Nowy numer 25/2021 Archiwum

Wolność, towar eksportowy

Wysłaliśmy wreszcie w świat wiadomość, kto obalił komunizm. Teraz czas na zastanowienie, jaki kraj po 25 latach wolności zostawiamy kolejnemu pokoleniu.

Obchody okrągłej rocznicy częściowo wolnych wyborów z 4 czerwca 1989 roku miały wyjątkowo spektakularny charakter. Przyczyniła się do tego oczywiście wizyta prezydenta Baracka Obamy, trudno jednak nie zauważyć, że jako państwo odrobiliśmy lekcję polityki historycznej. Trzeba było kilku zmarnowanych rocznic powstania „Solidarności”, by w świat poszedł wreszcie mocny komunikat, że upadek komunizmu nie zaczął się wraz z obaleniem muru berlińskiego. Dosłownie wszystko w tych dniach pisane było słynną czcionką – „solidarycą”. Szkoda tylko, że wielkim nieobecnym tych obchodów była właśnie sama „Solidarność”. Już tradycyjnie władza świętowała we własnym gronie, a tłum machał do niej zza barierek. Marketingowo dobrze „sprzedaliśmy” swój towar eksportowy, organizatorów fet mniej tym razem interesowało, jak ta polska wolność smakuje dziś.

My, naród

„Czyje to święto, bo amerykański prezydent mówi głównie o Rosji i Ukrainie?” – pytał z przekąsem dziennikarz z Moskwy. Złośliwie, bo Obama przyjechał, by oddać hołd Polsce. „Opowieść tego narodu przypomina, że wolność nie jest czymś, co dostaje się za darmo. Błogosławieństwo wolności jest czymś, na co trzeba zasłużyć i odnowić w każdym pokoleniu, także naszym” – mówił prezydent USA. Nie wspominał o mądrości rządzących, rozwadze opozycji, historycznym kompromisie, ale opowiadał światu o wolności jako „ukoronowaniu stuleci walki pokoleń Polaków, którzy powstawali, walcząc o niepodległość”. Być może trzeba było ściągnąć przywódcę kraju, który z dumą używa słów „my, naród”, by dostrzec głównego bohatera tego, co wydarzyło się 25 lat temu w Polsce. W naszej własnej opowieści o 4 czerwca coraz rzadziej pada nawet słowo „obywatele”, choć PZPR nie została pokonana przez żadne partie czy światłe opozycyjne elity, ale właśnie przez Komitety Obywatelskie. Pamiętał o tym także prezydent Niemiec Joachim Gauck, gdy mówił: „Europejskim językiem wolności jest język polski. Przepełnia mnie szacunek wobec tych kobiet i mężczyzn, którzy podnieśli swoje głowy 25 lat temu w ramach kształtowania się »Solidarności« i dali przykład wielu innym krajom”.

Inna sprawa, że dziennikarze z całego świata wysyłający 4 czerwca korespondencje z Warszawy te akurat cytaty puszczali mimo uszu. Podobnie jak ich rosyjski kolega skupili się na bieżących wydarzeniach – Putinie, Krymie, Ukrainie. I trudno im się dziwić, skoro polskie szybkie media informacyjne miały podobnie ustawiony radar. Nasze relacje uzupełnione były jeszcze o zachwyty nad polszczyzną Obamy i pancernymi szybami jego „bestii”.

Wielki nieobecny

Pięknych słów nie zabrakło i w polskich wystąpieniach. Znakomicie wybrzmiał tekst Warszawskiej Deklaracji Wolności odczytany przez Andrzeja Seweryna na placu Zamkowym. Prawdziwie prezydenckie było też wystąpienie Bronisława Komorowskiego, zwłaszcza gdy mówił: „Źródłem naszej siły była tradycja narodowa i polska rodzina – jedna z ostatnich enklaw niezależności i trwania życia narodowego. Źródłem siły był Kościół katolicki – opoka niezależności duchowej, wyraźny znak naszej przynależności do świata Zachodu”. Cóż, gdy w uszach słuchaczy wciąż brzmiało inne wystąpienie prezydenta, podczas pogrzebu Wojciecha Jaruzelskiego, a po kolejnym wystąpieniu w Sejmie nikt już nie miał wątpliwości, że Bronisław Komorowski postanowił właśnie 4 czerwca uczynić dniem inauguracji własnej kampanii wyborczej. Za dużo było w szarży Komorowskiego polityki i chłodnej kalkulacji. A czasem zwykłej małostkowości, jak w sprawie pominięcia w uroczystościach firmowanych przecież przez Kancelarię Prezydenta najsłynniejszego w dziejach XX wieku związku zawodowego – NSZZ „Solidarność”. Zdumiewający – jak na tak ważny moment – był brak wyczucia i dobrego smaku nawet w prostych, wykonywanych przez prezydenta gestach. Tego samego dnia potrafił odsłonić Memoriał Wolnego Słowa przy ul. Mysiej w Warszawie (gdzie mieścił się urząd cenzury) i przyznać najwyższe odznaczenia państwowe Tomaszowi Lisowi, Juliuszowi Braunowi czy Jarosławowi Gugale – „za wkład w rozwój wolnych mediów i niezależnego dziennikarstwa”. Najpierw słyszymy, że „wolne słowo to był dynamit, który rozsadził system”, potem widzimy prezydenta, jak nagradza dziennikarzy wiernych władzy i zasłużonych dla budowania w III RP monopolu informacyjnego. Piękny gest staje się pusty, a puenta wymowna. Ciekawe czy zamierzona?

« 1 2 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama