Nowy numer 3/2021 Archiwum

Ideowy postmodernizm

Zwolennicy Korwina zaśpiewali podczas swojej manifestacji „Ojczyznę wolną racz nam zwrócić Panie”. Jak na prawdziwych powstańców przystało.

Działacze Kongresu Nowej Prawicy 11 października pod koniec swojego Marszu Wolności i Suwerenności zaśpiewali pieśń „Boże, coś Polskę” z kończącym ją wersem „Ojczyznę wolną racz nam zwrócić Panie”. To tak, jakby „Bogurodzicę” zaśpiewał zespół disco polo, albo „Ona tańczy dla mnie” zagrano na organach kościelnych. Istny ideowy postmodernizm – konserwatywni liberałowie, odwołujący się do tradycji lojalistycznego Stronnictwa Polityki Realnej, śpiewają pieśń w formie, jaką na ustach mieli powstańcy styczniowi. Tak jakby nie wiedzieli, że gdy była ona zakazana na ziemiach zaboru rosyjskiego, ideowi antenaci KNP wysyłali do cara wielkopoddańcze adresy.

Jeszcze bardziej groteskowe to się wydaje, gdy uświadomimy sobie, że korwiniści zorganizowali swój marsz dla uczczenia rocznicy ogłoszenia przez Radę Regencyjną niepodległości Polski (marsz nie odbył się dokładnie w dzień rocznicy, która przypada na 7 X). Radę, będacą polskim proniemieckim rządem, który powstał w 1917 roku, gdy podczas I wojny światowej wojska niemieckie okupowały Kongresówkę. Radę utworzyło środowisko, które wcześniej przez kilkadziesiąt lat wspierało politykę ugody z caratem – gdy tylko Rosjanie przestali panować w Warszawie, bez mrugnięcia okiem zmieniło sojusze i podłączyło się do Niemców. Złośliwi mogą powiedzieć, że stało się tak dlatego, gdyż ugodowcy z natury swojej potrzebują samca alfa, któremu mogliby się podporządkować, więc gdy cesarz swym porożem przegnał cara – sorry, Mikołaj, wolimy Wilhelma. Jednak decyzja ta miała głębsze podłoże: z pewnością wyczucie zmieniającej się rzeczywistości, ale także świadomość tego, że kilkadziesiąt lat uległości wobec Rosji nie przyniosło żadnych pozytywnych rezultatów. Po prostu car brał to, co chciał, i nie potrzebował do tego lojalności bądź co bądź marginalnej i nie cieszącej się większym poparciem społecznym grupki zubożałych szlachciców i inteligencji.

Tak więc prawie sto lat po utworzeniu Rady Regencyjnej na ulice Warszawy wychodzą jej zwolennicy i rozdzierają szaty nad tym, jak to Polska jest okupowana przez Brukselę. Nie wiem, co dziś robiliby abp Aleksander Kakowski, Zdzisław Lubomirski i Józef Ostrowski, czy też przedstawiciele środowisk lojalistycznych z innych zaborów, ale wydaje mi się, że mieliby odwrotne podejście do UE, niż ma je dziś KNP. W Elżbiecie Bieńkowskiej widzieliby nowego Agenora Gołuchowskiego, a zamiast ogłaszać chęć wysadzenia Unii w powietrze, pisaliby: „Przy Tobie, Najjaśniejsza Rado Europejska, stoimy i stać chcemy”.

Nie uważam takiego podejścia za słuszne – nasza racja stanu leży gdzieś pomiędzy skrajnym euroentuzjazmem a eurosceptyczną histerią Janusza Korwin-Mikkego. Nie zmienia to faktu, że europoseł w swoich wystąpieniach gdzieś się pogubił. Jakoś nie zauważa tego, że gdyby ponad sto lat temu stwierdził publicznie, że chce z Pałacu Taurydzkiego w Petersburgu zrobić burdel, wylądowałby za Uralem, zaś realia polityczno-gospodarcze carskiej Rosji były, podobnie jak dziś, dalekie od ideałów „Korwinstanu” – i choćby dlatego warto byłoby zachować proporcję.

Jednak ten rozdźwięk jest mimo wszystko w pewnej mierze logiczny, bowiem Janusz Korwin-Mikke czerpie z myśli i praktyki tych, na których się rzekomo powołuje, jedynie naskórkowo. Tak jak paleoendecy z np. „Nowej Myśli Polskiej” biorą z myśli narodowej głównie antysemityzm – i to w państwie praktycznie bez Żydów, tak lider KNP, działając w państwie należącym do UE, odczuwa potrzebę ugodowości – nie wobec Brukseli, ale wobec Kremla. Z „realizmu” okresu rozbiorów zostają więc tylko prorosyjskość i antyniemieckość, kompletnie oderwane od swych ówczesnych źródeł. Podlane w dodatku… polską romantyczną mentalnością, która wychodzi także z tych, którzy podczas kawiarnianych dyskusji starają się odwoływać do spuścizny ugodowej.

Korwin-Mikke działając w PRL chciał widzieć w Wojciechu Jaruzelskim nowego Augusta Pinocheta, który, mówiąc Kisielem, „weźmie za mordę i wprowadzi liberalizm”, dziś nie potrafi przyjąć do wiadomości zmiany geopolitycznych realiów, i tego, że w tej chwili znajdujemy się w bloku zachodnim, a nie wschodnim. W dodatku, mimo wielu zastrzeżeń, jednak znacznie bliższym nam cywilizacyjnie. O realizmie polityka świadczy nie epatowanie śpiewaniem patriotycznych pieśni, a trzeźwy stosunek do rzeczywistości.

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama