Nowy numer 26/2022 Archiwum

Polska pod równikiem

Z jeepa wyskakujemy prosto na ścieżkę pełną gryzących mrówek. Jesteśmy w Masindi, pięć godzin jazdy od Kampali, stolicy Ugandy. Powietrze gorące i statyczne, dokoła soczysta zieleń. Przed nami biały kościół, naznaczony czasem. Na odrapanej fasadzie wyraźny napis: „Polonia Semper Fidelis”. Tak, tutaj była Polska...

Po piekle – raj

Dzięki zabiegom dyplomatycznym Związek Sowiecki opuściło ok. 30 tys. polskich cywilów. Następowało przegrupowanie, układanie list wyjazdowych. Liczną grupę stanowiły sieroty. Ludzi kierowano do Indii, Libanu, Meksyku, Nowej Zelandii, ale najwięcej uchodźców, bo ponad 18 tys., skierowano do Afryki. Głównie kobiety i dzieci. – Zanim znaleźliśmy się w Afryce, pożegnaliśmy się z ojcem. Nie wiedzieliśmy, że spotkamy się dopiero 6 lat później. A potem do Karaczi i na statek do Mombasy w Kenii – wspomina pan Artur. Pani Danuta kontakt z ojcem straciła wraz ze zsyłką. – Mama nie wiedziała, co robić. Młoda dziewczyna, a tu takie doświadczenia na nią spadły. Ostatni list otrzymała od rodziny, że ojca zabrali do Dachau – wspomina. Do Mombasy płynęli pod brytyjską banderą. – Statek był pełen Polaków. Co chwila musieliśmy wkładać kapoki, bo były alarmy torpedowe. Ale warunki były już cywilizowane, nie jak te na Morzu Kaspijskim, na rosyjskich węglarkach. Do wybrzeży Afryki dotarli na przełomie 1942/43 roku. – Po zimnej Rosji nagle wszystko jest ciepłe. Była radość, byliśmy wolni. To był najszczęśliwszy okres mego życia – uśmiecha się pan Artur. – To był raj, choć często chorowałam na malarię – dodaje Pani Danuta. Trafili do Ugandy, do miejscowości Koja nad jeziorem Wiktoria, niedaleko stolicy Kampali. – Jak przyjechaliśmy do Koja, to miejscowi kończyli budowę naszych domów. Takie glinianki, w których mieszkały dwie rodziny. My dostaliśmy jedną połowę, rodzina Mateszczuków drugą. Pamiętam, jak tubylcy wykańczając dach, śpiewali – mówi pani Danuta i zaczyna nucić afrykańską piosenkę. – Wszystko było zorganizowane. Były szpital, szkoły, teatr, kwitło życie kulturalne. Domy były kryte trawą słoniową. W środku maty z papirusu, ściany z gliny. Zamiast szyb – worek. Podłogi nie było, tylko klepisko. Kuchnia osobno, ubikacja na dwa domy. Pracowało się i chorowało – opisuje pan Artur W Koja mieszkało około 3 tys. Polaków. Większym obozem było Masindi, na zachodzie kraju, zamieszkane przez prawie 5 tys. osób. Dziś po polskim osiedlu w Koja pozostał tylko cmentarz. W Masindi jest wciąż kilka baraków, dziś służących za leśny college. Są też mały cmentarz i kościół, w którym obecnie modlą się mieszkańcy wioski. Na nim napis: „Polonia semper fidelis”, a w środku, obok krzyża, polski proporczyk z orłem, zostawiony przez pana Artura, który wrócił tu po 50 latach. Polacy łatwo nawiązywali kontakt z lokalną ludnością. Mieli poczucie, iż ich pobyt w tym „raju” jest tymczasowy. – Sześć „tymczasowych” lat tam byliśmy. A po powrocie cały czas tym żyjemy – mówią. Afrykanie z Sybiru Pani Danuta z nieskrywaną radością wraca do dzieciństwa. – Miałam koczkodana, który opasywał mnie łapkami i chodził ze mną wszędzie. A jak nie chciał zejść i mama go szarpnęła, to małpa ugryzła – opowiada. Pan Artur z kolei przypomina, jak zabraniano im schodzić do jeziora po tym, gdy „kolegę Romka Śliwę porwał krokodyl”.

« 1 2 3 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama