Nowy numer 38/2021 Archiwum

Mamy zmieniają świat

Co zrobić, by praca w domu nie nużyła, a dzieci były prawdziwą radością? Spotykać się, dyskutować i uczyć. Oraz... jeść ciastka.

Lecz żeby spotkanie mogło dojść do skutku, najpierw trzeba wymyślić temat i zaprosić gościa. Potem rozesłać informacje o wykładzie, a następnie przygotować salę, poprowadzić spotkanie. I w końcu... posprzątać, albo i odwieźć prelegenta.

– Bałyśmy się, że nie damy rady regularnie, co tydzień, wynajdywać kolejnych gości, wymyślać tematów – mówi Anna. – Ale okazało się, że jest to możliwe, a co więcej tematów, które warto poruszyć, jest bez liku. Co nas szczególnie cieszy? Ani jeden gość, którego zaprosiłyśmy, nie odmówił!

– Miałyśmy na przykład spotkanie z psychologiem, terapeutą czy specjalistką od integracji sensorycznej – opowiada Ewa. – Wszyscy nasi prelegenci, specjaliści w danej dziedzinie, przychodzą do nas wolontaryjnie. I deklarują, że gdy za czas jakiś będą potrzebni, chętnie wrócą.

Wrześniowa środa. Rozpoczyna się spotkanie z panią dietetyk. Prelekcja na temat szkodliwości cukru, złych węglowodanów i nawyków żywieniowych wśród dzieci wywołuje duże zainteresowanie. Kilkadziesiąt matek, które przyszły na spotkanie, słucha w skupieniu (w salce obok dzieci bawią się w najlepsze).

Po wykładzie jest czas na zadawanie pytań. I moment na rozwiewanie matczynych wątpliwości: przecież dzieci są różne. Trudno karmić je idealnie, według ściśle wyznaczonego schematu. Wszak życie to nie piękna, dietetyczna teoria.

– Spokojnie, moje panie, jedzenie nie powinno się kojarzyć dzieciom ze stresem i przymusem – mówi dietetyk. – Czasem trzeba nieco odpuścić. I to bez wyrzutów matczynego sumienia.

A mały Grześ, ukradkiem, za plecami mamy, sięga po pączka. Piątego. Ostatecznie przecież, czym byłoby dzieciństwo bez słodkości?

– Nasze spotkania to nie wykłady, w których narzuca się konkretne rozwiązania. Chcemy dyskutować, uczyć się, ale nie wymuszamy jedynie słusznych postaw czy zachowań. Szanujemy wolność każdej z nas – tłumaczy Anna. – I chyba dlatego przychodzą do nas bardzo różne panie...

Kasia Kowalczyk zaczęła przychodzić na spotkania, gdy jeszcze jej synek rozrabiał w brzuchu. Wtedy w teorii poznawała rozwój niemowlaka, a od nowych koleżanek dowiadywała się o blaskach i cieniach połogu. Po porodzie babskie, matczyne wsparcie okazało się bezcenne. Teraz, już ponad dwa miesiące od narodzin Dawidka, każdą środę rezerwuje na spotkanie przy parafii.

– W Otwocku, który jest w dużym stopniu sypialnią Warszawy, młodym matkom bywa trudno. Pochodzą niemal całej Polski, w nowym miejscu zamieszkania nie znają niemal nikogo. Gdy ich mężowie jeżdżą do pracy, one siedzą w domu. Wyłącznie w towarzystwie maluchów. Tymczasem samotność nie służy macierzyństwu – mówi Anna Szpindler. – U nas znajdują wsparcie i... miłe towarzystwo.

– Po takim spotkaniu czuję się... wypoczęta. Spokojniejsza. Mam więcej cierpliwości wobec dzieci, odkrywam bogactwo macierzyństwa – dodaje inna mama. – Myślę, że podobne kluby powinny działać w każdym miasteczku, czy nawet na wsi. Przecież wystarczą dobre chęci i... działanie.

Zatem, szanowne mamy, do dzieła!

« 1 2 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama