Nowy numer 2/2021 Archiwum

Dzieciństwo się skończyło


– Dzisiaj to tylko suche fakty, daty, statystyki, które nic nam nie mówią, a nieznani świadkowie odchodzą ze swoimi wspomnieniami – licealistki z Żor wyjaśniają, dlaczego brały udział w inicjatywie IPN.

Gdy politycy redukują lekcje historii do minimum, młodzi sami docierają do świadków przeszłości. Cztery uczennice z Zespołu Szkół Społecznych w Żorach wzięły udział w ogólnopolskim projekcie „O tym nie można zapomnieć... – spotkania z kobietami, które przeszły piekło obozów i łagrów”, organizowanym przez Instytut Pamięci Narodowej. Ich praca tak zachwyciła pracowników katowickiego oddziału, że przyznali im I miejsce. W nagrodę dziewczyny pojechały z prezentacją na finał do Warszawy i znów zgarnęły laur zwycięstwa. Za rok odwiedzą były kobiecy obóz koncentracyjny w Ravensbrück.

To nie było proste


Projekt wymagał wiele pracy i zaangażowania. Zajął im właściwie cały rok szkolny. Uczniowie brali udział w warsztatach, które przygotowywały ich do rozmowy ze świadkami historii i dokumentowania tych spotkań. Musieli przeczytać książki z kanonu literatury obozowej, odwiedzić były obóz koncentracyjny lub więzienie. W końcu napisać esej i – co stanowiło trzon inicjatywy – samodzielnie czy przy niewielkiej pomocy koordynatora znaleźć kobietę, która doświadczyła koszmaru obozu lub łagru. Trzeba było nawiązać z nią kontakt oraz przygotować notację filmową.


Uczestnicy projektu mieli spotkania z psychologiem, który uwrażliwił ich na skutki traumatycznych przeżyć obozowych, na możliwe emocje, jakie wywołuje powrót do przeszłości. – I tak było. Panie z trudem opanowywały wzruszenie, a czasami nawet nie starały się powstrzymać płaczu – potwierdza Sylwia Wałęska. – Wtedy trzeba było się zatroszczyć, złapać za rękę albo na chwilę się wycofać – dodaje Wiktoria Brodowska.

W cieniu bohaterek


Ale nie zawsze należało nacisnąć na kamerze guzik „stop”. – Czasem warto tak wykadrować twarz, żeby pokazać spływające łzy, drżenie rąk – opowiada Agata Rąpała, która w realizacji projektu przejęła rolę operatora. Obsługi kamery i montowania materiału uczyła się od starszego brata.


Nakręcony przez licealistki zwiastun filmu dokumentalnego zaskakuje dojrzałością i profesjonalizmem. Dziewczyny zwracały baczną uwagę na szczegóły – dźwięk, muzykę, tło. Same pozostały w cieniu, eksponując całkowicie bohaterki reportażu. A rozmowy były wstrząsające. Kobiety sięgały do wspomnień, które najchętniej wymazałyby z pamięci dawno temu. „Pamiętam płacz, lament i przerażenie” – opowiada Leokadia Wąsik o dniu, w którym razem z ojcem została wywieziona w głąb Rosji, na Syberię, a łzy kapią jej po policzkach. „Miałam 12 lat i zostałam całkiem sama. Tata zmarł...”.


– To jest moment w filmie, który nadal w nas wywołuje wielkie emocje – przyznaje Natalia Torbicka. – Pani Leokadia mówiła, że wtedy skończyło się jej dzieciństwo. Była w sowieckim sierocińcu, przerażona, że nikt jej tam nie znajdzie i nigdy już nie wróci do Polski.

Pluskwy wżerały się w skórę


Romualda Duszyńska miała 13 lat, gdy sowieccy żołnierze brutalnie wtargnęli w środku nocy do jej do domu i, z wycelowanym w matkę bagnetem, kazali w pół godziny spakować bagaż. „Dzieci miały zostać w łóżku. Byliśmy nieprzytomni ze strachu, a w uszach świdrował mróz. Pootwierali wszystkie drzwi i wiało przeraźliwie” – wspomina. „Do dziś mam przed sobą ten obraz, jak na fotografii: długi sznur sań, a po obu stronach na koniach żołnierze z bagnetami na sztorc”.


Była to pierwsza i największa wywózka Polaków na Wschód. Pani Romualda wyznaje, że jeszcze dziś, przy rozmowie o tych wydarzeniach, musi zażyć środki uspokajające. Okres dojrzewania, wczesna młodość dziewczyny minęły na harówce ponad jej siły, na przymieraniu z głodu i zimna, wśród wszy i karaluchów. „Przeżyliśmy dzięki mamie, która nas chroniła” – mówi. Kiedy przyszło wracać do Polski, była już dorosła. „Pierwsze kroki skierowaliśmy do kościoła. Mowa polska wydała mi się najpiękniejszą pieśnią”.


Licealistki przyznają, że wysłuchanie tych wspomnień było dla nich wstrząsającym przeżyciem. – Bardzo się stresowałyśmy przed spotkaniami z paniami Leokadią i Romualdą – zwierzają się. Musiały wykazać się wrażliwością i empatią. Ale wykonały solidną dziennikarską robotę.


– Największym ich sukcesem było ocalenie kawałka historii, gdzie zwykli ludzie wychodzą na pierwszy plan – uważa Michał Sobik, nauczyciel historii. – Zanim odejdą ze swoimi wspomnieniami.

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama