GN 42/2020 Archiwum

Fast-Christmas

W centrach handlowych święta już od kilku tygodni. Na ulicach coraz więcej przystrojonych choinek. Czy coś takiego jak „czas oczekiwania” jest nam w ogóle jeszcze potrzebne?

Gdy nagle dopada nas głód wstępujemy do Fast-fooda. Gdy mamy napięty grafik podróży szukamy szybkich połączeń kolejowych czy lotniczych. Nawet tablet czy smartfon musi mieć szybki procesor. Socjologowie już dawno zauważyli, że żyjemy w epoce „Fast” – wszystkie potrzeby muszą być spełniane natychmiast.

Z jednej strony wynika to z poczucia braku czasu, z drugiej z faktu braku cierpliwości. I czy mi się to podoba, czy nie, czy jestem wielkim fanem dzisiejszej cywilizacji, czy bardziej jej krytykiem – taki jest świat, w którym żyję, a ja jestem dzieckiem tej rzeczywistości.

Fast-mentalność dosięga też Bożego Narodzenia. W centrach handlowych święta trwają już od kilku tygodni. Pierwsze bombki i choinki widziałem tam jeszcze przed 1 listopada. Tam Adwent dawno już zniesiono. I tylko Kościół maniakalnie upiera się przy utrzymaniu „radosnego czasu oczekiwania”. Po co? Nie można by tak od razu – lampeczki, kolędunie i bombeczki na drzewku? Do tego focia z rąsi i święta na fejsbuku jak znalazł.

Jasne, że można. Mnóstwo ludzi tak właśnie przeżywa święta. Tylko czy faktycznie takie święta to ciągle Boże Narodzenie?

Pan Bóg daje nam czas oczekiwania (nie tylko Adwent), zawsze tam, gdzie sprawa dotyczy czegoś więcej niż ładna dekoracja i miła melodia wpadająca w ucho. Czekamy też na  Wielkanoc (Wielki Post), na zawarcie sakramentu małżeństwa (narzeczeństwo). Poza „trybami kościelnymi” czekamy m. in. na narodziny dziecka. We wszystkich tych wydarzeniach nie czekamy na coś, ale na KOGOŚ.  Na Jezusa, na żonę czy męża, na dziecko.

Przed rokiem pisałem o tym, że Adwent jest czasem, który ma nam pomóc na nowo odkryć tęsknotę do Boga. Króla, który przychodzi z mocą. Bo Adwent to nie tylko oczekiwanie na święta Bożego Narodzenia, ale też szczególne przygotowanie na ostateczne przyjście Jezusa królującego. Te dwa przyjścia – narodziny i paruzja – są ze sobą ściśle powiązane. Jeśli nie będziemy potrafili przyjąć Króla bezbronnego, narodzonego w smrodzie stajni, to dlaczego mielibyśmy być zdolni przyjąć Go, gdy przyjdzie powtórnie? Adwent daje nam szansę porządnie się nad tym zastanowić. Pozwala, wsłuchując się w teksty liturgiczne, na nowo zatęsknić do obiecanego Zbawiciela. Mojego Zbawiciela.

Tego czasu oczekiwania, pewnego rodzaju „świętej cierpliwości” potrzebujemy właśnie po to, by zatęsknić. By stworzyć w swoim życiu przestrzeń spotkania z żywym Bogiem. Bo stworzenie relacji wymaga czasu. Ale jeśli się uda, Boże Narodzenie będzie czymś znacznie wspanialszym, niż dwa, wolne od pracy dni spędzone z Kevinem samym w domu i pełnym żołądkiem. Będą czasem, który zmieni każdy kolejny dzień życia.

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wojciech Teister

Redaktor serwisu internetowego gosc.pl

Dziennikarz, teolog. Uwielbia góry w każdej postaci, szczególnie zaś Tatry w zimowej szacie. Interesuje się historią, teologią, literaturą fantastyczną i średniowieczną oraz muzyką filmową. W wolnych chwilach tropi ślady Bilba Bagginsa w Beskidach i Tatrach. Jego obszar specjalizacji to teologia, historia, tematyka górska.

Kontakt:
wojciech.teister@gosc.pl
Więcej artykułów Wojciecha Teistera

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Zobacz także