie odzwierciedlają poglądów redakcji