Nowy numer 48/2022 Archiwum

Polszy uże nie budiet

Śląskie sybiraczki. W latach 1941–1943 18 tys. Polaków, przede wszystkim kobiet i dzieci, trafiło z syberyjskiego zesłania na gorącą afrykańską ziemię.

Zostawcie mnie tutaj

– Dni były podobne. Kobiety, którym grożono bagnetami, chodziły po wodę podczas postojów pociągu, dzieci siedziały w pierzynach. To, że nikt w naszym wagonie nie zachorował, zawdzięczamy Bożej opiece – pani Janina wyraża z przekonaniem swoją wiarę. – Gdy dotarliśmy na miejsce, było tam kilkanaście baraków, w każdym po osiem izb. Od roku mieszkali tam zesłani Białorusini. Wypiliśmy po kubku gorącej wody i poszliśmy spać. Klimat Syberii był równie bezlitosny dla zesłańców, jak sowiecki nadzór. – Zaczęło się odmrażanie rąk i nóg. Nikt nie był przygotowany na mrozy dochodzące do minus czterdziestu stopni. Baraki były otoczone starym lasem. We wsi sprzedawano owsiankę, ale trudno w niej było znaleźć ziarnka kaszy. Żyłyśmy na głodowych porcjach. Latem zbierałam jagody i grzyby w lesie. To jednak niebezpieczne, bo w okolicy grasowały niedźwiedzie. Raz prawie natknęłam się na jednego. 27 grudnia 1940 roku, w święto św. Jana, zmarł ojciec pani Janiny.

– Zbito skrzynię, z trudem wykopano płytki dołek, bo mróz dochodził do minus pięćdziesięciu stopni. Pochowano tatę na pastwisku, gdzie pasło się kołchozowe bydło. Wiosną po mogile nie było śladu. 30 lipca 1941 roku na mocy układu Sikorski–Majski przywracającego zerwane wcześniej kontakty pomiędzy Polską i Rosją na terenie ZSRR zaczęły się formować polskie oddziały pod dowództwem gen. Andersa. Polacy zaczęli opuszczać obozy zesłania. Nowy rozdział życia był pełen nadziei, ale i niepewności. – 15 października po raz kolejny wyruszyliśmy w nieznane, w kierunku Uzbekistanu, przedzierając się przez śniegi. Pewnego dnia, odpoczywając pod wielką sosną, brat prosił, aby go zostawić. Nie miał już siły iść dalej. To było tragiczne. Mama niosła rodzeństwo w rękach. Uzbecy nam współczuli i choć sami nic nie mieli, dawali dzieciom do jedzenia „lepioszki”.

I prawie 200 mogiłek

Pani Danuta z podobnym przejęciem opisuje exodus Polaków, uchodzących z syberyjskiej tajgi, jak również wspomina Uzbeków „o dobrych sercach”. – Ta wędrówka to było coś nieprawdopodobnego. Tyle tysięcy kilometrów z Jakucka nad Morze Kaspijskie, w łachmanach. Te kłębowiska ludzi, wszy, noce w stajniach. Mróz, a potem upał, głód i choroby. A ja się trzymałam cały czas maminej spódnicy. W końcu dotarli do Krasnowodzka. – Dzieci chorowały, kaszlały, na szyi i buzi miały wrzody, cierpiały na zapalenie ucha. Podczas rejsu pamiętam trupy w workach wyrzucane za burtę. I ci wszyscy ludzie z tobołami, stłoczeni na brudnych węglarkach. Pani Janina wspomina, jak w Krasnowodzku enkawudziści kazali oddać wszystkie dokumenty i pieniądze. – Dopiero wtedy mogliśmy wejść na statek. Nie wszystkim jednak pozwolono. Niektórzy nie wytrzymywali i rzucali się wprost do morza. Transporty Polaków stopniowo docierały do Iranu. Tam, w Pachlewi, było już lepiej. Dezynfekcja, palenie starych ubrań, dobieranie nowych przekazanych przez Czerwony Krzyż. – Dostaliśmy śniadanie i po raz pierwszy od dwóch lat mogliśmy uczestniczyć w polowej Mszy i dziękować Bogu za ocalenie. Niestety, choroby i głód również i tu zbierały swoje żniwo. – Na cmentarzu lazarystów zostało ponad 2000 tysiące polskich grobów, w większości bezimiennych. I prawie 200 mogiłek. Jaś – trzy lata, Małgosia – pięć... – zamyśla się pani Danuta. Z Iranu pod brytyjską banderą Polacy popłynęli ku wybrzeżom Afryki. Mombasa, Dar es Salam.

Pod baobem

– Moja rodzina trafiła do Kondoa, najmniejszego osiedla w Tanganice (obecna Tanzania). Były tam baraki zbudowane po pierwszej wojnie przez Włochów. W baraku mieszkało ok. 20 osób. Z czasem porobiono przepierzenia z gliny i powstały izby dla każdej rodziny – opisuje pani Janina. Polskie osiedle położone było obok włoskiej misji. Powstał tu szpital, harcerstwo, zakład krawiecki, szewski, hafciarski i farma rolna. – Ojciec Benedetto nauczył się w krótkim czasie polskiego i odprawiał Msze tylko dla Polaków – mówi Janina Bezkorowajna. Przez 10 miesięcy, jako nastolatka, pracowała w tamtejszym szpitalu, gdzie zdobyła dyplom pielęgniarki. W październiku 1943 r. wyjechała do największego polskiego osiedla w Tanganice – Tengeru. Mieszkało tam ponad 4 tysiące Polaków.

Drugim co do wielkości polskim osiedlem była ugandyjska Koja z ok. 3 tysiącami uchodźców. Tam przebywały wraz z matką panie Danuta i Halina. – Tej Afryki z czasów naszego dzieciństwa już nie ma. Te tysiące zwierząt dokoła, gdy jechaliśmy koleją przez sawannę do naszego afrykańskiego domu – wspomina z uśmiechem pani Halina. A jej siostra podkreśla, że był to najpiękniejszy okres w ich życiu. I dziś po latach wciąż tam wracają, nie tylko myślami. Podobnie jak inni „Afrykańczycy” z Sybiru, którzy w Polsce wciąż spotykają się w swoim klubie „Pod baobabem”.

Więcej o polskich osiedlach w Afryce na stronie www.gosc.pl, w artykule „Polska pod równikiem” http://gosc.pl/doc/2093659.Polska-pod-równikiem.

« 1 2 »
oceń artykuł Pobieranie..

Krzysztof Błażyca

Z redakcją „Gościa" związany od roku 2006 r. Religioznawca, członek Polskiego Towarzystwa Afrykanistycznego. Autor książek „Tego drzewa nie zetniesz. Historie z czarami w tle" (zbiór reportaży z Tanzanii, Kenii, Zambii, Nigerii i Ugandy) oraz reportażu „Krew Aczoli. Dziesięć lat po zapomnianej wojnie na północy Ugandy", za który otrzymał Grand Prix Mediatravel 2017 w kategorii książka podróżnicza roku oraz Nagrodę Polskiego Towarzystwa Afrykanistycznego za najlepszą książkę roku 2017 o tematyce afrykanistycznej w kategorii publikacji popularno-naukowej. Autor wystaw fotograficznych ukazujących życie codzienne w krajach Afryki. Publikacje w „Misyjnych drogach", „Poznaj Świat", „Catholic Mirror" (Kenia), „Magazynie Familia", „Warto", „W drodze", „Almanachu Prowincjonalnym", „Tygodniku Powszechnym". Związany z organizacjami pomocowymi w Ugandzie i Kenii. Motto: „Pokochajcie Afrykę!" (kard Charles Lavigerie).

Kontakt:
krzysztof.blazyca@gosc.pl
Więcej artykułów Krzysztofa Błażycy

 

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się