Nowy numer 24/2021 Archiwum

Internet zapomnienia

Rewolucja w internecie. To, co dotychczas było największym archiwum na świecie (niektórzy raczej mówili o największym śmietniku), musi się zreformować. Trybunał Unii Europejskiej wprowadził w życie prawo „do bycia zapomnianym”.

O co chodzi? Do dzisiaj ktokolwiek cokolwiek wrzucił w sieć internetową, pozostawało tam na zawsze. W internecie nic się nie gubiło. Przeciwnie, raczej pączkowało. Zarówno informacje pozytywne, godne powtarzania i archiwizowania, jak i te, które znalazły się w sieci nielegalnie czy były po prostu nieprawdziwe. Osoba pomówiona nie miała praktycznie żadnych szans na wymazanie informacji o sobie, nawet jeżeli wszystkie instancje sądowe przyznały jej rację. Jeżeli nieprawdziwą informację zamieścił portal X, nawet jeżeli nakazem sądu został zobowiązany do jej wykasowania, w zasadzie niewiele to pomagało. Informacja mogła być, i zapewne była, wielokrotnie skopiowana. Portal X ani nie musiał, ani nie miał technicznych możliwości, by wymazać ją z całego internetu. Miesiąc temu, dokładnie 13 maja, Trybunał Sprawiedliwości UE nałożył na firmę Google, właściciela największej wyszukiwarki internetowej, obowiązek usuwania z wyników wyszukiwania linków dotyczących informacji prywatnych, jeśli osoba, której one dotyczyły, tego zażąda.

Jak czarna dziura

Orzeczenie zostało nazwane prawem do zapomnienia albo prawem do bycia zapomnianym. W praktyce chodzi o wymazanie, a właściwie o niewyświetlanie (co jest w zasadzie tym samym) w wynikach wyszukiwania prywatnych danych. Konsekwencje takiego orzeczenia są ogromne. Nie chodzi przy tym o stronę techniczną. Silniki wyszukiwarek, czyli to, co przeczesuje internet w poszukiwaniu słów kluczy, muszą zostać odpowiednio zmodyfikowane, tak, by były w pewnym sensie dziurawe. Muszą umieć odnajdywać informacje zastrzeżone i nie wyświetlać ich. Problem jest jednak szerszy. Google musi znaleźć sposób na to, by radzić sobie z ogromną ilością podań o wymazanie danych. Trybunał UE orzekł, że wymazaniu mogą ulec dane, które są nieprawdziwe albo nieaktualne. Tylko jak to weryfikować? Kto to ma weryfikować? Każda sprawa jest inna. A co z tłumaczeniem informacji na inne języki? Nie jest tajemnicą, że ilość podań o wykasowanie danych jest ogromna. Google nie może sobie pozwolić na automatyczne wykasowywanie wszystkich informacji. Nie może sobie też pozwolić na weryfikowanie każdej z osobna. Google oczywiście sobie poradzi, jest ogromną firmą, ma masę pieniędzy i zatrudnia armię ludzi. Trybunał zrobił jednak wyłom w zasadzie, którą dotychczas utożsamiano z Internetem, że to, co tu wpadnie, już nie wyleci. Dokładnie jak w czarnej dziurze. Teraz okazuje się, że jednak wylecieć może. Choć w tym momencie sprawa dotyczy tylko Google’a, stanowi precedens. Tylko czekać, aż jakiś trybunał zobowiąże do wymazywania danych właścicieli innych wyszukiwarek.

Później pewnie przyjdzie czas na media społecznościowe, takie jak np. Facebook czy Twitter. Aż w końcu dopadnie serwisy internetowe, np. Wikipedię, YouTube’a czy tzw. agregatory treści np. polskiego Wykopa czy Joemonstera. A to powoli zaczyna pachnieć cenzurą internetu.

« 1 2 »
oceń artykuł Pobieranie..

Zobacz także

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się