Nowy numer 31/2022 Archiwum

Polska pod równikiem

Z jeepa wyskakujemy prosto na ścieżkę pełną gryzących mrówek. Jesteśmy w Masindi, pięć godzin jazdy od Kampali, stolicy Ugandy. Powietrze gorące i statyczne, dokoła soczysta zieleń. Przed nami biały kościół, naznaczony czasem. Na odrapanej fasadzie wyraźny napis: „Polonia Semper Fidelis”. Tak, tutaj była Polska...

Ale najważniejsza była szkoła. Edukacja była tam świetnie zorganizowana. Były warsztaty, szwalnia, kuźnia, stolarnia, zakład szewski. – Był nawet teatr. Grali „Wesele” Wyspiańskiego. Teatr nad jeziorem Wiktorii. A harcerstwo i zuchy, to były przeżycia. Uczono nas wszystkiego, ale przede wszystkim zaszczepiano w nas patriotyzm. Dla nas Polska to było coś pięknego, wspaniałego. Więc po powrocie naturalne rozczarowanie. Siermiężne czasy komuny. – Patriotyzm wpajano w sposób naturalny. Wszystko, co było najlepsze, to było w Polsce. I żadne tam figi, banany... ale czereśnie, truskawki! – uśmiecha się pani Danuta. Wspomina, że wszędzie, gdzie znaleźli się Polacy, najpierw budowano kościół. – W Koja był kościółek, kaplica właściwie, i Matka Boska Ostrobramska. A koło kościoła było radio, wszyscy przychodzili go słuchać – mówi pan Artur. – Przygotowywaliśmy się do Komunii. A dzwony w kościele to były felgi. W 1945 r. głośno biją, pytam się: „Czemu?”. Mówią, że koniec wojny, Niemcy skapitulowały. „Jak to koniec wojny. A z Ruskimi?”. Byłem mały, a wiedziałem że o Polskę trzeba było wojować – podkreśla dumnie Sybirak. Aż w końcu musieli opuszczać Ugandę. – Wyjeżdżając, ksiądz podpalił kościół, żeby nie było profanacji. My wyjechaliśmy w 1948 r., a ostatni Polacy w 1951 r. Pani Danuta opuściła Koję wcześniej, ale kolejne 3 lata spędziła w Rongai w Kenii. Tam uchodźcami opiekowały się polskie nazaretanki. – Aż przyszedł telegram od Czerwonego Krzyża. Tata przeżył i czekał na nas! Mama się nie zastanawiała ani chwili – wspomina pani Danuta. Powrót do Polski okazał się wyzwaniem. – Ci, którzy przeszli piekło rosyjskie, gdy się dowiedzieli, jakie są ustalenia w Jałcie, nie mieli gdzie wracać. Tylko ci się decydowali, którzy mieli rodzinę w Polsce – opisuje pani Danuta. – Ci wracali, którzy bardziej niż komuny obawiali się kolejnej niepewności i tułaczki – zamyśla się pan Artur. Jego ojciec też się odnalazł. On z bratem i mamą wsiedli na statek w Mombasie, ojciec dosiadł się w Suezie. Z 18 tys. Polaków, których losy rzuciły do Afryki, tylko 3 tys. wróciło do Polski. Reszta rozjechała się po Anglii, USA, Kanadzie, Australii, niewielu pozostało w Tanzanii. Po latach odnajdują się znowu, pielęgnują kontakty. Parę razy wybrali się do kraju swego dzieciństwa. Ich troską są miejsca pamięci. I sami chcą zostawić ślad, który przysłuży się innym – Centrum Medyczne im. Sybiraków w Koja. Tym żywym pomnikiem chcą upamiętnić Polaków pod równikiem. Nazywają siebie „Afrykanami”. Polskę mieli w sercach zawsze.

Ws. wsparcia Centrum Medycznego w Koja kontakt z Centrum Dokumentacji Zsyłek, Wypędzeń I Przesiedleń przy Uniwersytecie Pedagogicznym w Krakowie; tel.: 512 861 280; 512 243 463; 512 852 707 lub www.zsylkiwypedzenia.up.krakow.pl.

« 1 2 3 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama